Tom II – część 23
I buchnął śmiechem – mimo, że wcale nie było mu do śmiechu. No i po chwili obaj wstali. Co prawda nie pewnie, ale jednak. Obie kobiety Sara i Vivienne właśnie wkroczyły na podest do tańca. Obok stała ekipa muzyków. Przyglądali się przybywającym na scenie ludziom. Jednak Sara dyskretnie zwróciła uwagę Vivienne na nadchodzących mężczyzn. Ta uśmiechnęła się na widok ich obu. Jej uśmiech jednak zastygł w bezruchu. Obaj nagle zmienili kierunek, i miast na scenę – skierowali się do stołów z napojami. Stali przy nich tyłem do stojących na podeście kobiet.
- Patrzą na nas?
Steven nalewając sobie szklaneczkę napoju, odezwał się półgłosem do Jeffrey’a. Ten chciał spojrzeć dyskretnie w tamtą stronę, i w tym momencie dołączył do nich Matthev. No i jak to on, spojrzał na obu badawczo.
- Co wy knujecie? Jak dzieci.
- Trochę niepewności dla nich, to lekka satysfakcja dla nas Matthev. Czy one się pytały nas, czy my chcemy brać udział w tym szalonym tańcu?
- No to, jak widzę daliście się wkręcić. Czy mam pomyśleć, że polegliście obaj tato.
Obaj spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, by następnie spojrzeć na chłopaka.
- Czyli? Co masz na myśli?
- To, że mama wymyśliła ten taniec specjalnie, by was sprowokować, sprawdzić inaczej mówiąc. Wiadomo, że nikt nie będzie stepował, bo nikt nie bardzo umie stepować. Mama zaprosiła zespół Irlandzki – dla wszystkich – jako atrakcję. Uznała, że sprawdzi waszą odwagę. Sory! Lecz czuje, że mnie również wkręciła.
Lord Jeffrey de Blackstone spojrzał na Steven’a, a później na Matthev. Chwilę milczał. Zapanowała na moment cisza, gdy nagle się ożywił. Nikt nie wiedział, że on prócz wielu własnych uzdolnień będzie posiadał umiejętność stepowania. Może nie tak, jak to czyni zespół z Irlandii – ale jednak.
- Posłuchajcie panowie. Tu chodzi o nasz honor. Jeśli one myślą, że my nie damy rady, że nie podołamy tym rytmom – to się mylą.
Steven niemal natychmiast zdębiał. Już wewnątrz cieszył się z tego, że nie będzie tańczył stepu Irlandzkiego – a tu proszę. I znowu poczuł w dołku ucisk. Nie aby nie umiał tańczyć akurat tego, ale taniec z elementami Irlandzkiego stepu – to nie lada wyczyn. Co prawda w jego rodzinie były Irlandzkie korzenie – znał step, ale to było wiele lat temu.
- Nie sądzisz, że możemy polec nim wejdziemy na pole walki?
- Nie, bo wiem, iż ty potrafisz stepować. Właśnie dlatego, iż masz w rodzinie Irlandzkie korzenie.
- A ty? Matthev?
Chłopak od razu chytrze się uśmiechnął. Wystawił otwartą dłoń w górę. Wykonał przy tym taką minę, że wreszcie wszystko dotarło do Jeffrey’a.
- Ty szelmo! Ty znasz step Irlandzki – skąd?
- Czy to ważne? Ważne że znam – i to na wasze szczęście.
Obaj spojrzeli na Steven’a, i zostali by sprawdzić, czy się nie wyłamie.
- Steven?
- O co wam chodzi?
- Tato! Daj spokój. Wiem że znasz stepowanie. Nie pękaj.
- A wiesz ile lat temu to było?
- Tak, ale takich umiejętności się nie zapomina.
Lord de Blackstone przerwał im debatę, i ruszył w stronę podestu. W ich kierunku ruszyły obie panie Sara z Vivienne. Ich miny nie wróżyły nic dobrego.
- Panowie! Ja nie chcę nic mówić, jednak – albo coś zrobimy, albo zaraz będzie klapa.
Cała trójka raptownie ruszyła w kierunku podestu. Obie kobiety widząc to zwątpiły. Wszyscy spotkali się niemal w połowie drogi.
- Co się dzieje Vivienne? Czemu zeszłyście z podestu? Nie ma tańca?
- No przecież nie będziemy tańczyły same. Zrezygnowaliście.
Lord de Blackstone uśmiechnął się w szczególny sposób. Sara od razu to spostrzegła. Czuła, iż za tym się coś kryje. Jej matka nie zauważyła tego. Poświęcała swoją uwagę myśli, iż ponownie polegli w jej prowokacji.
- A kto powiedział, że zrezygnowaliśmy?
- A nie?
- No nie! Doszliśmy do wniosku, że to może być świetny pomysł.
Obie były ogromnie zaskoczone. Matka – wcześniej - powiedziała Sarze, o co tak naprawdę z tym tańcem chodziło, i Sara na to przystała. Jednak w obecnej chwili obie nie wiedziały, jak zareagować. Spojrzały na panów, którzy właśnie wchodzili na podest. Co prawda chętni do stepu w części się rozeszli, powracając na swoje miejsca. Jednak mikrofon zadźwięczał. Wszyscy panowie skupili się na scenie.
- Proszę o uwagę! Co prawda trochę nam się opóźnił taniec stepu Irlandzkiego, lecz już czas. Zatem zaczynamy taniec. Ponownie zapraszamy chętnych desperatów.
Jeffrey przy tym roześmiał się zawadiacko. Ponownie chętni powstawali z miejsc i ruszyli na podest. Tym bardziej, iż wszyscy widzieli na nim swego pana, lorda de Blackstone. Sara nadal stała z matką, przy swoim stole.
- No i widzisz mamo. Teraz to my jesteśmy pod kreską. Musimy tam iść mamo. Inaczej polegnie nasz honor.
- A niech tam! Idziemy i tupniemy obcasem.
- Czy nie tak trzeba było od razu?
Podest ogrodowy do tańca, zmontowany był w ogrodzie z drewnianych elementów. Był przygotowany do dość dużej ilości par tańczących. Scena miała pomieścić muzyków, jak i tancerzy zaproszonych przez Vivienne. Na nim to do tańca ustawił się sznur mężczyzn. Muzykanci zaczęli roztaczać swój czarowny urok porywających rytmów. Do mężczyzn dołączyły szpalerem kobiety. W śród nich była Dora. Nikt się tego nie spodziewał. Jej biały fartuch gdzieś zniknął zastąpiony szeroką spódnicą tak marszczoną, iż wszyscy słyszeli niemal jej szum. Przystanęli z podziwem, a zarazem ze zdumienia. Dora z powagą i opanowaniem, weszła na deski w sam środek.
Dała znak ręką muzykantom, jak i tancerzom. Wszyscy nadal stali zdumieni bez ruchu. Uchwyciła w dłonie swoją spódnicę, i pierwsza tupnęła stopą w deski. Uśmiech pojawił się na wszystkich twarzach. Sara z Vivienne szybko dołączyły do reszty kobiet. Rozmowy reszty gości przy stolikach nagle ucichły. Zaczęły pojawiać się owacje. Ludzi zaczęli wyklaskiwać rytm wraz z muzykantami. Lord Jeffrey de Blackstone, jak i Steven Forest z synem Matthev byli w jednym szeregu. To był imponujący widok. Steven wraz z Matthev zdjęli marynarki, pozostając w samych koszulach. Lord de Blackstone, między innymi górował wzrostem. Zaprosił do swego szeregu Sarę i Vivienne.
Pierwsze rytmy zaczęły się spokojnie. Czym bardziej przybywało elementów tańca, tym bardziej stawały się one bardziej energiczne – porywające. Rytm muzyki był tak wciągający, iż chętnych do tańca było o wiele więcej. Podest był już pełen ludzi. Dalsi chętni zaczęli tańczyć poza podestem, wprost na ziemi. Radości i oklasków było co nie miara. Vivienne nie wierzyła, iż da radę tym rytmom. Co prawda myliła się nieco w stepowaniu, ale nie to było ważne. Ważne było, iż wspaniale się bawiła. Sara była w niebo wzięta. Niemal fruwała w tańcu. Szczególnie, gdy co i rusz spoglądała w tańcu na Jeffrey’a. Kropelki potu pojawiły się na jego czole, ale nie brak było mu wigoru.
Zabawa była przednia. Taniec zakończył się wielkimi owacjami. Gdy uczestnicy zeszli już z podestu, pojawił się na nim cały zespół tancerzy. Wszyscy byli szczęśliwi i rozradowani. Po czym ruszyli, i rozsiedli się przy stołach. Śpiewano, radowano się do woli. Spotkanie trwało do późnego wieczora. Jeffrey pogratulował Vivienne udanego pomysłu, i co do rewii wspaniałości na stole. Wszyscy rozeszli się niemal po północy. Sara nie miała na nic siły, jak tylko wziąć kąpiel i rozpłynąć się w śnieżnobiałą pościel. Powoli ilość osób malała, światła pogaszono. W domu panowała cisza. Wszyscy przesypiali wczorajsze spotkanie przy barbecue.
Jedynie służba od samego rana uwijała się, by wszystko uprzątnąć, by ogród wyglądał jak należy. Zatem uprzątnięto drewnianą ściankę, scenę, podest do tańca. Wszystkie elementy zostały schowane w magazynie domu. Zniknęły ławy, stoły. Sara spoglądała przez okno swojej sypialni, i oczom nie wierzyła. Wspaniały ogród w promieniach słońca, wyglądał niemal jak raj. Okna pokoju Sary były wysoko. Toteż widziała większą część panoramy posiadłości. Była bardzo szczęśliwa. Dochodziła godzina dziewiąta. Nie chciała dłużej spać – nie lubiła tego. Jej czas snu kończył się, mniej więcej o godzinie szóstej rano – każdego dnia. W starym domu jakoś nie miała chęci tak wcześnie wstawać, lecz tu było jakoś inaczej.
Może tu było inne powietrze, przestrzeń. Rozległo się lekkie pukanie. To była pora działania Moly – pokojówki Sary. Stojąc przy oknie wypowiedziała tylko bezwiednie słowa: - wejdź Moly! Ta zaczęła się krzątać swoim stałym rytmem. Sara w tym czasie nie czekając – aż ta skończy – ruszyła do łazienki. Kąpiel z rana była dla niej odnową sił, jak i pełnym relaksem. Nie zamykając drzwi do swej łazienki, zanurzyła się w deszczu ciepłej wody. Uwielbiała kąpiel pod prysznicem, relaksując się w ten sposób, jak co dzień. W między czasie Moly – pokojówka, ukończyła swoje czynności w pokoju Sary – wyszła. Jeffrey skorzystał z windy, gdy tylko się przebudził.
W długim letnim szlafroku, pojawił się w pokoju Sary. Liczył na to, iż zastanie ją jeszcze w łóżku. Wydawała się zupełnie wymęczona, po tak długiej wieczornej zabawie. Jednak się pomylił. Zdumiał się, bo godzina była nader wczesna – jak po takiej imprezie. Sam czuł się wyluzowany. Co prawda nie podejrzewał siebie o tego typu zdolności wytrzymałościowe, lecz był jednocześnie dumny sam z siebie. Sara nie słyszała ponownie otwieranych drzwi, i rozkoszowała się nadal kąpielą z balsamem. Dopiero po chwili na plecach poczuła dłonie, delikatnie rozprowadzające balsam po jej skórze. W lustrze widziała nagą postać Jeffrey’a. Kochała jego dotyk – nigdy natarczywy, nachalny – nie mogła się mu oprzeć.
Odchylając głowę do tyłu, tuliła się do jego muskularnego ciała. Nie była bardzo wysoką kobietą, ale i nie niską. Jednak Jeffrey swoim wzrostem, jak i gabarytem ciała, przez muskulaturę – nad nią górował. Oboje pod prysznicem stanowili jedność. Długie włosy obojga, niemal płynęły im po plecach. Całował jej prawe ucho i szyję. Wolno doń się odwróciła, jednocześnie się doń tuląc. Jego nagie muskularne ciało pokryte obfitym zarostem – przyprawiało ją o zawrót głowy. Uniósł jej podbródek w górę, by muc zatopić swoje wargi w jej ustach. Jedną z dłoni niemal wplątała w jego zarost na torsie. Drugą objęła go od lewej strony. Przyciągała go do siebie, to lekko odpychała.
Jego wargi co i rusz zatapiały się w jej ustach – oddech wzrastał. Jego dłonie coraz bardziej niecierpliwie szalały po jej ciele. Jej dłoń zsunęła się z jego pleców na jego pośladek. Jeffrey jęknął z rozkoszy. Przygarniając ją do siebie, gładził jej plecy, pieścił jej pośladki. Po chwili szaleństwa, Sara uniosła nogę zgiętą w kolanie, opierając się o jego udo. Natychmiast ją uchwycił, gładząc jej skórę – niemal oszalały z rozkoszy. Gdy tylko to uczynił, zaraz uniósł Sarę tak by usiadła na jego biodrach. Wolno otworzyła oczy. Obiema rękoma z twarzy odgarnęła mu włosy, patrząc prosto w oczy. Nie chciał jej do niczego zmuszać, zastygając niemal w bezruchu. Spoglądał na nią oczekując na jej najmniejszy gest przyzwolenia. Po chwili przymknęła oczy.
- Na co czekasz kowboju?
On tylko spojrzał jej głęboko w oczy, i opuścił ją na podest. Wypowiedziane przez nią słowa, wydały mu się dość dziwne. Te parę słów, wydały mu się czymś na miarę testu. Lekko od niej się odsunął, mimo to Sara przytrzymała jego dłoń. Spojrzała mu w oczy.
- Dziękuję!
- Proszę bardzo.
- Wiem że w każdym calu jesteś dżentelmenem, ale skoro już tu jesteś…
Uchwyciła dłonią jego prawy pośladek, przyciągając go do siebie. Czuł, iż fala pożądania rośnie w nim ponownie. Chciał być jednak zupełnie pewien decyzji jaką ona podjęła. Tu i teraz nie był tego taki pewien. Błyskawicznie poprosił ją o wzięcie kolejnej porcji balsamu. Gdy tylko ona ruszyła po jego opakowanie – wymknął się z łazienki. Opanowało ją totalne zaskoczenie. Nim dotarło do niej, co się stało – był już w jej sypialni przy drzwiach. Niemal naga wychyliła się z za drzwi łazienki.
- Czyżbyś stchórzył?
- Bynajmniej. Śpieszę się coś wrzucić na siebie, i ruszyć coś zjeść. Inaczej mój brzuch eksploduje ostrym burczeniem. Czekam na ciebie w jadalni Saro.
Niestety nie zdążyła zaprotestować, bo jego już nie było w pokoju. Klamka tylko poruszyła się, i drzwi się zamknęły. Nic jej nie pozostało, jak tylko powrócić pod prysznic by dokończyć kąpiel. Ranek zapowiadał się iście bajecznie. Lekki wiaterek poruszał konarami drzew, unosząc delikatnie firanki w sypialni Sary. Zapragnęła powrócić do stylu ubierania się z poprzedniego okresu swojego życia. W domu latem, chodziła w bardzo luźnych przewiewnych strojach. Czuła się w nich wspaniale. Zatem wyciągnęła z szafy białą suknię – bardzo luźną. Nie była ona drapowana, czy też marszczona. Była prosta, luźna. Jej urok polegał na prostocie. Długością sięgała kostek.
Z obu stron jednak posiadała rozcięcia, biegnące niemal do połowy ud. Cały dół zakończony był szeroką ornamentową koronką. Co sprawiało, że stała się lekka, zwiewna, niezwykle wdzięczna. Pas stanowiła ta sama koronka, zmyślnie dająca ulgę w piekącym słońcu. Górną część sukni stanowiło zakończenie wywiniętą koronką tak, by utworzył się istny ornament. Do tego włożyła białe letnie obuwie. Włosy zebrane we francuski warkocz, spięty wysoko do góry. Z jednej strony wpięła biały kwiat lilii, co dopełniło całości. Wychodząc z sypialni, zahaczyła o swój gabinet. Spojrzała na leżące na biurku skrypty nad którymi pracowała poprzedniego dnia.
Przypomniało jej się, iż miała dowiedzieć się, gdzie znajdują się owe dokumenty, wymienione przez lady Mary Radley. Ostatecznie nie weszła do gabinetu, a ruszyła w stronę schodów. Tu panował lekki chłód. Klatka schodowa była obszerna, która niczym kaskada spływała do wielkiego kamiennego hallu. Już na schodach spotkała rodziców, śpieszących się na śniadanie. Witając obojga, życzliwie się uśmiechnęła.
- Dzień dobry moi drodzy! Jak minęła noc?
- Ach! Nawet nie zauważyłem, kiedy minęła. Ledwie się położyłem, a już z rana mama mnie budziła.
Ojciec Sary – Steven Forest, nie był zbyt zadowolony z tak szybkiej pobudki z rana. Co prawda była godzina dziewiąta, i śniadanie było czas zacząć – mimo to, jednak nie czuł się z tego faktu zadowolony. Matka Sary – Vivienne Forest zaś, była w niebo wzięta. Niemal promieniała na twarzy. Sara tylko domyślała się, co jest przyczyną jej nastroju. Całą trójką zeszli na dół.
- Coś mi się widzi tato, że nie bardzo wypocząłeś?
Steven chciał cokolwiek powiedzieć by wyrazić swoją dezaprobatę, co do szybkiej pobudki. W tym samym momencie nadszedł lord de Blackstone. Ubrany w letni garnitur w jasno siwym kolorze. Jasno błękitna koszula z krótkim rękawem. Do tego popielaty ażurowe pantofle. Wyglądał imponująco. Od razu przywitał się z rodzicami Sary, jak i z nią samą. Zauważył niewyraźną minę Steven’a. Ten zrezygnował z zamiaru oznajmienia, iż wczorajsza eskapada, pozbawiła go sił na dzień dzisiejszy. Wydał tylko ciężkie westchnienie. Jak weszli do jadalni, lord de Blackstone usłużył Sarze. Tę samą czynność wykonał Steven w stosunku do swej żony Vivienne w zajęciu miejsca przy stole. Przy nim pojawili się również jego synowie. Lekko potupywali stopami pod stołem. Jeffrey natychmiast zrozumiał aluzję, do złego nastroju Steven’a. Nic się jednak nie odzywał. Zerkał tylko dyskretnie, jak zareaguje sam Steven.
- Steven’e! Jak mamy zdążyć do pracy, to nie mamy wiele czasu.
- Wiem! Tak czy tak muszę zjeść.
- Ok! ale się pośpieszmy.
Thomas wraz z bratem, na widok zmęczonego ojca co i rusz chichotali. Ten jednak nie zwracał na to uwagi. Wciąż dolewał sobie kompotu, chcąc ugasić pragnienie.
- Jeśli się nie opanujesz Steve, to niechybnie pękniesz. Mówiłam tobie, że zbyt wiele szaszłyków pochłonąłeś wczorajszego dnia.
Vivienne z niepokojem przyglądała się mężowi, gdy ten pochłaniał kolejne szaszłyki – nie licząc reszty potraw. Wiedziała doskonale, iż nie wszystkie potrawy zasługiwały na wyróżnienie. Owszem, posiadały nawet niezły smak. Wiele by można rzec na temat ich wykonania, czy doboru składników. Miała świadomość, iż Dora – najstarsza z kucharek – z czystej życzliwości dla wszystkich, zrezygnowała z wyznaczenia trzech pierwszych miejsc. Być może było to słuszne, ale nie zawsze trzeba zbyt ufać temu co na stole. I to z tego powodu Vivienne obawiała się o męża. On tyle zjadł. Lecz jak widać skończyło się na wielkim pragnieniu.
Śniadanie szybko minęło, i oboje - Vivienne i Steven – ruszyli do wyjścia z jadalni. Chłopcy również mieli własne sprawy poza domem. W domu pozostali tylko lord Jeffrey de Blackstone oraz Sara. Oboje wyszli ze szklankami napoju na taras. Słońce jeszcze nie operowało tak dotkliwie. Mimo to zadaszenie w pełni spełniało zadanie, dając częściowy cień. Lord de Blackstone widział, iż Sara przez chwilę doń się nie odzywała. Jednak spoglądała na niego dyskretnie.
- Saro! Widzę, że coś ciebie trapi. Możesz mi powiedzieć o co chodzi?
- Przed tobą nic się nie ukryje. Choć z pokoju uciekłeś, jak spłoszone zwierzę.
- Saro.
- No dobrze, już dobrze. Chciałam porozmawiać na temat mojej pracy nad rękopisami.
- Masz jakiś problem w tym względzie?
- Może nie tyle problem, co wątpliwości.
- Jakiego rodzaju?
- Jak wiesz, pracuję nad pierwszymi z rękopisów. A ściślej – opracowuję pamiętniki lady Mary Agaty Radley. Przepraszam że o tym mówię – wiem, jaki to dla ciebie bolesny temat.
- Nie Saro! To nie jest dla mnie bolesny temat. Może był ale już nie jest. Odkąd mam ciebie jestem szczęśliwy, jak mało kto.
- Wiem Jeff! Wiem. Ok! zatem opracowując te rękopisy, zaintrygowała mnie jedna sprawa.
- Tak?
- Ukończyłam właśnie siódmy z jej rękopisów. Coraz bardziej zastanawia mnie jeden fakt. Mianowicie, gdzie jest owa przesyłka, o której ona wciąż wspomina?
- Mówisz o skradzionej przesyłce z redakcji Craft’a zapewne?
- Dokładnie o tej. Z jej opisu wynika, iż to bardzo ciekawy zbiór dokumentów. Co prawda tyczy się on jednej tylko rodziny, ale jednak.
- Jak pamiętam, chodzi o rodzinę de Candberry.
- Tak. Widzę, że masz to jeszcze w pamięci.
- O tak. Ta historia zmieniła na całe lata moje życie. Ale nie chciałbym o tym teraz mówić.
- Przesyłka wreszcie się znalazła? Nie wiem czy trafiła do docelowych właścicieli, czy też nadal jest enigmatyczną tajemnicą?
- Wiem o czym mówisz. Jednak dotąd nie wiadomo gdzie się ona znajduje. Co prawda wiele informacji zostało już ujawnionych – to jednak nie do końca. Sprawa urwała się po tragedii, jaka wydarzyła się w rodzinie Radley’w. Czyli w rodzinie lady Mary Radley. Ale o tym będziesz pewnie czytała w następnych rękopisach. Z tego co wiem jest ich mnóstwo.
- No dobrze. Powiedz mi Jeff? A ten jej Przyjaciel Stanley Hampton. Z jej relacji wynika, że to on był sprawcą kradzieży tej przesyłki. To może ona jest u niego – w jego posiadłości. Co o tym sądzisz?
- Z tego co wiem – cały dom został zrewidowany po tym, co się wydarzyło. Nie chcę tobie zdradzać faktów o których jeszcze nie wiesz, ale akurat to mogę tobie powiedzieć. Dom został przeszukany dokładnie. Ponadto w testamencie, jaki spisał przed śmiercią właściciel domu…
- Mówisz o Hampton’e?
- Tak. Z tego co pamiętam w pierwszym okresie nie wiedziano, co będzie z jego posiadłością. Co prawda żadna to posiadłość – to zlepek wciąż dostawianych części do pierwotnego domu. Niemniej – później okazało się, że owy testament istnieje. W nim to spisano, iż całość przechodzi na Rossa i Thomas’a – służących Hamptona’a. Pracowali oni u niego za jego życia.
- Czy uzyskano od nich jakichkolwiek informacje na ten temat?
- Niewiele. Okazało się, że – jak twierdzili – w domu ich pana nie ma tej przesyłki. Gdzie jest – nie wiedzieli.
- Skoro tak, to pan Hampton musiał przekazać komuś tę przesyłkę. I z tego co już wiem, przekazał ją właśnie lady Mary Radley. Co z jej posiadłością? Czy sprawdzono, czy tam nie ma tych materiałów?
- Musisz zrozumieć czas, jak i sytuację w tamtym okresie. Lady Mary była młodą kobietą – raczej dziewczyną – ściśle mówiąc. Tak samo to, iż jej Przyjaciel Stanley Hampton był młodzieńcem. Oboje jako młodzi dziennikarze – założywszy nawet, iż mieli w tej dziedzinie talent – natrafiają właśnie na tę przesyłkę. Z tego co wiem Hampton zabrał tę przesyłkę tylko z powodu tego, że usłyszał przypadkowo rozmowę obcych, dziwnych ludzi z Craft’m – czyli z jego szefem. Czytałaś o tym?
- Tak!
- Na jakim jesteś etapie?
- Mary otrzymuje telefon od służącego – pracującego u Hampton’a – niejakiego Thomas’a. Chce tam niezwłocznie jechać.
- Ok! z tego co ja pamiętam, to jest właśnie ta chwila która zapoczątkowała lawinę.
- Lawinę?
- Lawinę następstw tego zdarzenia, czyli kradzieży tej przesyłki. Saro! Oni oboje szukali tak ciekawego tematu, który da im wreszcie szansę na zabłyśnięcie w tym fachu.
- I jak mi się wydaje, znaleźli.
- O tak! Tyle, że – osobiście tak uważam – oni oboje do końca nie zdawali sobie z tego sprawy.
- No dobrze, lecz nadal mi nie odpowiedziałeś, co z tą przesyłką.
- Właśnie do tego dążę. Od momentu, gdy Hampton był w posiadaniu owej przesyłki, lawinowo zaczęły następować pewne zdarzenia. Zdarzenia które zmieniły życie wielu ludziom. W związku z nimi było prowadzone śledztwo. Niestety po długim czasie – z braku dowodów – umorzono dalszy jego ciąg.
- To znaczy?
- To znaczy, iż nie znaleziono tej przesyłki.
- A w posiadłości rodziny Radley’w?
- Posiadłość rodziny Radley’w – w tamtym okresie – zamieszkiwał Thomas Radley. Jak pamiętam – już go poznałaś. Mówię o starszym bracie lady Mary Radley. Zamieszkiwał on tę posiadłość wraz z jego młodszym bratem Adamem Radley’m, i jego nianią Loren. No i całą służbą. Mówię o sytuacji zaraz po tragedii, jaka wydarzyła się w ich rodzinie. Z tego właśnie powodu, nie przeszukano posiadłości rodziny Radley’w. Nie było ku temu podstaw. Tym bardziej, iż lord Thomas Radley nie wyraził na to zgody.
- No to mam dość poważny powód ku temu, by ponownie odwiedzić sir Thomas’a.
Jeffrey dokładnie przyglądał się Sarze, a szczególnie jej twarzy. Zastanowił go u niej ten szczególny błysk w oku. Znał ten rodzaj spojrzenia. Taki sam pamiętał z czasów znajomości z Mary Radley. Obawiał się tego rodzaju zacięcia. Pamiętał taki sam wyraz oczu u Mary – niegdyś, gdy ona dociekała prawdy względem Hampton’a. Wtedy obawiał się o nią samą. O to iż nie zdając sobie sprawy, weszła na bardzo niebezpieczny grunt. Wiedział że jej oskarżenia względem jego osoby, były błędne. Zaślepiła ją ta jej ślepa wiara w błędnie wysnute wnioski. To samo działo się z Sarą dzisiaj. Nie umiał sprecyzować przyczyny swego zaniepokojenia.
Przecież tamto zagrożenie minęło – zostało zlikwidowane – nie istnieje. A jednak wyraźnie wyczuwał niepokój. Czyżby historia tamtego czasu miała się powtórzyć? Jednak z jakiego powodu? Sara natychmiast zwróciła uwagę na jego zamyślenie. Teraz to ona wpatrywała się w jego twarz, usiłując zrozumieć, co go tak frapuje.
- Możesz mi powiedzieć Jeffrey’u, skąd u ciebie to zamyślenie? Wyraźnie widzę, że coś ciebie niepokoi.
- Przepraszam cię moja droga, ale masz rację. Jestem zaniepokojony.
- Czemu? Czy coś powiedziałam, co wzbudziło twój niepokój?
- Wybacz mi proszę, lecz to twoje spojrzenie – twój wzrok. Takie samo spojrzenie miała Mary, gdy usiłowała odnaleźć winnych śmierci jej Przyjaciela Stanley’a Hampton’a.
- Widzę że nadal tamte wydarzenia siedzą w tobie jak cierń.
- To nie to Saro. Prawdę mówiąc, ona miała takie samo spojrzenie, jak mnie oskarżała o to morderstwo.
- Ciebie? Miała ku temu powody?
- Żadnych! To była niedorzeczność z jej strony. Ale emocje wzięły górę. Okoliczności. Zdarzenia, jakie się ujawniły – bez względu na to czy powinny, czy też nie – sprawiły, że ona wyciągnęła niewłaściwe wnioski.
- Ale nadal nie rozumiem, dlaczego o to podejrzewała ciebie? Co ty miałeś z tym wspólnego?
- Bo to ja w tamtym czasie należałem do owego bractwa. To właśnie o tym bractwie dowiesz się z rękopisów. To ja później zostałem wybrany przez jego członków na stanowisko mentora i przewodniczącego. A mordercą okazał się nie kto inny, jak jeden z członków – jednym z wielu. Później świeżo nominowanym, by im przewodniczyć.
- No ale to nie świadczyło w cale o twojej winie, lub jakimkolwiek twoim współudziale.
- Tak, to prawda. Niemniej ona wtedy nie brała tego pod uwagę. To właśnie to stanęło między nami. W jednej chwili z miłości, ogarnęła ją nieokiełznana złość – zaraz potem nienawiść, i to właśnie do mnie.
- Jednak czemu niepokoisz się w tej chwili?
- Nie rozumiesz? Ona w tamtym czasie też sobie nie zdawała sprawy z tego, że wkracza na bardzo niebezpieczny grunt. Groziło jej wielkie niebezpieczeństwo. Ci ludzie – tamci ludzie – byli bardzo niebezpieczną grupą spiskowców. Czynili bez skrupułów to, co prowadziło ich do celu. Nie myliłem się. Później lawinowo potoczyły się tragedie. A teraz…
- Czy ty chcesz powiedzieć, że i mnie grozi jakieś niebezpieczeństwo? Czyli…, czekaj, czekaj. To znaczy, że ta cała sprawa tycząca się rękopisów – w nich zawartych informacji, jest czymś bardzo niebezpiecznym? Jakby to było przekleństwo tej całej sprawy.
- Pamiętaj Saro, że śledztwo prowadzone w tamtym czasie, nie odkryło wszystkich faktów.
- Czyli mam rozumieć, że je przerwano bez rozwiązania?
- Tak. Z braku dalszych dowodów, jak i postępu w sprawie – umorzono je. Po trosze też na prośbę lady Mary Radley. To jej zależało na zakończeniu dochodzenia.
- To dość niecodzienna prośba – by nie powiedzieć dziwna.
Mężczyzna umilkł. Siedząc w tarasowym fotelu, wpatrywał się w zieleń poza niską kamienna balustradę. Potem wstał, kierując się w stronę schodów do ogrodu. Przystanął. Lekko chrząknął trzymając dłonie założone do tyłu. Sara doń podeszła delikatnie odwracając go w swoją stronę. Była zdumiona jego wyrazem twarzy. I nagle w jego oczach ukazały się łzy. Uchwycił ją za ramiona. Widziała jego zacięty wyraz twarzy, napięcie – oczy pełne łez.
- Saro! Czy ty nic nie rozumiesz? Znowu ta przeklęta sprawa bierze górę nad moim życiem. Tak jak wówczas. Nie chcę tego przechodzić po raz drugi – rozumiesz? Ją też straciłem. Ta sprawa jest przeklęta Saro. Nie chcę by to przekleństwo zabrało mi ciebie. Rozumiesz! Nie chcę! Ponownie tego nie przeżyję.
Objęła go pod ramiona przytulając się czule. Wiedziała, że on jest przejęty tą całą sytuacją. Nagle uzmysłowiła sobie, iż musiał od samego początku czuć ten niepokój. Takie odczucie miała również z początku, jak tylko wzięła się za ten projekt. Zrozumiała iż tak naprawdę obdarzył ją wielkim zaufaniem, a sam siebie obarczył wielką obawą o jej bezpieczeństwo. Zrozumiała iż do samego początku musiał czuć wielkie męki wiedząc, że pozwala jej zbliżyć się do tak przeklętej sprawy, która zniszczyła mu tyle lat życia. Pojęła że koszmar z tamtych lat mógł obecnie wrócić. Zaczęła sama siebie winić za to, iż od razu o tym nie pomyślała. A przecież wiedziała jaki koszmar przeszedł w tamtym okresie swego życia.
Przytuliła się do niego mocno, starając się go uspokoić. Kochała go bardzo, i rozumiała jego obawy. Ujął jej twarz dłońmi, i to w tym momencie stróżka łez popłynęła mu po policzkach. Usilnie tego nie chciał pokazać, jednak nie miał siły na opór. Ucałował jej czoło na co ona przyciągnęła jego twarz do swojej, i ustami zebrała jego łzy. Przymknął oczy, jakby z wyraźną ulgą. Chciał odetchnąć. Wstydził się swojej słabości z którą coraz częściej przegrywał. Sara obejmując go za szyję, czule wtopiła się w jego usta. Przytulił ją do siebie niemal unosząc ją do góry. Ich miłość łagodziła wszelkie niepokoje, ogarniając wszystko rosnącą falą namiętności. Dom poza służbą był pusty.
Po chwili już byli na jego piętrze. Przystanął na chwilę patrząc jej uważnie w oczy. Tak, jakby czekał na jej decyzję – na jej gest, spojrzenie, czułość. Sara nie zastanawiając się ani przez moment, uchwyciła go za dłoń kierując się ku drzwiom jego sypialni. Nic nie mówili. Nie potrzeba było słów. Po wejściu lord Jeffrey de Blackstone lekko pchnął drzwi, które się zamykając stuknęły zamkiem. Znowu przypadli do siebie w namiętnych objęciach. Całował jej usta z wzajemnością. Granice, jakie ich dzieliły coraz bardziej oddalały się rozmywając wszelki opór czy ograniczenia. Nie panował nad własnym ciałem. Wciąż ją całując obejmował jej szczupłe ciało.
Dłonie samoistnie szukały sposobów uwolnienia Sary z więzów jej garderoby. Nie broniła się. Potrzebowała tej fali namiętności. Czuła, jak fala gorąca wzrasta w kolejnych partiach jej ciała. Odwzajemniając jego pocałunki, coraz bardziej niecierpliwie rozpinała jego koszulę – obnażając wielki, niemal całkowicie pokryty czarnym zarostem tors. Kochała jego ciało. Coraz bardziej była głodna jego dotyku, jego czułości, zapachu, gorąca jego ciała. Niemal błyskawicznie rozpięła jego szeroki pas spodni. Co i rusz części garderoby – w nieładzie – lądowały na podłodze. Nie wstydzili się swojej nagości. Tuląc się wciąż starali się wtopić w siebie. On poderwał ją na ręce, by po chwili znaleźli się w bieli jego pościeli.
Teraz ich ciała łączyły się w namiętnych pieszczotach. Całował jej piersi z wielką czułością. Jego długie czarne włosy spływały na nie, tworząc intymną zasłonę jego pocałunków. Jak kocica wyciągnęła się w białym szczęściu jego łoża, przyjmując coraz to większą falę podniecenia i rozkoszy. Jego nagie ciało – masywne i gęsto pokryte zarostem, przyprawiało ją o zawrót głowy. Coraz bardziej nie panowała nad swoimi zmysłami. Jej dłonie tuliły go – to odpychały – by ponownie badać zakamarki jego ciała. Jej alabastrowe smukłe ciało o kształtach bogini Wenus, doprowadziły go do szaleństwa.
Dłonie wciąż pieszcząc każde miejsce wycałowane przez jego wargi, starały się wyprzedzać jego pocałunki – by po chwili wracać na miejsca już wycałowane. Jego łoże zdało się zbyt małe – choć było pokaźnych rozmiarów. Gubili się – by po chwili odnaleźć się w nim z większą siłą namiętności. Wciąż poznawali nowy aspekt własnych ciał. Oboje nadzy nie mieli żadnych tajemnic, i nie kryli się z niczym. Poznawali każde zakamarki dotąd nie poznane - wciąż rozpalając siłę rosnącego pragnienia miłości. I to wtedy leżąc na wznak, uniósł ją na siebie. Tak że usiadła na jego lędźwiach niczym jeździec na koniu. W chwili połączenia wydała westchnienie rozkoszy.
Odrzuciła głowę do tyłu, pozwalając długim włosom swobodnie spływać między jego lekko podkurczone nogi. Przybierali namiętny rytm, zwiększając przy tym wulkan namiętności, i czystego podniecenia. Wciąż asekurował ją, trzymając dłońmi jej szczupłe biodra. Odgłosy rozkoszy rozbrzmiewały po sypialni niczym słodka muzyka. Po czym delikatnie położył ją w pościeli, i całując – niczym balsamem – nakrył ją własnym ciałem. Tuląc się doń Sara otworzyła przed nim wrota raju. Docenił to, i z wielką delikatnością jego uda umożliwiły mu połączenie się w jedność. Czuł się jak młody Bóg. Teraz już zgodnym rytmem wzlatywali w niebiosa.
By po chwili nurkować w dół oceanu rozkoszy. Nie czuli się jak dwoje ludzi – dwie odmienne płci, czy dwie istoty. Czuli się, jak jedno ciało – jedna istota z dwojga. Zgodnie współpracując ze sobą rozumieli się bez słów w dotyku, odczuciach, pragnieniach. Odnaleźli swoją własną miłość. Tę która przewyższa wszystkie inne zmieniając w nicość to, co po za nią. W wielkiej ekstazie, niemal razem jednocześnie wydali okrzyk uniesienia i namiętności. Jeffrey delikatnie uwolnił Sarę ze swoich mocarnych ramion. Przyglądał się jej tak, jakby chciał dokładnie sprawdzić, czy nie wyrządził jej jakiej krzywdy. Uśmiechnęła się doń czule, patrząc w jego oczy.
Wciąż gładziła jego zarośniętą pierś. Odgarnął jej włosy z twarzy. Sara promieniała szczęściem.
- Tak bardzo cię kocham Jeffrey’u de Blackstone. Wiesz o tym?
- Wiem, moja miła. Wiem. I ja ciebie również.
- Chciałam ciebie przeprosić.
- Ty! Mnie? Za co?
- Za to że nie pomyślałam. Wciąż te notoryczne moje dociekania prawdy, co do skryptów. To musi sprawiać tobie wielki ból. Nie chciałam tego Jeff. Wierz mi.
- Wierzę. Lecz to nie jest twoja wina Saro. To tylko świadczy o tym, że nie potrafię do końca dać sobie rady z przeszłością. Nie rozliczyłem się z nią tak, jak bym tego chciał.
- Myślę że to już uczyniłeś dzisiaj mój kochany. Twoja miłość do mnie, jest tego najlepszym dowodem. Gdybyś był niewolnikiem przeszłości, nigdy byś mnie nie zauważył.
- Może masz rację. Może to ty Saro uwolniłaś mnie z tych przeklętych więzów.
- Być może. Przyznasz jednak, że i ty stoczyłeś wielką bitwę sam ze sobą. Stoczyłeś ogromną walkę z własnymi uczuciami. To nie jest łatwe Jeff. A ty to osiągnąłeś. Można by rzec – pokonałeś samego siebie. Pokonałeś własne słabości.
- Boże! Jak ja ciebie kocham Saro Forest.
- Już mi to mówiłeś – pamiętasz?
- I będę mówił miliony razy, bo taka jest prawda.
- Pewnie masz rację. Jednak jeśli zaraz coś nie zmienimy w tej prawdzie, służba nakryje nas razem w łóżku. I to niemal w środku dnia. To dopiero będzie prawda.
Roześmiała się cudownym uśmiechem, ukazując wspaniały rząd pięknych zębów. Ponownie ją ucałował, i ponownie, i znowu. Nim zdążyła zareagować, zanurkował pod kołdrę, by wycałować każdy jej zakamarek. Jego wąsy zaczęły ją łaskotać, i rozległ się głośny śmiech. Ośmielony taką jej reakcją, jeszcze bardziej całował jej łono, brzuch, piersi – by na koniec wtopić się ponownie w jej usta. Po czym odrzucił kołdrę, pochwycił ją na ręce, i poniósł do łazienki. Nawet nie oponowała. Lord Jeffrey de Blackstone – to potężny mężczyzna, i nie było sensu się wyrywać z jego objęć. Lecz i tak piszczała bojąc się zimnej wody.
Strugi ciepłej krystalicznej wody, otulały oboje srebrną strugą. Sara wiedząc, że i tak Jeffrey nie da jej spokoju sięgnęła po balsam do kąpieli. On jednak był szybszy. Sięgając po balsam uczynił taką minę, iż omal ponownie nie zareagowała głośnym śmiechem. Po chwili była już cała w pianie. On zresztą również. No i wtedy się zaczęło. Oboje pod prysznicem – mnóstwo piany i gorące śmiechy. Najpierw on umazał jej nos pianą, na co ona rzuciła w niego swoją porcją białego puchu. Po chwili wyrządzanych przez siebie figli, Sara podkręciła strumień wody.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz