Tom II – część 18

Post w dziale:

- No widzisz? I znowu ten twój wyrzut. Nie starasz się skoncentrować na problemie – a od razu szukasz winnych – atakujesz. A problem nie w tym co sądzimy. Musisz pojąć, że my żyliśmy w innych czasach. Panowały wtedy inne wartości, inne zasady, inne reguły. Dzisiaj to już nie to samo.

- Ale ich związek to bomba z opóźnionym zapalnikiem Steven. Dysproporcja ich wieku jest tak wielka.

- Masz rację lecz tylko do pewnego stopnia. To prawda, że Sara jest młodą trzydziestoletnią kobietą. On ma Około sześćdziesiątki. Ale w jego przypadku świadczy za nim wiele aspektów.

- Na przykład?

- Ilu z mężczyzn w jego wieku, może się poszczycić taką budową ciała? Taką tężyzną? Taką konsekwencją w dbaniu o zdrowie fizyczne. Następna sprawa to hard ducha. Jego cechy charakteru pozwalają twierdzić, iż on potrafi sobie radzić z życiem, i jego problemami. Ma wiele kontaktów, znajomości – to również jest przydatne. O jego majątku nie wspomnę. Nie jest facetem z pustą kieszenią, czy z głową w chmurach. To są te plusy. No i jeszcze jedno. Sama przyznasz, że już wiele razy udowodnił, iż zależy mu na niej, jak i na nas. Czy mieliśmy kiedykolwiek taką szansę rozwoju? Porównaj co mieliśmy poprzednio, a co obecnie. Wreszcie i ja mogę się rozwijać, jak i ty sama również. Chłopcy mają należyty start. I mówiąc szczerze nie będą musieli o wiele walczyć.

- Ty nie widzisz, czy wciąż zachowujesz tylko stronę materialistyczno-bytową? Tu nie o to chodzi Steven’e. Owszem jest to ważne – o czym mówisz, lecz tu chodzi o naszą córkę.

- Jeśli chodzi o Sarę, to ja osobiście jestem o nią spokojny. Vive! Sara już dziesiątki razy udowodniła nam, że jest rozsądną młodą kobietą. Sama to przyznasz. Dobrze ją wychowaliśmy i wiesz, że nie zrobi niczego co nie zostałoby przez nią dokładnie przemyślane. Zgadzasz się ze mną?

- To prawda. To prawdziwa gospodyni. Całkowicie byłam spokojna o dom.

- No widzisz. Teraz to już dorosła kobieta. Nie ma się co oszukiwać. Podejmowanie decyzji, jak i wnikliwa ich analiza – to ma po tobie Vivienne. Pewnie, że byłoby – być może – lepiej, gdyby poznałaby mężczyznę w swoim wieku. Lecz czy my mamy prawo wybierać, kogo ma obdarzyć uczuciem – kogo tylko sympatią? Również czy fakt, że pokochała o tyle od siebie starszego mężczyznę – czy to takie nie do przyjęcia? Czy kłóci się z regułami wyniesionymi z naszej młodości.

- Jest w tym wiele racji, ale ona będzie cierpieć Steven’e – wiesz o tym?

- Pewnie tak będzie lecz nie jest sama. Jesteśmy my – jej rodzice. Jej bracia również. Ona nie będzie sama. Poza tym oni się kochają. I tu nie trzeba wielkiej wnikliwości.

- Ale jego wiek – chociażby to co się wydarzyło obecnie. On znalazł się w szpitalu. Widziałeś, jak Sara zareagowała? Była niemal zrozpaczona.

- A jak miała zareagować? On ją kocha, ona go również. Zależy im na sobie. To mało? Sądzisz, że gdyby kochała mężczyznę w swoim wieku, i on znalazłby się w takiej sytuacji – nie reagowałaby tak samo?

- No tak – masz rację.

- Vivienne! Myślę, iż u ciebie wciąż powetuje pewien sztywny stereotyp myślenia. Zasady które wynieśliśmy z naszej młodości. Zasady bardziej nam narzucone, niż które byłyby przez nas akceptowane z jednej przyczyny. Rozumielibyśmy, zgadzalibyśmy się z nimi. Byłyby one przez nas samych stworzone. Tu osobiście widzę coś ważniejszego. Mianowicie szczęście naszej córki. Ona jest szczęśliwa. Chce tego mężczyzny. Kocha go i jest przezeń kochana. Czy to źle, że stara się to egzekwować od całego świata?

- Czyli co robić?

- Myślę, że będąc jej rodzicami, głównym naszym zadaniem jest być przy niej. Uczestniczyć w jej życiu tak, jak ona uczestniczy w naszym życiu. Wspierać ją w każdej sytuacji. Ona musi czuć wsparcie i to, że ją kochamy Vivienne.

- To prawda, ale…

- Nie ma żadnego ale. To tak pewne jak to, że jest naszą córką.

- Chciałam powiedzieć, że nie możemy pomijać faktu, iż ona nie będzie mogła z nim dzielić swego życia do swojej starości Steven’e. Właśnie z racji jego wieku.

- Zgadzam się, ale rozważ jedną rzecz. Co jest bardziej właściwe? Przeżyć całe życie z mężczyzną w słusznym wieku, ale z niedosytem miłości – bądź – całkowicie bez miłości, kierując się li tylko rozsądkiem i zasadami. Przeżyć o wiele krótszy okres ze starszym mężczyzną, zaznając takiej miłości, jakiej nie ma być może w tysiącach małżeństw. Tak czy siak, ona będzie wciąż jeszcze młoda Vive! Da Bóg, że ułoży sobie jeszcze życie. Jednak obecnie, dajmy jej szansę by była szczęśliwą. Dajmy jej szansę na spełnienie się w jej życiu tu i teraz.

- Lordzie Steven’e Forest. Wiesz, że ciebie kocham? Wiedziałam, że jesteś dobrym człowiekiem.

- Dziękuję moja droga. To samo mogę powiedzieć o tobie.

Przytulili się do siebie tak, jak czynią to co noc. Vivienne przymknęła powieki, chcąc usnąć. Steven uczynił to samo. Słyszała w ciemności sypialni jego lekki oddech. Sama jednak nie mogła usnąć. Wciąż rozmyślała na temat Sary i Jeffrey’a. Wciąż miała wątpliwości, choć sama dochodziła do wniosku, iż jej mąż ma wiele racji. Zastanawiała się nad tym, jak daleko można naginać tolerancję. Do jakiego stopnia winno się ją przesuwać – czy w ogóle przesuwać – jej granicę nawet, jeśli chodzi o najbliższe osoby? Nie umiała sobie odpowiedzieć na te pytania. Wciąż nasuwała jej się myśl, iż można zrozumieć nieprzewidzianą sytuację, na którą nie ma się wpływu.

Zatem i konsekwencje będące jej efektem, nie są do przewidzenia. Wtedy świadomość o braku własnego udziału sprawia, iż nie są one tak dotkliwe. Inaczej jest jeśli z góry wiadomo o co chodzi. Wtedy innym aspektem staje się świadomość tego co się wydarzy. Zna się ten nieuchronny scenariusz. Jak można sobie wybaczyć, iż nic się nie zrobiło by tego uniknąć. Mało – świadomie daje się przyzwolenie wiedząc, iż i tak dojdzie do nieuchronnego faktu, który się znało z samego początku. Przymknęła oczy czując, jak po jej skroni toczą się łzy. Steven leżał obok, i również nie spał – o czym ona nie wiedziała. Nie dawał po sobie tego poznać. Nie chciał już tłumaczyć żonie wciąż tego samego.

Wiedział doskonale, że tak czy siak, ona będzie analizowała po swojemu to co się dzieje. Rozumiał doskonale również i to, iż ona ogromnie to przeżywa – choć wiele po sobie nie pokazuje. Nieraz wolałby, gdyby umiała pokazać w pełni swoje uczucia, przeżycia. Gdyby potrafiła otwarcie o tym mówić, o tym co czuje. Co odczuwa właśnie w tej chwili. Zbyt mocno skrywała to w sobie. Stąd jej wielka nadopiekuńczość nad wszystkimi w domu. Nawet kosztem samej siebie. Obawiał się o żonę wiedząc, że to może doprowadzić do spustoszenia w jej organizmie. Ranek przyniósł wszystkim ukojenie. Lekki powiew świeżego powietrza poruszał firankami w oknach.

Służba już od jakiegoś czasu była na nogach. Każdy miał swoje obowiązki, które – według panujących tu zasad, starał się wypełnić należycie. Sara siedząc na brzegu łóżka, uśmiechnęła się na widok przygotowanej dlań garderoby. Moly – jej pokojówka, wywiązała się z tego należycie. Miło było spojrzeć na idealny porządek na jej toaletce. Świeże kwiaty na stolikach. Spojrzała na uchylone drzwi własnej łazienki, i od razu zapragnęła kąpieli. Potrzebowała jej jak powietrza. Minęła krótka chwila i już otoczył ją deszcz ciepłej wody. Kiedy otulona w długi kąpielowy szlafrok wyszła z łazienki, przy toaletce już czekała nań Moly. Nie zdziwiło to Sary, gdyż ona codziennie – jakby wyczuwając chwilę – była w tym samy miejscu w momencie, gdy Sara wychodziła z łazienki.

- Dzień dobry lady Forest.

- Dzień dobry Moly! Już dawno miałam ciebie zapytać, jak ty to czynisz?

- Co takiego lady Forest?

- Niemal zawsze jak wychodzę z łazienki, ty już na mnie czekasz przy toaletce.

- Po prostu wiem kiedy panienka wstaje – a kiedy mam się nie pokazywać.

- Lecz jak to czynisz?

- Jakoś tak panienko wychodzi. Czy zrobiłam coś złego?

- Ależ broń Boże Moly! Jesteś wspaniałą pokojówką. No już dobrze. Bierzmy się do obowiązków.

Zasiadła przy toaletce odrzucając długie włosy na szlafrok. Pokojówka zabrała się za ich rozczesywanie. Jej pani miała gęste ciemno blond włosy. Dbała o nie, i za nic nie pozwalała sobie ich ścinać. Włosy zostały pieczołowicie splecione na styl Francuski. Mimo pięknego splotu, Sara postanowiła wpleść rubinową aksamitną taśmę, co przydawało włosom szyku i elegancji. Z tyłu włosy tworzyły girlandy fal, spadające na plecy. Ubrana iście elegancko, na co składała się wrzosowa luźna suknia – spięta żywo rubinowym szerokim pasem. Sara uznała, iż jest gotowa. Jeszcze tylko ażurowe pantofle w kolorze rubinu.

Gdy tylko pojawiła się na schodach, już z góry widziała w hallu ojca rozmawiającego z David’m. Poznała go po głosie i jak zwykle eleganckim ubiorze. David zawsze był elegancki i szarmancki. Zawsze o nienagannej manierze. Vivienne również starała się ukończyć swoją toaletę, stąd nie było jej jeszcze w hallu. Sara zeszła na dół, kiedy z kuchennego korytarza wyłonił się majordomus George. Od razu skierował się w jej stronę.

- Witam lady Forest. Poleciłem przygotować bardzo lekki posiłek na śniadanie. Rozumiem, iż państwo śpieszą się do szpitala.

- Tak, w samej rzeczy George. Tak jak byś czytał to w mojej myśli.

Mężczyzna jednak nic nie odpowiedział. Lekko się uśmiechając, podziękował swojej pani za miłe słowa. Po czym od razu zniknął w kuchni. Sara podeszła do obu rozmawiających mężczyzn.

- Dzień dobry tato! Jak się masz?

- Doskonale moja droga, doskonale. A jak ty się miewasz?

- Jak na razie jest ok! Witaj David’e.

- Dzień dobry lady Forest.

- O czym tak rozprawiacie panowie?

- Właśnie dowiedziałem się od David’a, iż jedziemy razem do szpitala. Przyjechał po nas limuzyną.

- To świetnie. Będzie dużo miejsca. Mam nadzieję, że dzisiaj zabiorę Jeffrey’a ze szpitala. Już się nie mogę doczekać spotkania.

Sara Forest nie ukrywała swojej rosnącej radości.

- No właśnie widzę, ledwo stoisz w miejscu. Zatem idziemy coś zjeść, i jazda do szpitala. David’e. Zjesz z nami?

- Miło mi, że pomyślałeś o mnie sir, lecz ośmielę się odmówić. Jestem już po śniadaniu. Poczekam na państwa na zewnątrz przy samochodzie.

- Ok! My niebawem będziemy gotowi do wyjazdu.

I wszyscy się rozeszli. Sara z ojcem ruszyli do jadalni. Mathev wraz z Thomas’m pałaszowali już śniadanie. Chłopcy niecierpliwiąc się coraz bardziej, jako pierwsi wstali od stołu.

- My już znikamy.

- Nie jedziecie z nami do szpitala? Jeffrey’i byłoby miło.

- A po co? Wystarczy jak wy jedziecie. To już dużo osób. Limuzyna to nie wagon mamo.

Sara uśmiechnęła się do nich ze zrozumieniem. Mieli rację. Czym mniej ludzi w szpitalu tym lepiej. Wstała zaraz za nimi ustawiając krzesło na właściwym miejscu.

- Mają rację mamo. Jeffrey i tak będzie wymęczony. A co dopiero tyle osób w samochodzie.

- Wystarczy, że wy będziecie. Jest nas już troje. Nie będzie się czuł osamotniony. Ale, ale chłopaki! Mam nadzieję, że będziecie służyli pomocą, gdy Jeffrey będzie już w domu.

- To zrozumiałe. Trzeba pomóc – to się pomoże. No to idziemy.

I jak stali, tak już ich nie było. Każdy zabrał własne potrzebne rzeczy, i zniknęli w hallu. Vivienne wraz ze Steven’m również skończyli śniadanie. Cała trójka ruszyła w stronę wyjścia.

- Nie wiem, może wziąć mu coś do picia. Nie mam pojęcia co tam ma na miejscu.

- Myślę, że o to już postarał się David. Niemniej zapytać nie zawadzi.

Już przy wyjściu Sara zatrzymała się, przepuszczając rodziców do samochodu. George od razu zauważył, iż ona za czymś się rozgląda. Zatem, podszedł doń lekko się uśmiechając.

- Czy coś się stało lady Forest?

- Nie, nic! Właśnie ciebie szukałam. Chciałabym ciebie zapytać, czy pokój pana jest gotowy na jego przybycie?

- Tak lady Forest! Jeśli chodzi o pokój pana już wczoraj wydałem polecenia, by dopilnowano wszystkiego. Zatem proszę się nie martwić. Wszystko jest w porządku.

- Dziękuję. Zawsze mogę na tobie polegać George. My zatem ruszamy. Na wszelki wypadek, przygotuj coś lekkiego do jedzenia. Być może pan będzie chciał coś zjeść. Resztą ja się zajmę.

- Oczywiście lady Forest.

Kobieta miała już wyjść z hallu, uchylając drzwi wyjściowe – nagle się zatrzymała. Ponownie odwróciła się do mężczyzny.

- George! Mam jeszcze jedną prośbę.

- Tak?

- Może to nie jest typowa prośba, lecz jednak ją mam. Miast lady Forest, zwracaj się do mnie lady Saro.

- Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tego zwrotu, per lady Forest. To taki zimny zwrot.

- Jeśli sobie tego pani życzy lady Fo… - o przepraszam, lady Saro. Proszę mi wybaczyć, że źle się pani czuje słysząc taki zwrot z mojej strony – lecz tak mnie uczono. Jednakże – skoro pani sobie tego życzy – będę się z szacunkiem wypowiadał zwrotem, per lady Saro.

- Dziękuję. To o wiele lepiej brzmi.

Co prawda sądziła – licząc na to w myśli, iż w ogóle zrezygnuje z tytułowania jej per lady – na rzecz „pani”. Ale skoro tak musi, niech już tak będzie. Choć i tak postanowiła, iż w tym temacie trzeba wprowadzić zmiany. Jako ostatnia dotarła do samochodu. Vivienne wraz ze Steven’m siedzieli już w jego wnętrzu.

- Czy coś się stało?

- Nie, nie. Wszystko w porządku. David’e – jedziemy!

- Tak jest lady Forest!

I znowu ta sytuacja. Coraz to bardziej jej to przeszkadzało. Od posiadłości Garden Hill – do Wonder House Hospital, było jakieś dwadzieścia minut. Toteż po chwili, samochód już kołował na przyszpitalnym parkingu. Pogoda była w sam raz na jazdę. Słońce – choć już pięknie świeciło – nie grzało zbyt mocno. Wiatr był orzeźwiający co dawało wytchnienie. W hallu szpitala gdzie znajdowała się recepcja od razu skierowano ich na pierwsze piętro. Tam znajdował się oddział, gdzie przebywał lord de Blackstone. Jednak Sara wolała w pierwszym rzędzie udać się do lekarza. Ten z uśmiechem na twarzy – jak tylko zobaczył w drzwiach swego gabinetu państwa Forest, od razu powstał zza biurka i ruszył w ich stronę.

- Witam państwa!

- Dzień dobry doktorze.

Sara jako pierwsza zajęła głos. Nie chciała zbytnio tracić czasu na zbędne uprzejmości. Pamiętała jednak o bezbłędnym zachowaniu.

- Doktorze! Co z lordem de Blackstone. Twierdził pan wczorajszego dnia, iż dziś będzie już wiadomo co dalej.

- Dokładnie tak droga pani. Wykonaliśmy wczorajszego dnia komplet wszystkich badań, i muszę powiedzieć…

Vivienne uchwyciła córkę za ramię, dając jej znak spojrzeniem, by ta dała mu skończyć. Sara tylko się z lekko uśmiechnęła.

- Muszę powiedzieć, że poza nielicznymi wahaniami w pracy serca, pozostałe wyniki są niemal idealne. Tym bardziej jest to chwalebne, gdyż pan Blackstone ma już swoje lata. Daj Boże każdemu takiego zdrowia pani Forest.

- Bardzo się cieszę doktorze – bardzo. Czyli jest możliwym by dzisiaj wrócił do domu?

- Ależ naturalnie droga pani. Nie widzę żadnych przeciwskazań.

- Mamo trzeba będzie mu pomóc w pakowaniu. Pewnie będzie osłabiony.

- Drodzy państwo! Jak mi wiadomo przyjechali państwo z panem David’m?

- Tak.

- No to nie ma się co martwić. Pan David dał się już poznać w tym oddziale z jak najlepszej strony. Dam głowę, że pan Blackstone będzie bezbłędnie spakowany. Pan David o wszystkim pamięta – i to bezbłędnie.

- No tak. To akurat i my szybko zauważyliśmy. To bardzo dobry człowiek.

- Zaiste. Zatem państwu – jedynie pozostaje upewnić się – bo i tak widzę, że martwicie się państwo bardzo – czy w pokoju pacjenta wszystko przebiega prawidłowo – że tak powiem. A ja z mojej strony zlecę sporządzenie wypisu pacjenta. Gdy będziecie państwo wychodzili ze szpitala, proszę ponownie pofatygować się do sekretariatu oddziału – to gabinet obok mojego. Dokumenty będą już na państwa oczekiwały.

- Dziękuje doktorze. Mam jeszcze jedno pytanie. Czy już wiadomo, co było przyczyną takiego stanu zdrowia lorda? skąd ta utrata przytomności?

Odezwała się Sara, która wciąż miała wątpliwości. Obawiała się ponownego zdarzenia tego typu.

- Niestety. Nie mamy jasnej odpowiedzi na to pytanie droga pani. Poza kompletem badań o których już wspominałem – a które tak naprawdę nic nie wniosły istotnego, zleciłem konsultację z neurologiem, psychiatrą, jak i kardiologiem. Każde z badań tych dziedzin nie dały choć cienia przyczyny takiego stanu rzeczy. Na podstawie wyników wnioskować należy, że jest wszystko – niemal w porządku. Co mogę zalecić na dzień dzisiejszy? Odpoczynek, oszczędny tryb życia, jak i obserwacja. Tu nic innego nie mogę zalecić.

- Czyli zagrożenia nie ma?

- Nie. Lecz jest jedna sprawa, o której musze pani powiedzieć.

- Tak?

- Podczas konsultacji chodziło nam o zyskanie – w wywiadzie z pacjentem – informacji, czy on sam ma jakieś sugestie, spostrzeżenia, odczucia – co do tego czy on sam coś pamięta z okresu swego zasłabnięcia. Czasami takie opisy samego pacjenta są bardzo wartościowe. Jest szansa, by poznać prawdziwą przyczynę utraty przytomności.

- I uzyskał pan jakieś informacje?

- Nie! Mimo to, to bardzo dziwne. Na poszczególne pytania w tym temacie, pan Blackstone reagował – w naszym mniemaniu – wymijająco. Takie odnieśliśmy wrażenie. Najpierw odpowiadał tak, jakby dziwił się naszym pytaniom. Następnie po krótkiej chwili jednak na żadne nie odpowiedział wprost. Jego wypowiedzi stanowiły obraz swoistej ucieczki od odpowiedzi. Następnie później dała się wyczuć u niego rosnąca irytacja.

- Może nie chciał o tym mówić, lub może nie pamiętał.

- Być może, lecz to jednak – przyznacie państwo, jest zastanawiające. Posiłkowałem się konsultacją z psychologiem, jak i psychiatrą. Obaj jednoznacznie stwierdzają, iż pacjent ucieka celowo od tematu tak, jakby nie chciał o tym mówić – a nie by nie pamiętał. Przyczyna jednak nie leży w świadomym wyborze, a wynika z obawy. Innymi słowy, pacjent czegoś się boi, i ot w dużym stopniu.

- Może ja spróbuję z nim o tym porozmawiać. Może mnie się uda czegoś dowiedzieć.

- Byłoby dobrze droga pani.

- Zatem możemy teraz iść do Jeffrey’a?

- Bardzo proszę.

Cała trójka ruszyła we wskazanym kierunku. I rzeczywiście. Tak jak wspominał doktor, w pokoju lorda Jeffrey’a de Blackstone był już David. Lord Jeffrey de Blackstone właśnie kończył się ubierać. Właśnie nakładał marynarkę, gdy David zamykał podręczny kufer. Garderoba również była spakowana. Łóżko zaścielone – niemal tak – jakby nikt jeszcze na nim nie leżał. Sara od razu uśmiechnęła się z ogromnym zadowoleniem.

- Cześć Jeff! Widzę, że rodzice sobie bez nas wspaniale radzą. David jest tu niezastąpiony. Dzień dobry David’e.

- Dzień dobry państwu. Dziękuję za uznanie.

- Nie masz za co dziękować David’e. To co powiedziała córka to prawda. Jesteś niezastąpiony.

Vivienne nie omieszkała wyrazić również swojego uznania. To iż on był tu już tak wcześnie, skróciło cały pobyt w szpitalu. Nie czekając na to, jak się rozwinie rozmowa między gośćmi w szpitalu, David uchwycił pochwyt kufra – przeprosiwszy – ruszył w kierunku drzwi.

- No to co, ruszamy do domu? Ale, ale. Wpadliśmy tu całą grupą, by ciebie wesprzeć. Nim David zakończy pakowanie twoich rzeczy powiedz, jak się czujesz? Bo to jest teraz najważniejsze.

Steven po dłuższym milczeniu, odezwał się by zakończyć przeciągającą się rozmowę.

- Jest dobrze. Przez te parę dni nieco wypocząłem. Choć przyznam się, że do tego przywykłem. Mimo to – tak, chciałbym być już w domu.

- Zatem jedziemy.

Vivienne z Sarą jeszcze spojrzały – ogólnie – na cały pokój. Chciały się upewnić, czy jest wszystko w porządku, czy niczego nie pominięto. Pani Forest zajrzała do szafki przy łóżku lorda de Blackstone, i niemal od razu się uśmiechnęła. Mimowolnie spojrzała na pokój, szukając David’a. Uśmiechnęła się z ulgą, iż go nie ma. Jej zachowanie, zapewne by uznał za dowód nieufności w stosunku do niego. W sekretariacie – tak, jak rzekł lekarz prowadzący – oczekiwały już wypisane dokumenty. Sara odebrała teczkę z dokumentami – podziękowawszy – dogoniła resztę rodziny. Limuzyna już stała pod szpitalem, tuż przy wejściu.

Lord Jeffrey de Blackstone był rozbawiony tą sytuacją, gdyż znał bardzo dobrze David’a. Wiedział, iż mimo już wielu przeżytych lat, czasami przesadzał ze swoim perfekcjonizmem. Limuzyna lekko ruszyła, by po chwili znaleźć się przed domem w posiadłości rodziny. David wykonał manewr limuzyną na dziedzińcu. Z dość dużą werwą, jak na swój wiek – wysiadł i już stał przy samochodzie, otwierając drzwi.

- Steven’e. Pomóż mi – proszę.

Pani Forest jakoś nie mogła się wydostać z limuzyny. Dość niewygodne pochylenie, utrudniało jej swobodne wydostanie się z samochodu. Maż – naturalnie – stojąc już na zewnątrz, podał jej dłoń. Za Vivienne wysiadła Sara. Wszyscy zaczęli taktownie sprawdzać swój wygląd, poprawiając co nie co. Steven Forest pomógł David’i w podźwignięciu kufra, choć ten był z tego niezbyt zadowolony. To godziło w jego już od lat uformowane poglądy. Lord de Blackstone jednak nie wychodził z samochodu. Kierowca to zauważył, zamykając klapę bagażnika. Przez tylną szybę widział zarys siedzącej sylwetki mężczyzny. Siedział nieruchomo. Od razu się wyprostował, podszedł do najbliżej niego otwartych drzwi wozu.

- Sir! Czy coś się stało?

To trwało niemal parę sekund. Pochylony David zobaczył we wnętrzu samochodu twarz swego pana. Siedział wpatrzony w bliżej nie określony punkt. Był uśmiechnięty, jednak jego oczy były mokre. To były łzy. Widział to wyraźnie. Wąskie strumyczki łez płynących po policzkach jego pana. Ogromnie bał się pokazać, iż to zauważył.

- Sir?

Mężczyzna uniósł dłoń w górę, dając znak David’i, by nie czynił z tego wielkiego wydarzenia. Odchrząknął tylko po męsku, i choć to dość dużo go kosztowało – jeden energiczny ruch, i ślady łez zniknęły z jego twarzy. To trwało niemal sekundy, ale z tym jednym prostym ruchem, z jego twarzy znikł ten szczególny wyraz zadumania. Tyle lat David pracował w posiadłości ze swoim panem. Widział wiele. Wiedział co znaczy ta zmiana. Znał niemal każdy jego gest, i co on oznacza. W chwili, gdy lord de Blackstone wysiadł z samochodu, Sara – jakby bezwiednie, przelotnie spostrzegła jego nieobecność. Odwróciła się właśnie w momencie, gdy ten wysiadał.

Ujrzała jego uśmiechniętą twarz w bezruchu. Przez ułamek sekundy pojawiła się myśl, ile on czasu stał przy samochodzie. Przyglądając się mu niemal lekko pochyliła głowę na prawą stronę. To była krótka chwila. Jeffrey jednak od razu ruszył w ich kierunku. Nie dał jej czasu na zrozumienie, i odgadnięcie tej subtelności. Chciał przez chwilę przedłużyć moment uchwyconej myśli. Jego ruch jednak ją zdezorientował, i rozkojarzył. Nie umiała już skoncentrować się na tej myśli, gdyż poczuła cmoknięcie w czoło. Trzymał ją w ramionach niemal chowając jej twarz.

- Albo mnie uwolnisz, albo padnę tu bez tchu.

- Ani myślę do tego dopuścić. Dopiero co powróciliśmy ze szpitala.

I uwolnił ją z upojnego przytulenia. Vivienne ze Steven’m taktownie przyglądali się obojgu. Dopiero jak David odstawił kufer na taras głównego wejścia, i powrócił do stojących obok samochodu – jakby sielska scena sama się rozwiązała.

- To może czas na ponowne rozgoszczenie się w domu, bo inaczej tu wrośniemy.

- A już myślałem, że tego nikt nie zaproponuje.

- Na co masz chęć Jeff? Odpoczynek, czy jakieś jedzonko?

Matka Sary starała się być pogodnie nastawiona do dnia. Nie chciała wprowadzić jakichkolwiek wątpliwości, które ją gdzieś tam wewnątrz nurtowały.

- Na pewno na kąpiel. Marzę o własnej łazience, ciepłej wodzie. Potem trochę pracy nad mięśniami. Coś mi się wydaje, że mam zaległości.

Uśmiechając się wzniósł w górę zgięte ramię, pokazując biceps. Jakoś nikt nie zauważył różnicy – i tak był dużych rozmiarów – ale po jego minie widać było, iż nie jest dobrze. Już w hallu domu Vivienne zatrzymała się na schodach. Odwróciła się do reszty rodziny.

- Posłuchajcie! Mam wspaniały pomysł.

- Tak?

Steven spojrzał na żonę z lekkim zaniepokojeniem. Ufał jej, lecz wiedział też, iż czasami umiała zaskoczyć oryginalnością.

- Dzisiaj jest tak pięknie na dworze. Firma prosperuje wspaniale. Obecnie nie mamy żadnych ważniejszych kontraktów czy spotkań do zaliczenia. Niech to będzie dzień pod hasłem: „relaks i zdrowie”. Co wy na to?

- Czyli co dokładnie?

- Posłuchajcie. Ja zorganizuję dzień barbecue dla całej rodziny, jak i dla ludzi pracujących tu w posiadłości. Postaram się by było lekko strawne i zdrowe. Jeszcze nigdy nie zorganizowaliśmy czegoś wspólnie. Zanim jednak przystąpimy do barbecue, każdy wpije się strój sportowy, i udamy się na ćwiczenia. Dla zdrowia. Niech to będzie początek odnowy.

Wszyscy, jak stali w hallu, tak zaniemówili. Nikt nie ruszał się z miejsca. Steven wiedział, że Vivienne coś szykuje. Całą drogę była dziwnie skupiona – nadmiernie zamyślona. Sara już po niedługiej chwili uśmiechnęła się na ten pomysł, pokazując rząd śnieżnobiałych zębów. Twarz samego lorda Jeffrey’a de Blackstone, przybrała tak dziwną minę, jakby zobaczył tańczącego słonia na środku hallu. Nie było w niej nic negatywnego, ale pełne zaskoczenie. I to wspólne organizowanie z ludźmi tu pracującymi. To chyba najbardziej go zaskoczyło. Chociaż rozumiał samą ideę pomysłu, to jednak z lekka obawiał się tego. Godziło to w jego poglądy, iż zbytnia poufałość – źle odebrana – może wywołać kłopoty.

- Kąpiel, ćwiczenia, kąpiel barbecue. Ale…

- Masz wątpliwości, co do wspólnego spędzenia czasu z ludźmi z poza rodziny?

Vivienne od razu wychwyciła jego dezaprobatę. Czuła, że będzie miał wątpliwości. Wiedziała jednak, iż musi go czymś zaszOkować, by oderwać go od coraz częściej ogarniających go chwil głębokiego zamyślenia.

- Mówiąc o wspólnym spędzeniu czasu z ludźmi tu pracującymi – naszej posiadłości – miałem na myśli wprowadzenie zmiany w ich traktowaniu.

- A co jest nie właściwego w dotychczasowym ich traktowaniu?

Teraz Steven wtrącił swoje słowo, i pożałował. Vivienne posłała mu takie spojrzenie, iż nie chciał nawet rozbudować swego pytania. Nie miał nic przeciwko dotychczasowym układom.

- Miałam na myśli, by każde z nich bardziej poczuło się tu – po części, jak w pracy – a w pewnym sensie, jak rodzina. Nie tak, jak niegdyś – gdy uważano ich tylko za służbę.

Powstała krótka konsternacja. Steven wiedząc, że jego żonie nie podoba się jego stanowisko, nadal obstawał przy swoim zdaniu. Uważał, iż to zbytni i nie potrzebny wysiłek. Naturalnie nie uważał traktowania tych ludzi całkowicie jako służbę. Nie chciał jednak popadać w zbytnią przesadę w drugą stronę. Nie odzywając się spojrzał na Sarę i Jeffrey’a. Sara nie chciała się w ogóle wtrącać w sprawy służby. Uważała tę część za jego sprawę. Według niej, to tylko on się mógł wypowiedzieć w tej kwestii. Jeffrey jednak – po chwili przysłuchiwania się rozważaniom rodziców Sary, zaskoczył ją swoim stanowiskiem.

- Co o tym myślisz Saro?

- A co ja mam do tego? Nie chcę się wtrącać.

- Jednak będę nalegał. Chciałbym poznać twoje zdanie w tej kwestii. Jesteś za projektem swojej mamy, czy też nie?

Przeczuwała w tym pytaniu jakąś dziwną intencję. On nigdy nie pytał jej o zdanie w sprawach, tyczących się samej posiadłości. A już najmniej w sprawach organizacyjnych. Zresztą to on był tą częścią łączącą dawne z nowym. To on wiedział, co jest dobre, a co nie. To on ustalał zasady, jeśli chodziło o służbę. Stąd u niej podejrzliwość, co do tego pytania. Musiała jednak odpowiedzieć. Oczekiwał prezentacji jej stanowiska w tej sprawie, choć nie wiedziała dlaczego.

- Nie chciałabym uchodzić za nowobogacką gęś Jeff! Lecz skoro pytasz, to naturalnie tobie odpowiem. Projekt sam w sobie jest dobry, i ja nie widzę w tym nic dziwnego. Jest jednak małe ale.

- Czyli?

- Nie sądzę, by takie zbliżanie, łączenie – jakkolwiek to nie nazwać – miałoby zaszkodzić. To niecodzienny projekt – niemniej – winien mieć granice.

- Ponownie zapytam, czyli?

- Chodzi mi o to, że aby tak postąpić, trzeba być pewnym całej tej grupy – i każdego z osobna. Jednak tak czy tak, nie może to zajść za daleko.

- Co masz na myśli?

- Mam na myśli spoufalanie się. Zbyt daleko posunięte – prędzej, czy później – zawsze przynosi tylko kłopoty.

Mężczyzna spojrzał na resztę, niemal bez wyrazu na twarzy. Każde z nich chciało wyczytać z jego mimiki twarzy, jakie zdanie ma sam właściciel. On jednak tylko przyjaźnie spojrzał na resztę – potem na Sarę.

- Zatem ustalone Vivienne! Zajmij się wszystkim – jeśli chodzi o same barbecue. Myślę jednak, że sam taras będzie za małym na tak duży projekt. No i nie jestem pewny, czy to da się zorganizować dzisiaj. To nie mało pracy.

Vivienne Forest uśmiechnęła się. Wiedziała, iż to dobry pomysł, i że oderwie Jeffrey’a od pobytu w szpitalu. Już widziała całą organizację tego dnia. W myślach wyobrażała sobie wielkie namioty altanowe, wielkie barbecue z dymiącymi potrawami. Napoje dla dorosłych i dzieci. Tyle, że do końca nie rozumiała tej kwestii tyczącej się poufałości. Co Sara miała na myśli? Steven od razu wychwycił minę żony. Widział jak już planuje, jak zaczyna ją to ekscytować. Ta kobieta niemal stale musiała coś planować, coś zdobywać, w czymś się sprawdzać, realizować – inaczej chodziła po domu niemal ospała.

- Czyli uważam, że możemy wreszcie pokonać te schody.

I w tym samym momencie, na jego twarzy ukazała się taka mina, iż nie sposób było być przy nim poważnym. Po nim od razy Jeffrey, wykonał znaczący ruch czarną brwią w górę – podrygując jedną stroną wąsów. Vivienne jednak chciała pozostawić sprawy bez echa.

- No, ale gimnastyka rodzinna w sali, po prysznicu… to można zrobić dzisiaj – teraz. Co wy na to?

Od razu spojrzała na wszystkich wymijających ich na schodach, gdzie, jako pierwsza ruszyła w górę. Nie słysząc za sobą kroków, wszyscy usłyszeli jej chrząkanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz