Tom II – część 25

Post w dziale:

Sara stała niewzruszona. Jej ojciec – wciąż przy biurku, stał bacznie obserwując córkę. Vivienne coraz to bardziej traciła grunt pod nogami. Niepewność ogarniała ją coraz bardziej.

- Tak twierdzisz. A to bardzo ciekawe. Przecież ty tam byłaś – prawda? Ja z tobą rozmawiałam – jeśli mówisz o tej chwili w parku.

- Tak! O tym mówię. I nadal uważam…

- A przypominasz sobie o czym rozmawiałyśmy? – nie inaczej. No to po kolei. George zawiadomił nas, że coś się dzieje niedobrego z Jeffrey’m – zgadza się?

- No tak. Powiedział jakoby informował Jeffrey’a o przygotowanym obiedzie. On jednak nie reagował. Rozmawiałam z George’m o tej sprawie. On sam opisywał mi, że jego pan dziwnie się zachowywał. Tak jakby w ogóle nie słyszał jego słów. Mało! Twierdzi, że pan zachował się tak, jakby go nie widział. George stał na tarasie, a Jeffrey ruszył do ogrodu.

- Ok! Po czym o tym nas zawiadamia, czyli o tym, co się wydarzyło.

- No tak.

- Po czym tata oznajmił, że idzie po służbę do pomocy. My dwie ruszyłyśmy do ogrodu.

- Tak było, ale…

- Cierpliwości mamo. W ogrodzie ty ruszyłaś pierwsza, trochę w innym kierunku niż ja. Po prostu się rozdzieliłyśmy. Było tak?

- Tak było. I potem ja zobaczyłam go leżącego w trawie. A ściślej mówiąc spostrzegłam kolor jego spodni.

- No właśnie. I zawołałaś mnie informując o tym fakcie. Co z tego pamiętasz mamo? Właśnie z tej chwili.

- No powiedziałam tobie, że jest! Wskazywałam, że tam leży. Do czego zmierzasz Saro?

- Zmierzam właśnie do tej chwili mamo. Powiedziałaś mi, że on tam leży, i co jeszcze?

Kobieta niemal u kresu niepewności, ogromnie poirytowana, spojrzała na męża. Ten również lekko zdezorientowany skierował spojrzenie na córkę. I to z pytaniem w oczach. Vivienne widząc, iż ten się nic nie odzywa, zaczęła się denerwować. Już chciała wybuchnąć jakimś nerwowym zdaniem, gdy Sara wyciągnęła rozpostartą dłoń w jej kierunku.

- Spokojnie mamo. Nie chcę ciebie atakować. Po prostu sprawdzam co z tego pamiętasz? Jak widzę zapamiętałaś tylko to jedno zdanie.

- To prawda. Zdaje się, że pamiętam tylko to. A powinnam pamiętać coś więcej?

- Czy ta rozpostarta dłoń wystawiona w twoim kierunku, nic tobie nie przypomina?

- Spokojnie.

- Saro! O co tu chodzi? Widzisz w jakim stanie jest mama. Może dość tych zagadek.

Steven Forest ujął się za żoną z całym przekonaniem, iż czas wszystko wyjaśnić. I tego oczekiwał od córki. Sara opuściła w dół dłoń.

- Właśnie o to mi chodziło. O tym, co się działo w ogrodzie mamo, wiem tylko ja. Ty pamiętasz tylko jedno zdanie. Mianowicie: „Saro! Jest! On tam jest! Leży w trawie!”. Ja również to pamiętam.

- Chcesz powiedzieć, że to nie wszystko? Nie wszystko, co się wydarzyło w ogrodzie?

- O tak…, zdecydowanie.

- To dlaczego ja nic nie pamiętam? Ojciec może nie pamiętać, bo go tam nie było. On ze służbą przybył później – ale ja?

- Mówiąc szczerze ja również nie rozumiem co się dzieje. Szybko jednak pojęłam, że to kolejna manifestacja, wizja – jedna z kolejnych.

Steven zasiadł za biurkiem z wrażenia. Vivienne chwilę stała, lecz czując się niepewnie usiadła w fotelu – Sara mówiła dalej.

- Owszem! Byliśmy razem w ogrodzie mamo, ale tylko przez chwilę. Wypowiedziałaś to jedno zdanie, które pamiętasz i na tym koniec. Lecz to ty tak uważasz. Naturalnie – byłaś tam, stałaś przede mną. Postura, wygląd taki sam. Nawet głos ten sam. Jednak styl mowy, ton głosu, i odmienność tematu – to wszystko przez to, iż to w rzeczywistości ktoś inny przemawiał przez ciebie.

- Matko jedyna! Czy to ma znaczyć, że ten cały koszmar znowu się zaczyna.

- Mamo! To co ty określasz, że znowu się zaczyna – tak naprawdę nigdy się nie skończyło.

- No, ale ta sprawa z nieżyjącą Mary. Wynikało z tego, że już nie będzie nas niepokoiła.

- Myślę że tu nie chodzi o Mary Radley mamo. Bynajmniej nie tylko o nią. Tu chodzi o całą przeszłość, która wiąże się z Jeffrey’m. Z tego co się dowiedziałam wynika, że mimo, iż osiadł tutaj w tej posiadłości miał spokojne życie – to tylko wierzchołek góry lodowej mamo. Być może on sam myślał, że uwolnił się z przeszłości. A być może borykał się z koszmarami – jak ty to określasz. I stąd jego starania się o poszukiwanie rodziny. Myślę że on sam nie daje sobie z tym rady. Być może przez to, że poszukiwał krewnych, chciał przerwać swoją samotność. A co za tym idzie, szukał pomocy.

- Być może nawet nieświadomy. Wątpię by sam się przyznał do tej słabości – choć trudno nazwać to słabością.

- No to, co teraz będzie Saro? Ja już sama nie wiem, co mamy uczynić. Co zrobić, by było dobrze, by mu pomóc.

Młoda kobieta usiadła w fotelu obok matki. Ojciec nadal się nie odzywał. Obawiał się, iż to za dość dla niego. Obawiał się własnego załamania, wynikającego z ciągłego stresu. Vivienne natomiast, chłonęła każde słowo wypowiedziane przez jej córkę.

- Myślę mamo, że nic się nie zmieni. Cała nasza rodzina – chcemy, czy nie – jest tutaj, i nadal tu będzie. Mam nadzieję, że wy oboje również podzielacie moje zdanie w tej kwestii. Nie mogę jednak was do niczego zmusić. Jednego jestem pewna – tak, jak Jeffrey potrzebuje mnie, tak ja jego potrzebuję – ale i was potrzebuję również. Jesteście moim wsparciem i myślę, że i on was pokochał. Ja tu zostaję, i nic tego nie zmieni. Dlatego chciałbym poznać wasze zdanie. Mamo? Tato?

Kobieta spojrzała na męża wzrokiem pełnym niepokoju. Steven jednak po wysłuchaniu słów córki, Okazał się pewniejszy siebie. Wstał zza biurka, i podszedł do obojga.

- Co prawda miałem mnóstwo wątpliwości Saro w tym względzie. Jednak twoje ostatnie słowa przekonały mnie, że byłoby to z naszej strony nie ludzkie. Wręcz nieetyczne, gdybyśmy pozostawili ciebie i Jeffrey’a w takiej sytuacji. Kochasz go, i to się liczy. Wiedz że choć nasz czas pobytu tutaj nie jest długi – to my również żywimy do niego rodzinne uczucia. Nie jest dla nas obojętną osobą. I z tego powodu, będziemy razem z nim i z tobą. Jednak bardzo obawiam się o chłopców. Nie wiem, czy powinni o wszystkim wiedzieć. Czy rozsądnym jest ich we wszystko wtajemniczać. Co ty na to Vivienne?

- Sama nie wiem. Nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć. Ale jedno wiem na pewno – muszą wiedzieć, co się tu dzieje. To nie są już dzieci. Winni poznać prawdę. Bardziej się martwię o ich i nasze bezpieczeństwo.

- Myślę mamo, że będzie dobrze. Ja również uważam, że w stosownym momencie powinni poznać prawdę. Zresztą sami już się domyślają wielu rzeczy.

Vivienne nieco uspokojona, rozluźniła się jednak nadal nie wiedziała, co tak naprawdę się wydarzyło. Niepewnie spojrzała Sarze w oczy. Właśnie o to chciał zadać jej pytanie, ale ta ją wyprzedziła.

- Wiem o co chcesz mnie zapytać mamo. Tyle, że ja nie umiem w pełni odpowiedzieć na to pytanie. Z tego, co usłyszałam – niby od ciebie – a tak naprawdę nie od ciebie – wynika, że to jakiś chaos. Wyglądało to tak, jakby to nie były tematy poruszone przez jedną osobę. Nie wiem ale takie miałam wrażenie.

- To jakieś szaleństwo!

- Pewnie można by było tak pomyśleć. Tyle, że osobiście uważam, iż to ma sens.

- Czyli?

Do rozmowy wtrącił się Steven – ojciec Sary. Do niego zaczynały docierać wreszcie słuszne wnioski. Wszystko zaczęło się układać w logiczną całość.

- Chcę powiedzieć tato, że śledztwo prowadzone w przeszłości Jeffrey’a, nie rozwiązało wszystkich zagadek. Nie wiem, kto do mnie przemawiał ustami mamy, ale otrzymałam wiele wskazówek. Jednak na koniec usłyszałam, iż Jeffrey dostał coś w rodzaju ostrzeżenia.

- Ostrzeżenie? To chore! Jakiego ostrzeżenia?

- Ostrzeżeniem – jak myślę – jest jego obecny stan.

- To, że jest nieprzytomny? To ma być ostrzeżenie? Powiedziałaś że istoty nie żyjące nie mogą nam wyrządzić krzywdy.

- Sama nie umiem tego wytłumaczyć. Istotną rzeczą jest fakt, że powiedziałaś mi mamo – to znaczy ktoś powiedział twoim głosem, że jego wizja musi się wypełnić. Stąd uważam, że jego wizja to dla nas obecnie jego brak przytomności.

- I to ma nas uspokoić? A co, jeśli się nie obudzi? Co wtedy?

Sara była spokojna i opanowana. Dążyła do tego, by rodzice ją całkowicie zrozumieli. By ich uspokoić.

- Sądzę, że gdy tylko zakończy się wizja – powróci do nas. Obudzi się. Potwierdzają to wyniki jego badań. Poza lekkimi wahnięciami, nie ma żadnych podstaw by sądzić, że istnieje zagrożenie.

- Obyś miała rację Saro, lecz martwi mnie coś jeszcze.

- Mianowicie?

- Czy za każdym razem – jeśli biorąc pod uwagę jego przeszłość – będzie on atakowany w taki sposób? Jeśli to tak można nazwać.

- Myślę że tu mam na to odpowiedź. Wynika ona z tego, co się dowiedziałam tam w ogrodzie. Chodzi o to, że jeśli Jeffrey jak i ja – jeśli zabierzemy się za rozwiązanie niedokończonych kwestii z przeszłości – to być może tu tkwi sedno całej sprawy. Innymi słowy, dane mu było dość czasu na rozwiązanie nierozwikłanych kwestii.

- To ma sens. Jak chcesz tego dokonać?

- Po prostu. Klucz tkwi w rękopisach. Innymi słowy kluczem jest przeszłość. Skoro powiedziano mi, iż wszystko to co się wydarzyło w naszej rodzinie – nie było przypadkiem, że zjawiliśmy się tutaj. To sądzę, że nie jest przypadkiem również prośba Jeffrey’a o opracowanie kroniki jego życia. Kroniki opartej na owych rękopisach. Inaczej nie będę mogła mu pomóc – dlaczego? Gdyż nie znam jego przeszłości punkt po punkcie. A wiecie, że to co przeżył, nie było dla niego rajem.

- Akurat to prawda.

Na krótką chwilę zaległa cisza. Cała trójka zagłębiła się w rozmyślaniach. Jednak ciszę przerwało pukanie. Drzwi uchyliły się, i George stanął w nich z wielkim uśmiechem na twarzy.

- Tak George!

- Przyszedłem z polecenia pielęgniarki mego pana. Poleciła mi bym przekazał, iż pan się obudził.

- Jak to? Kiedy? To bardzo dobra wiadomość.

- Pan prosi panią Sarę do siebie.

- Oczywiście! Już idę.

Od razu wstała, i z rosnącą radością ruszyła do wyjścia. Nim zbliżyła się do drzwi, nagle się odwróciła.

- No i nie mówiłam. Słuchajcie – będzie dobrze.

Rodzice Sary spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Nie spodziewali się takiego rozwiązania. To była jednak bardzo dobra nowina. Odetchnęli z ulgą. Sara wyszła z gabinetu. Po chwili już była w jego sypialni. Lord Jeffrey de Blackstone, leżał w pościeli z przymkniętymi oczami. Aparatura została wyłączona zaraz po tym, kiedy wyniki okazały się zgodne z normą. Zagrożenie minęło. Sara podeszła do jego łóżka, i spojrzawszy na pielęgniarkę, usiadła na jego brzegu. Ta skinęła porozumiewawczo głową.

- Jeff!

Lekko uchwyciła jego dłoń. Trzymała ją lekko poklepując.

- Jeff! Słyszysz mnie?

Mężczyzna z początku nie otwierał oczu, lecz po chwili lekko uchylił powieki. Wtedy już wiedziała, że będzie dobrze.

- Jak się czujesz?

Spojrzał na nią. Usiłował się uśmiechnąć, lecz nie bardzo mu to wyszło. Na twarzy malował się dziwny grymas – niczym uśmiech. Jego dłoń lekko drgnęła, i zacisnęła się na jej dłoni. Spokojnie przechylił głowę w jej stronę.

- Miło mi ciebie widzieć kochanie – przepraszam.

- Za co?

- Za to całe zamieszanie. Właściwie sam nie wiem co się wydarzyło.

- To teraz nie jest ważne Jeff. Obecnie ważne jest zdrowie.

Mężczyzna przyciągnął jej dłoń do ust, starając się ją ucałować. Nie bardzo jednak mu to wyszło. Starał się być pogodny, lecz powieki wciąż mu opadały. Sara dobrze to rozumiała.

- Jeffrey’u! może byś się teraz przespał? Jesteś osłabiony.

- Nie sądzisz, że już dość spałem. Ale faktycznie, nie chciałbym teraz wstawać.

- No i dobrze. Jak się czujesz? Bo to jest teraz ważne.

- Nie jest źle. Może trochę jestem zmęczony. No i nie ukrywam, że jestem głodny.

- Nie dziwię się. Obiad już dawno minął.

To obojga podeszła pielęgniarka, lekko się uśmiechając. Wykonała ostatnie badania. Widać, iż mimo poprawy stanu zdrowia pacjenta, była bardzo skupiona na tym, co czyni. Lord de Blackstone dyskretnie zerkał to na Sarę, to na pielęgniarkę.

- Wszystko w porządku siostro?

- Z wyników, jakie mam przed sobą wynika że tak. Praca serca się unormowała. Tętno jest w granicach normy. Proszę mi powiedzieć, jak jest z ostrością widzenia u pana?

- Sądzę że nie mam z tym kłopotu.

- Co prawda doktor i tak dzisiaj będzie u pana – lecz chciałabym wiedzieć. Doktor sam zdecyduje o tym, co dalej. Lecz ostrość widzenia po wybudzeniu jest bardzo istotną kwestią. Pan długo przebywał w stanie śpiączki. Stąd moje pytania.

- Rozumiem.

- Na koniec proszę mi powiedzieć, jak ogólnie się pan czuje? Czy odczuwa pan w jakimkolwiek miejscu ból? Jakąkolwiek dolegliwość?

- Nie. Poza uporczywym zmęczeniem, no i głodem – to nic nie zgłaszam, nic mnie nie boli.

- Zmęczenie jest pewnie wynikiem długiego przebywania w śpiączce. Fakt że pan wciąż leżał, nie zawsze jest oznaką odpoczynku dla organizmu. Jednak zaznaczę, iż określił pan to zmęczenie, jako uporczywe. Doktor będzie się musiał temu przyjrzeć uważniej. A co do głodu – mogę tylko powiedzieć, że jest to dobra oznaka powracającego zdrowia.

Sara podczas rozmowy z pielęgniarką, stała nieopodal okna. Nie chciała jej przeszkadzać w wykonywanych czynnościach. Jednak na ostatnie słowa pielęgniarki, obdarzyła Jeffrey’a szerokim pięknym uśmiechem. Odwzajemnił jej tym samym.

- Czy pan de Blackstone będzie mógł wstać?

- Tak sądzę proszę pani, ale nie teraz. Ja muszę przekazać wyniki badań doktorowi, i ten zadecyduje. Jednak z wyników jakie mam przed sobą wynika, że nie będzie z tym problemu. I jeszcze dzisiaj będzie pan mógł pozwolić sobie na mały spacer po pokoju.

Sara zakryła lekko usta dłonią. Widziała minę Jeffrey’a, który miał w spojrzeniu wielkie wołanie o pomoc. Widmo dalszego pozostania w łóżku rozbroiło go całkowicie. Liczył na to, że będzie mógł wyjść z sypialni.

- Mój ty biedaku. No nie jest tak źle. Możesz pospacerować po sypialni. To tylko dla twego bezpieczeństwa.

- No ale…

Pozwoliła sobie na mały żart względem Jeffrey’a. Rozbawił ją widok wielkiego mężczyzny, słuchającego drobnej pielęgniarki. Sama pielęgniarka uśmiechając się ruszyła do wyjścia. Miała własne obowiązki do wykonania.

- Teraz państwa pozostawię samych. Muszę uporządkować pana wyniki badań. Doktor jest pod tym względem bardzo wymagający.

- Naturalnie.

Pielęgniarka wyszła. Sara usiadła ponownie na brzegu łóżka, wciąż życzliwie spoglądając na jego twarz.

- Myślę, że nie będzie przeciwskazań byś coś zjadł.

- Myślałem że nigdy o to nie zapytasz.

- Jak u ciebie z ruchem. Dasz sobie radę z kąpielą, czy przysłać tobie pomoc?

- Wolałbym…

- Nie słyszę.

- Nic nie mówiłem.

Wychodząc odwróciła się w jego kierunku. Spojrzała na niego doskonale wiedząc, co miał na myśli.

- Nawet nie próbuj.

- Wybacz – żartuję przecież.

Uśmiechną się przy tym, jak tylko umiał najładniej. Jednak w najmniejszym stopniu nie było mu do śmiechu. Czuł samym sobą ogrom odpowiedzialności jaki na nim ciążył. Doskonale rozumiał co przeżył. Zdawał sobie sprawę z tego, iż ucieczka od przeszłości była tylko mrzonką. Obecnie dotarło do niego, że było to tylko jego zbożne życzenie. Odczekał. Gdy tylko Sara wyszła z sypialni – jego uśmiech zastygł w bezruchu, oczy coraz bardziej zdradzały rosnący niepokój.

Czuł że to nie jest ta sama walka, co zdarzyło mu się prowadzić przed laty. Tam miał przed sobą z krwi i kości żywych ludzi. Tu sam nie był pewien z kim ma do czynienia. Wstał powoli z łóżka, i ruszył do łazienki – przymknął drzwi. W sypialni pojawiły się pokojowe. Jeffrey ich nie słyszał. Szum wody zagłuszał wszystko. Nawet gdyby nie to, niczego by i tak nie słyszał. Stojąc w deszczu lawiny kropel prysznica – tak naprawdę – nie był obecny. Czuł się tak jakby nie istniał. Wciąż rozpamiętywał koszmar jaki właśnie przeszedł.

Nie chciał o tym myśleć, jednak sceny z owego koszmaru wracały, jak bumerang – dręcząc jego umysł. Z polecenia Sary w pokoju zjawił się Christopher. Miał pomóc swemu panu wziąć kąpiel. Pokojowe właśnie kończyły porządkowanie sypialni. Christopher podszedł do Juliett’e, a zaraz potem podeszła do nich Tessa.

- Widzę że już skończyłyście tutaj.

- Tak. Jeszcze tylko garderoba dla naszego pana.

- A gdzie jest pan?

- Bierze kąpiel.

Pokojówka Juliett uniosła twarz ku jego twarzy. To była chwila jednak wychwycił jej zawahanie. Nie aby się bała mu cokolwiek powiedzieć, niemniej wstydziła się tego co zamierzała mu wyjawić. Tym bardziej, że nie bardzo była pewna tego, co widziała. Tessa kierowała się już do wyjścia, ale po drodze jeszcze sprawdziła przygotowaną garderobę. Nie było to dzienne ubranie, biorąc pod uwagę styl lorda de Blackstone. Był to komplet luźnych czarnych spodni, białej koszuli z krótkim rękawem. Koszula posiadała niesymetryczny wzór na butonierce. Oraz długi adamaszkowy męski szlafrok z szerokimi rękawami, i szalowym kołnierzem. Może nie wyglądało to nowocześnie, lecz zapewniało mu komfort dobrego samopoczucia. W pokoju pozostali Juliett i Christopher.

- O co chodzi Juliett?

- Przepraszam! Ale nie rozumiem.

- Juliett! Daj spokój. Znamy się nie do dziś. Wiem kiedy jesteś zakłopotana. No dalej. Mów o co chodzi?

- No dobrze, ale…

- Ty jesteś coraz bardziej zakłopotana, albo… poczekaj!

- Nie mam czasu Christopher ’e. To nie ważne.

- Ty jesteś zawstydzona? Tak! Ty się wstydzisz.

I niemal z zaskoczenia, podniósł głos. Ta zaniepokojona od razu wskazała palcem uchylone drzwi łazienki. Spojrzał we wskazanym przez nią kierunku, i od razu ściszył głos. Gdy powrócił wzrokiem do Juliett – jej już nie było. Zaciekawiony zachowaniem pokojówki, zerknął poprzez uchylone drzwi do łazienki – oniemiał. Jego pan stał pod prysznicem w ogóle się nie ruszając. Po prostu stoi nagi i nic. Woda się leje na niego – a on nic. Lokaj nie mógł się odezwać. Od razu wyszedł z sypialni. Na korytarzu starał się ochłonąć. Wiedział że coś się działo z jego panem, i to go zaniepokoiło. Chwilę postał na korytarzu, ale nadeszła Juliett z obiadem – otrząsnął się. Chciał od razu ruszyć. I w tym momencie, gdy ta minęła go z tacą, lekko uchwycił ją za ramię. Przystanęła.

- Zajrzałem do łazienki Juliett!

- Jak to?

- O tym chciałaś mi powiedzieć – prawda?

- Tak.

Widać, że nadal była zawstydzona. Jednak widząc jego zaniepokojenie trochę jej ulżyło. Mimo to, ruszyła do apartamentu lorda. Christopher koniecznie chciał porozmawiać z Sarą. Ruszył na schody. Po chwili – zdyszany, wpadł do jej apartamentu. W salonie jej nie było. Zapukał do jej gabinetu. Słyszał tam dźwięki klawiszy komputera. Otworzył drzwi w tym samym momencie, gdy ona zareagowała na pukanie. Od razu uniosła głowę.

- Czy coś się stało?

- Proszę mi wybaczyć, ale z panem jest coś nie tak.

Od razu zerwała się z miejsca, i doń podeszła.

- Coś nie tak? Czyli co?

- Pan stoi pod prysznicem i nic.

- A co jest dziwnego w tym, że stoi pod prysznicem? Posłuchaj co ty mówisz!

- Proszę pani, ale pan stoi pod prysznicem i nic. Woda się leje a on stoi nieruchomo.

- Jak to nie ruchomo? Ale on już powinien być dawno po kąpieli. Matko jedyna! Gdzie on teraz jest?

Przyśpieszając krok od razu ruszyła na schody. Nie sądziła, by znowu zasłabł – lecz, iż może być ponownie zaatakowany jakąś wizją. Obawiała się, że jego poprzedni stan może się powtórzyć. Do jego pokoju wpadła jak burza. Od właśnie stał przed lustrem w sypialni, wycierając się wielkim ręcznikiem. Jak tylko Sara pojawiła się, od razu ruszyła w jego stronę. Nagle się odwrócił.

- To było wejście moja droga.

- Czy ty się dobrze czujesz?

- A czemu miałbym się czuć inaczej?

- Chociażby dlatego, że do tej pory się kąpałeś – a raczej – stałeś nieruchomo? No po prostu stałeś. I to dość długo.

- A… nic o tym nie wiem. Pewnie zamyśliłem się.

- Pod prysznicem? Jeff! O co chodzi?

- Kochanie! Wszystko jest w porządku – zapewniam cię. A tak nawiasem chciałbym się ubrać.

- Jadłeś już?

- Jak pamiętam – to nie.

- Pomóc ci się ubrać?

- Saro!

- Zatem czekam na ciebie w salonie – twoim salonie.

Uśmiechając się, przeszła do salonu. Jeffrey wytarł się stojąc przed lustrem, kończąc tym swoją toaletę. Ubrał się w uszykowaną garderobę. Szlafrok zwieńczył dzieło. Po chwili ruszył do salonu. Sara od razu zwróciła uwagę na jego wygląd. Jak zwykle starannie uczesany, ogolony, pachnący. Bardzo chciał wyjść na powietrze, ale czekał na niego posiłek. Sara od razu zaprosiła go do posiłku, sama usadawiając się w fotelu – nieopodal.

- Co masz dzisiaj w planie Saro?

- Właśnie zabrałam się za szykowanie następnego z rękopisów. Musiałam jednak przerwać z powodu Christopher’a. On właśnie wpadł do mego pokoju by zawiadomić mnie, iż z tobą jest coś nie tak. Możesz mi wyjaśnić, co się działo pod moją nieobecność?

- Zapewniam cię, iż nic takiego co mogłoby sugerować niepokój.

- Przecież on by nie przesadzał Jeff. Tym bardziej, że był szczerze poruszony.

- Słuchaj! Wziąłem kąpiel i tyle. Trochę mi to zajęło czasu, ale…

Dostrzegła od razu, iż nie mówi jej prawdy. Wciąż ucieka wzrokiem by nie napotkać jej spojrzenia. Nie chciał ustąpić – ale i nie zamierzała go naciskać. Jednak stopniowo zaczęło ją drażnić, iż nie mówi jej całej prawdy.

- Wiem Saro, że martwisz się o mnie. Jednak zapewniam cię, że niepotrzebnie.

- Może i tak. Jednak już raz mieliśmy dziwne zdarzenia w tym domu – i to nie zawsze miłe. Zgodzisz się z tym chyba?

- W pełni.

- Zatem nie rozumiem twojego uporu w twierdzeniu, że nic się nie stało.

By pokazać mu, że nie tylko on przeszedł dziwną sytuację – spokojnie siedząc – starała się mu przedstawić to, co się działo poza nim.

- Dzisiejszy dzień Jeff, był pełen wrażeń. Jeszcze do obiadu wszystko było w normie. Jednak przed samym obiadem, przybiegł do nas Christopher.

- Tak? A co chciał?

- No właśnie przybiegł do nas opowiedzieć nam, iż z tobą działo się coś dziwnego.

Mężczyzna na moment przerwał jedzenie. Spojrzał na Sarę z zaciekawieniem.

- A co takiego dziwnego się działo?

- Zdał nam relację z tego, jak to informował ciebie z tarasu, o zakończonych przygotowaniach do obiadu. Pamiętasz to?

- Kiedy to było?

- Na dolnym tarasie. Widział ciebie jak dotykałeś kwiatów pnących róż, co również – według niego – było dziwne. Twierdził, że nigdy tego wcześniej nie robiłeś.

- Ja dotykałem palcami kwiaty? Po co?

- No właśnie – po co?

- Posłuchaj dalej. Zatem Christopher przybiegł do nas zdyszany twierdząc, że ty dziwne się zachowujesz. Powiedział że dwukrotnie głośno odezwał się do ciebie w sprawie obiadu. A ty nic. Mówił że wyglądało to tak, jakbyś go w ogóle nie słyszał i nie widział. Odwróciłeś się od niego, i ruszyłeś po schodach do ogrodu.

- Nic z tego nie pamiętam. To niedorzeczność Saro.

- No właśnie – posłuchaj dalej. Tata od razu ruszył po dwóch lokajów do pomocy, a my obie z mamą ruszyłyśmy do ogrodu. I tu zaczęło się najciekawsze. Mama była ze mną, choć wyprzedzała mnie o kilkanaście kroków. Szukałyśmy ciebie w ogrodzie. Dopiero mama wypatrzyła ciebie w trawie, nieopodal kaplicy.

- W trawie? Boże! Ja w trawie!

- Ja słysząc co do mnie mówi mama ruszyłam w jej kierunku. Ona jednak w ostatniej chwili, wystawiła do mnie wyprostowane ramię z rozpostartą dłonią. Ona chciała mnie za wszelką cenę zatrzymać.

- Mów dalej.

- Zdziwiłam się bo wydawało mi się to dziwne. Jednak ona zaczęła do mnie mówić w bardzo dziwny sposób. Poruszała – jakby – parę tematów. Parę kwestii, stanowiących – jakoby odrębny ciąg. Jakby ktoś inny lub inni – przez nią przemawiał. Rzadko się czegokolwiek boję, ale tu zaczęłam się bać nie na żarty.

Lord de Blackstone właśnie zaczął się posilać. Wypił łyk kompotu, i zasiadł w fotelu obok Sary. Teraz już słuchał niemal całym sobą.

- O jakich tematach mówisz?

- Dowiedziałam się, że to co się z tobą dzieje, to konsekwencja niedotrzymanej obietnicy – danej w przeszłości. Mówię tu o tym zdarzeniu w parku. Ktoś kto zawładnął wtedy mamą, nie pozwalał mi dojść do ciebie. Stwierdził że twoja wizja musi się wypełnić. Stąd twój stan.

- Jaki stan?

- Po rozmowie z mamą – choć nie do końca z nią, wreszcie ruszyłyśmy w twoim kierunku. A stało się tak dlatego, iż ktoś kto zawładnął mamą – zakończył zdanie. Mama doszła do siebie, ale nie pamiętała z tego nic. Tak samo jak ty teraz. Wręcz dziwiła mi się, że miast stać, jak wryta przy niej w ogrodzie, winniśmy być już przy tobie.

- Ciebie znalazłyśmy na półsiedzącego w trawie, opartego o kamienną ławę tuż przy kaplicy. Dopiero potem zjawił się tata z dwoma służącymi. Zabraliśmy ciebie do domu. I tak znalazłeś się w sypialni. Był doktor – zresztą pewnie będzie po raz kolejny. Ty byłeś nieprzytomny, choć wyniki twoich badań były w normie.

- Co się jeszcze dowiedziałaś?

- Najpierw moja matka nagle zmieniła się w starą, siwą kobietę – niskiego wzrostu. Później usłyszałam dość dystyngowany głos mówiący, iż ty masz odnaleźć ostatniego z rodu de Candberry’h. Ponoć taką obietnicę złożyłeś.

- To prawda – coś jeszcze?

- Na koniec dostałam informację, że przeszłość – twoja przeszłość nie została do końca zamknięta. Nie do końca rozwiązana. Mało! Powiedziano mi, że ty sam sobie z tym rady nie dasz, bo masz zbyt mało czasu. To ja mam tobie pomóc. Inaczej źle się to dla nas zakończy. Nie sądzisz, że to zabrzmiało jak groźba? Że to nie są żarty? Więc nie mów mi, że się nic nie stało.

Mężczyzna widział jej skupiony wzrok skierowany wprost na niego. Widział zacięcie, które już tak znał. Czuł że musi jej powiedzieć prawdę o tym, co w rzeczywistości się z nim działo i dzieje nadal. Tylko nie wiedział, jak jej to powiedzieć. Czuł iż gdy jej wszystko wyzna sprawi, iż w jej oczach stanie się słabym niezaradnym człowiekiem.

- Nie bardzo wiem co mam tobie powiedzieć. Sam nie potrafię sobie wielu rzeczy wytłumaczyć.

- Powiedz mi co pamiętasz z tego zdarzenia w ogrodzie? Czy coś w ogóle pamiętasz?

- Saro! Ty sobie nawet nie uświadamiasz tego, ile kosztowała mnie przeszłość. Nie chcę…

- Wiem, że nie chcesz – ale nie jesteś sam. Jestem ja, moi rodzice. Czemu nie możesz tego zrozumieć?

- Mogę tylko…

- Tylko co?

- Nie chcę w to wszystko wciągać ciebie – tym bardziej, że to nie jest bezpieczne – wiem coś o tym.

- A czy nie pomyślałeś, że ja chce tobie pomóc? Że chcę być w to wciągnięta?

- Nie chce się z tobą kłócić Saro. Po prostu chronię ciebie przed przeszłością.

- To przestań. Nie jestem już dzieckiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz