Tom II – część 26
Lord de Blackstone milczał. Z jednej strony miał nie jedno do powiedzenia, ale nie mógł wyznać prawdy. Wciąż uważał, że Sara wielu rzeczy nie rozumie. Nie rozumie tego zagrożenia. Wciąż jednak dławiła go przeszłość. Z drugiej strony natomiast czuł, że Sara ma rację. Z jednej strony doskonale pamiętał do czego doprowadził upór Mary – z drugiej zaś strony w pełni zdawał sobie sprawę, iż przeszłość odebrała mu wiele lat jego życia. To wewnętrzne rozerwanie, wewnętrzna walka sprawiła, iż przez chwilę poczuł się źle. Sara właśnie była przy nim obok w fotelu. W chwili gdy wypowiedziała to ostatnie zdanie, szklaneczka z kompotem wypadła mu z dłoni. Niemal natychmiast zerwała się z fotela.
- Jeff! Co tobie jest?
- Nie czuję się dobrze Saro.
- Przepraszam cię. Ja tu gadam i gadam, a zapomniałam, że dopiero co odzyskałeś przytomność. Dasz rade wstać, czy tobie pomóc?
- Nie bardzo wiem, co mi jest Saro.
- Co czujesz?
- Ogromy ciężar. Nie umiem sobie z tym poradzić. Zmęczenie i…
W tej właśnie chwili osunął się na fotel. Sara poważnie zaniepokojona, krzyknęła na pielęgniarkę. Ta od razu się zjawiła. Widząc co się dzieje natychmiast zaczęła działać.
- Co się stało proszę pani? Zdenerwował się czymś?
- Nie mam pojęcia. Być może. Rozmawialiśmy o zdarzeniu w ogrodzie.
- To nie rozsądne proszę pani. Pacjent jest bardzo słaby. Prosiłam by go oszczędzać.
Sara wezwała George’a, i razem z pokojówkami – pomogły mężczyźnie wstać, i przeprowadzili go do sypialni. Mocno trzymały go pod ramiona. Sam nie był w stanie samodzielnie chodzić.
- Saro! Wybacz mi. Tak mi wstyd. To tak nie powinno wyglądać. Ona mi ciebie zabierze. Zniszczy nas oboje. Nie mogę na to pozwolić.
I ponownie się osunął na nogach. Lokaj był młodym i silnym mężczyzną. Gdyby nie to, lord de Blackstone runąłby na podłogę. Przy łóżku pokojówki pomogły zdjąć panu szlafrok, i dzienne ubranie. Znowu ubrano go w piżamę. Z wielką ulgą posłusznie się położył. Sara przykryła go kołdrą. Chciała przyciągnąć fotel bliżej do jego łóżka – gdy on uchwycił jej dłoń.
- Wybacz mi Saro. Wybacz!
Czuła jak uścisk jego dużej dłoni słabnie. Nie siadała nawet w fotelu obok. Pielęgniarka zaczęła wykonywać ponowne badania – uznane już za zakończone. Musiała ponownie podłączyć pacjenta do aparatury. Sara musiała na tę chwilę od niego się odsunąć. Jednak poczuła zbierające się łzy w oczach. Pierwszy raz zaczęła bać się o niego. Dotąd nie dopuszczała – nawet nie myślała o tym – że może go zabraknąć. Coraz bardziej docierało do niej, że on nie jest niezniszczalny. On – taki wielki silny wysportowany męski, i miałby zniknąć? To nie możliwe. A jednak w tej chwili dotarło do niej, że ta jego siła nic nie znaczy. Starała się nie rozpłakać. Jednak ścisnęła chusteczkę w dłoni. Gdy tylko pielęgniarka zakończyła swoje czynności, ta przypadła do jego łóżka.
- Kochany mój – trzymaj się. Nie mam tobie czego wybaczać. Pomogę tobie i wiesz o tym. Zaraz będzie doktor.
Mężczyzna już nic nie powiedział. Widziała jego zamykające się powieki. Co prawda próbował je co i rusz otworzyć. Za każdym razem jednak z coraz większym trudem. Sara nie wytrzymała, i pierwszy spazm płaczu wydostał się z jej krtani. Odeszła od jego łóżka nie chcąc pokazać łez. W tej właśnie chwili do pokoju weszła Vivienne. Została zawiadomiona przez George’a o tym, iż jego pan powtórnie zasłabł. Podeszła wprost do córki. Uchwyciła ją za ramiona w momencie, gdy ta stała przy oknie. Celowo stała tyłem do pokoju, by nikt nie mógł widzieć jej słabości. Matka odwróciła ją ku sobie lekko potrząsając. Jej mina była poważna – jednak opanowana.
- Posłuchaj mnie moja droga. Długi czas przekonywałaś nas, że on jest miłością twego życia. Wiesz jak trudno było nam zaakceptować ten związek. Jednak udało się, i zaczęliśmy go traktować jak swego przyszłego zięcia. Z ojcem widzieliśmy jak walczysz o tę miłość. Jak oboje się staracie siebie wspierać, uzupełniać, pomagać sobie. To teraz ty płaczesz? Ty która dotąd wyłaś taka zdecydowana, silna, mądra? Jesteś Sarą Forest, i pamiętaj o tym. On nie umiera, i broń Boże tak o nim myśleć. Będzie dobrze. Cokolwiek by się działo, będziemy wszyscy mu pomocni – aż wyzdrowieje. Dotąd poznałaś tę piękną stronę miłości dziecko. Dzisiaj odkryłaś, że istnieje ta druga strona – mniej błyskotliwa, i przyjemna. Zapamiętaj to uczucie Saro. Będziesz jeszcze wiele razy odczuwała strach, ból, tęsknotę, stratę. To nie są przyjemne uczucia. Ale dasz radę i przetrwasz. Jedno słabnie – drugie go ratuje. Jedno może upaść – drugie go podtrzymuje. Jedno ma wątpliwości – drugie go wspiera. To jest miłość.
- Wiem mamo! Wiem, ale…
- Popatrz na mnie dziecko. Będzie dobrze. Jeffrey ma tu wspaniałe warunki. Ma doktora i to najlepszego. Jeśli trzeba będzie znajdzie się w najlepszym szpitalu, jaki tu istnieje w całej okolicy. I ma nas. Nie jest sam Saro – on ma nas wszystkich. Będzie dobrze.
Vivienne jednak przerwała swój wywód, gdyż do pokoju wkroczył doktor. Pielęgniarka przekazała mu wyniki pacjenta. Przeczytał i ruszył do Jeffrey’a, by wykonać jeszcze parę rutynowych badań. Vivienne podeszła do niego, pozostawiając córkę przy oknie.
- I co pan o tym sądzi doktorze?
Ten wyprostował się, oddalając się od łóżka chorego.
- Nie wiem, co o tym sądzić. Wyniki diametralnie różnią się do tych z przed godziny. To bardzo dziwne. Nadal nie jestem w stanie ustalić przyczyny obecnego stanu zdrowia lorda de Blackstone. Z wyników jasno wynika, iż występuje bardzo duże osłabienie organizmu. Porównując poprzednie wyniki – a obecne, widać wyraźnie, iż serce pracuje bardzo nieregularnie. Mówiąc szczerze, jestem tym bardzo zaniepokojony. Oceniając jego parametry – wygląda to tak, jakby długo chodził, bądź wykonał pracę silnie go obciążającą. Takie symptomy właśnie pojawiają się podczas zaburzeń kardiologicznych.
- Co pan zatem radzi doktorze?
- Musi leżeć. Jak również powinien mieć bezwzględny spokój. Świeże powietrze również ma tu wielkie znaczenie. Zero stresu proszę pani. To go zabija. On wymaga szczególnej opieki, i mnóstwa spokoju. Nie sądzę by była konieczność zabierania pacjenta do szpitala. On obecnie śpi, i to jest dlań bardzo korzystne. Jak pani wie, sen jest lekarstwem na wiele dolegliwości. Pielęgniarka jednak musi pozostać tu na miejscu – nalegam! Będzie mnie informowała o stanie zdrowia pacjenta. No chyba, że państwo macie coś przeciwko temu.
- Ależ skąd! Nam również zależy na zdrowiu Jeffrey’a.
- Rozumiem. Zatem lekarstwa już mu przywiozłem. To co potrzebuje – tu ma. Proszę zadbać o jego sen, jak i obserwować go po przebudzeniu. Musi mieć spokój, ale nie może zostać sam. Towarzystwo najbliższych mu osób zdaje egzamin w takich sytuacjach. Konieczne jednak są badania kardiologiczne. Nie będę ukrywał, iż nie podoba mi się praca jego serca. Ale to później o tym porozmawiamy. Obecnie państwa pożegnam. Mam jeszcze dwie wizyty na mieście. Będziemy w kontakcie. Dobranoc!
I wyszedł z sypialni. George odprowadził go do wyjścia. Po dwóch tygodniach lord de Blackstone, obudził się wczesnym rankiem. W sypialni nie było nikogo – był sam. Rozglądał się wolno w koło. Jakby wszystko taksując, upewniając się czy jest w porządku. Przy łóżku na szafce nocnej, znajdowała się taca z kompotem. Kryształowy dzbanek i stojąca obok szklaneczka połyskiwały w rannym świetle. Zasłony w oknach były zasunięte do połowy, by dzienny blask nie raził. Po drugiej stronie pokoju, drzwi były uchylone. Przy stoliku stała pielęgniarka. Pochylała się nad nim, czymś zajęta. Coś na tacy przekładała. Coś zapisywała. Szybko ją ocenił z wyglądu.
To była młoda kobieta. Bardzo szczupła. Twarz o regularnych rysach, i dość bladej cerze. Zwrócił uwagę na jej dłonie. Były dość wąskie i wydłużone. Parę razy przymknął i otworzył oczy. Chciał sprawdzić, czy to one tworzą zniekształcony obraz. Mimo to, nic się nie zmieniło. Nie chciał, by przyłapała go na obserwowaniu jej z ukrycia. Jednak gdy o tym pomyślał, ona spojrzała w jego stronę. Od razu jej twarz rozjaśnił lekki uśmiech. Niepewnie odwzajemnił jej tym samym, choć poczuł się z lekka zakłopotany. Pielęgniarka po krótkiej chwili, ruszyła w stronę pacjenta. Dał się słyszeć szum długiego fartucha.
- Dzień dobry! Jak się pan dzisiaj miewa?
- Dzień dobry! Mówiąc szczerze sam do końca nie wiem.
- To znaczy?
- Po porostu nie wiem. Jest dobrze, jak się ruszam – ale…
- To zrozumiale. Spędził pan dwa tygodnie w łóżku.
- Dwa tygodnie? Boże święty! Tyle czasu. Dlaczego? Po co?
- Prawdę mówiąc…, nie posiadamy konkretnego wytłumaczenia. Od chwili pańskiego zasłabnięcia pana wyniki szalały. Doktor mcMullen sam wykonywał wiele badań jeśli chodzi o pana zdrowie.
- I co się okazało?
- Zanim cokolwiek porozmawiamy, proszę wziąć leki.
Podeszła doń z tacką, na której zobaczył pojemniczki z lekami, aparat do mierzenia ciśnienia, szklaneczka z wodą do popicia. Podała mu kieliszeczek z lekiem.
- Co to jest?
- To jest lek na uregulowanie pracy serca. Za moment otrzyma pan kroplówkę z całym składem na wzmocnienie. Doktor mcMullen nie zlecił innych leków. Nie było takiej potrzeby.
- Wiadomo już, co mi jest? Czy chociaż co było?
- Konkretnej przyczyny nie udało się ustalić. Doktor konsultował pańskie wyniki z kardiologami.
- I jakie wnioski?
- Nie znam szczegółów proszę pana. Zresztą za moment powinien być tu doktor. Co tydzień przybywa tu, by ustalić działanie na następny tydzień.
- To znaczy, że mam tu spędzić jeszcze jeden tydzień?
- Tego nie powiedziałam. Powiedziałam tylko, że co tydzień doktor kontroluje tok leczenia. Koryguje zalecenia. Zresztą zapewne będzie z panem o tym rozmawiał.
- Zapewne. Dziękuję pani.
- Nie ma za co. To moja praca.
Naturalnie. Niebawem doktor zjawił się w posiadłości Garden Hill. Sara z Vivienne wzięły wszystko we własne ręce. Sprawiło to, iż sam doktor mcMullen nie uniknął mnóstwa pytań. Okazało się, iż lord de Blackstone nie będzie musiał już przyjmować większości medykamentów. Pozostają jedynie te leki, które wzmocnią i unormują prace jego serca. Obie kobiety były w niebo wzięte. Vivienne z wielkim uznaniem spoglądała na córkę.
- No i nie mówiłam? Będzie dobrze, i jest dobrze.
- Dziękuję mamo.
Sara od razu podeszła do Jeffrey’a. Vivienne przez moment z daleka przyglądała się obojgu, po czym wyszła z sypialni. Ktoś musiał zająć się obowiązkami w posiadłości. Oboje zostali sami. Sara usiadła przy nim, spokojnie w niego się wpatrując. Jeffrey odwzajemnił jej spojrzenie. Patrzył na nią z wielkim uznaniem. Ich spojrzenia połączyły się, i jakby zastygli w bezruchu. Ogromnie się kochali, i Sara starała się Jeffrey’i to pokazać. Czuł się coraz lepiej. Już nie popadał w stany słabości, jak sam zwykł ten stan określać. Nastrój również mu się poprawił. Z każdym dniem powracał do życia. Już częściej wstawał z łóżka. Sara postarała się stworzyć mu stały czas rehabilitacji fizycznej.
Nie miała łatwo, gdyż pracowała na wielu frontach. Pomagała matce w obowiązkach w domu, gdy ta zajmowała się rodzinną firmą. Pilnowała by w domu wykonywano wszystkie złożone polecenia. Pracowała nad zapoznaniem się z kolejnymi skryptami, jak i opracowaniem planu działania w tej mierze. No i zdrowie Jeffrey’a. To absorbowało jej wiele siły i czasu. Coraz bardziej jednak czuła potrzebę, by Jeffrey pomógł jej w pracy nad skryptami. Czuła, iż podjęła się wykonania trudnego projektu. Nastrój również mu się poprawił. Z każdym dniem powracał do życia. Już częściej wstawał z łóżka. Sara postarała się stworzyć mu stały czas rehabilitacji fizycznej. Nie miała łatwo, gdyż pracowała na wielu frontach.
Pomagała matce w obowiązkach w domu, gdy ta zajmowała się rodzinną firmą. Pilnowała by w domu wykonywano wszystkie złożone polecenia. W sali przeznaczonej do ćwiczeń, lord de Blackstone ćwiczył tylko w spodenkach. Chłopcy Thomas i Mathev, by pomóc zmotywować go do rehabilitacji, postanowili ćwiczyć po społu. Nawet Steven Forest, jak tylko był w domu, zobowiązał się im czynnie towarzyszyć. Vivienne była z tego bardzo zadowolona, gdyż mąż jej – jak mawiała – spalał tłuszczyk gromadzący się tu i ówdzie. Sara wciąż próbowała znaleźć dogodną chwilę, by poprosić Jeffrey’a o pomoc w projekcie. Obawiała się jednak, czy to nie za wcześnie.
Po zakończeniu ćwiczeń Sara zadbała, by oboje mogli porozmawiać na temat przerwany jego stanem zdrowia. Taka sposobność nadarzyła się, gdy oboje siedzieli na tarasie. Dzień był wspaniały. Co prawda lato dobiegało końca, lecz pogoda wciąż dopisywała. Oboje siedzieli rozkoszując się letnią aurą. Vivienne wraz ze Steven’m, również im towarzyszyli. Jeffrey prowadził rozmowę z Vivienne na temat przeprowadzonych przez nią prac i zmian w ogrodzie i w parku. Biorąc pod uwagę umowę, jaką zawarła z lordem de Blackstone, zobowiązana była konsultować wszelkie swoje projekty z nim samym. Obecnie chodziło o teren okalający posiadłość. Vivienne określiła w planach ten teren mianem „pierwszego kręgu”.
Miała z tym niemały problem. Stworzyła parę projektów co do ogrodzenia. Jednakże projekty przedstawione Jeffrey’i nie zyskały jego aprobaty. Projekty przedstawiały ogrodzenia z metalu, przypominające wiekową bramę. Przedstawiały ogrodzenie w całości z metalu, bądź poprzedzielane kamiennymi słupami. Wiele opcji aranżacji tych dwu materiałów. Jeffrey jednak jak tylko je przejrzał nie był zadowolony. Vivienne pamiętała, iż ustaliła z nim zakres działania. Co prawda lord de Blackstone, dał jej wolną rękę do wszelkich prac związanych z roślinnością, aranżacja przestrzeni wewnątrz i zewnątrz. To jednak do niego należało ostatnie słowo w zatwierdzeniu projektu. On decydował. Mimo to chciał poznać jej motywację.
- Czemu metal?
- Podstawowym powodem – czy, jak wolisz – wzorcem w tej kwestii była brama. To ona posłużyła mi za wyznacznik.
- A nie sądzisz, że ten sposób obwarujesz nas metalem tak, jak bylibyśmy więźniami? Rozumiem jakieś sekwencje z metalu, elementy, ornamentowe sekcje – ale całość?
- Być może. Lecz zważ, iż pas terenu o którym mówimy – i tak jest oddalony od całości drugim kręgiem – kamiennym. Tym bardziej, iż w tym wszystkim wielką rolę gra wzniesienie. Teren wznosi się od strony miasta ku górze. Sama posiadłość jest w dolinie za wzniesieniem. To nie wystarczająca bariera?
Lord de Blackstone zastanawiał się nad wyłożoną kwestią przez Vivienne. Po chwili przeglądał każdy z projektów.
- Czy ja mogę coś nakreślić na odwrotnej stronie twego projektu?
- Proszę bardzo.
Chwilę to trwało nim mężczyzna zakończył własne szkice. Cała rodzina była ciekawa, o co tak naprawdę mu chodzi w szukanym zarysie.
- Proszę bardzo.
Podał jej szkic, wykonany przez siebie na odwrocie. Vivienne bardzo uważnie przyglądała się naszkicowanym elementom. Rysunek przedstawiał zarys posiadłości. Co prawda w dużym uproszczeniu – bo trudno by wymagać doskonałości w szkicu – a mimo to dość dokładnie przedstawiał zarys sektorów posiadłości – z domem w jego centrum.
- W dość sprytny sposób nakreśliłeś posiadłość Jeffrey’u.
- W tym szkicu ważny jest zarys dwóch sektorów. Masz je nakreślone grubą kreską. Chciałem w ten sposób pokazać, że owa brama – o której mówisz – nie jest częścią pierwszego kręgu. Zatem nie może wtopić się w krąg zamykający pierwszą linię granicy tej posiadłości, i w nim zniknąć. Ona ma być jak klamra. Ma górować nad kręgiem spinając całość. Jednak nie spełni tego zadania, jeśli ogrodzenie będzie ażurowe. Jeśli będzie przejrzyste w taki sposób, w jaki stwarza to ogrodzenie z metalu. Ta brama jest klamrą drugiego kręgu, ale ginie w pierwszym.
- Rozumiem. Czyli nie aprobujesz w całości projektu ogrodzenia z metalu. A co z aspektem częściowego jego użycia?
- Powiem tobie, jak ja to widzę. A ty swoim okiem projektanta określisz mi szczegóły, jak i wygląd. W pierwotnym zarysie, jak i wyglądzie – pierwszym ogrodzeniem był kamień Vivienne. I to zmienić się nie może. Jedynie w pierwszym kształcie, kamienny mur był o wiele pokaźniejszy od kręgu drugiego. Dzisiaj nie ma już takiej potrzeby, by tak czynić. Jednak by zachować charakter posiadłości, jej prywatność, i bezpieczeństwo, nie trzeba eliminować ażurowych sekwencji. I stąd musi być on w całości z kamienia.
- Czyli zero metalu? Czy to nie stworzy zbyt monumentalnej konstrukcji?
- I tu jest właśnie twoje zadanie moja droga. Pierwszy krąg ma być w całości kamienny, i o wiele wyższy od kręgu drugiego z bramą. Jednak chciałbym bardzo, by owy mór posiadał – jak by to rzec – akcenty metalowych elementów bramy. Bardzo subtelne elementy, jakby łączące te dwa kręgi ze sobą. Szlak łączący te dwa kręgi – czyli do wjazdu przez pierwszy krąg do bramy – bo o ten odcinek mi chodzi. Chciałbym by tu zaistniała zapora z dwu stron z kamienia, ale nie widoczna od strony drogi.
- Czyli?
- Mór ma być widoczny tylko od strony łąk. Natomiast od strony drogi, chciałbym stworzyć żywą ścianę z cyprysów, tuj, jak i innych iglaków. Mają one stworzyć barwną zasłonę muru z kamienia. Tu również chciałbym stworzyć bramę. To trudne zadanie. Brama ta ma być odzwierciedleniem tej już istniejącej. Ona zamknie właśnie ten pierwszy krąg. To wielka zmiana ale da niezwykle ważne odczucie prywatności i bezpieczeństwa.
- To śmiały plan Jeffrey’u, a pomyślałeś o kosztach?
- To nie ma znaczenia Vivienne. To najmniejszy problem. Ten pierwszy jak i drugi krąg musi być wyposażony w elektroniczny system ostrzegania.
To zdanie niemal wybiło z uśpienia chłopców. Obaj zajęci swoją cichą rozprawą na własne tematy, spojrzeli w stronę Jeffrey’a. Wiedział o tym, i celowo wypowiedział tę kwestię głośniej. Vivienne to zauważyła wyrażając to spojrzeniem w jego kierunku.
- Jak to system ostrzegawczy?
- Chciałbym wzmocnić bezpieczeństwo posiadłości. Ten teren nie jest widoczny w promieniu samego budynku. Zmiana jest tu konieczna.
- A co my do tego mamy?
- Myślałem że to was obu zainteresuje. Matthev znasz się na komputerach, elektronice również. A ty Thomas’e masz wspaniałe pojęcie o oświetleniem. Obaj stanowicie niezły zespół. To… to jak? Mogę na was liczyć?
- No ale zakup sprzętu nie jest prostą sprawą.
- Obaj zajmiecie się wyborem najlepszej firmy o tym profilu. Przygotujcie proszę projekt w tych obu tematach. Niezbędny w tym temacie będzie kosztorys. Mam nadzieję, że obaj się na tym znacie – nie jesteście już dziećmi.
Obaj spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Nikt nigdy nie zlecił im jakiegokolwiek zadania. A już takiego, to pełne zaskoczenie. Byli tak podekscytowani, iż nie mogli usiedzieć. Lord Jeffrey wiedział doskonale, że nadszedł czas by ich również zaangażować do przemiany posiadłości. Rozumiał trudność tego zadania, ale i wierzył w ich staranność.
- I jeszcze jedno. Mam dla was propozycję. Cała aparatura to jedno, lecz będzie potrzebny ktoś, kto zajmie się obsługą tej aparatury. Ktoś, kto zajmie się administracją posiadłości.
- Jak to administracją?
Vivienne Forest od razu zaoponowała. Dotąd to ona zajmowała się organizacją wszystkiego co w domu – dziwnie się poczuła. Jeffrey widząc jej zakłopotanie wyjaśnił, iż mówiąc – administracją – miał na myśli wszystko, co tyczy się spraw elektroniki, oświetlenia, systemu alarmowego, bezpieczeństwa. Jednocześnie oświadczył, iż elektronika ma zaistnieć wszędzie w całej posiadłości. Kończąc zerknął ukradkiem na Sarę. Spostrzegł jej zafrasowanie gdy piła kompot. Postanowił sprawdzić, czy Vivienne nie ma nic przeciwko temu, nim porozmawia z Sarą.
- Tak więc widzisz moja droga Vivienne, iż nic nie zmieniam z tego, co już było ustalone.
- Tak. Dziękuję za to. Już myślałam, że nie będę miała w domu nic do powiedzenia.
- W żadnym wypadku Vivienne. Tym bardziej, że wraz ze Steven’m, macie rodzinną firmę na głowie. I nie mogę was nadto obciążać innymi obowiązkami. Młodzi dadzą radę. A co ty o tym sądzisz Saro?
Sara słyszała słowa Jeffrey’a, jednak nie bardzo wiedziała co ma odpowiedzieć. Wciąż miała zaprzątnięte myśli pracą nad skryptami. Nie bardzo słuchała wszystkich wywodów prowadzonych przez Jeffrey’a. Stąd jej zawahanie.
- Na jaki temat?
- No jak to? Od dłuższego czasu, rozprawiamy na temat nowych projektów. Mówiliśmy o elektronice, która ma zaistnieć w całej posiadłości. Mówiliśmy o stałej kontroli całej sieci. O administracji wszystkiego, co może być wprowadzone do komputera. Oświadczyłem iż chłopcy mogliby się tym zająć. I jak się okazuje, przyjęli moją propozycję z wielkim uznaniem. Mają wykonać plan wraz z kosztorysem całości. Co ty na to?
- To wspaniale. Nadają się do tego jak nikt.
- Tak myślisz?
- Osobiście wolałbym, by tym zajmował się ktoś z rodziny. Ktoś z rodziny niż obcy. Ważniejsze jest, by wykonali zadanie bezbłędnie.
I to był czas na zajęcie się Sarą. Wyraźnie widział, że ją coś nurtuje. I nawet po trosze się domyślał powodów jej zamyślenia. Mimo to od niej chciał to usłyszeć.
- To da się ustalić Saro. Ale ty widzę, jesteś jakaś zamyślona. Czyżby coś się stało?
- Nic się nie stało. Po prostu mam swoje obowiązki.
- Mówisz o rękopisach?
- Tak. Ale myślę, że porozmawiamy o tym później – jak nabierzesz siły.
- Czemu sądzisz, że nie mogę się zająć rękopisami? To dość ciężki temat dla ciebie.
- Nic się nie martw. Przecież jesteśmy jedną drużyną, prawda? Kiedy się zabierasz za dalsze rękopisy?
- Już zaczęłam. Od twojego zachorowania minęło dwa tygodnie – pamiętasz? Ja byłam przy tobie, i w gabinecie.
- Wiem, wiem – i kocham cię za to. Czyli kiedy możemy zająć się rękopisami?
- Dam tobie znać, a dzisiaj masz jeszcze wolne Jeff. Jednak jak będziesz czuł się już lepiej, to od jutra zaczniemy. Co ty na to?
- Bardzo chętnie Saro. Bardzo chętnie.
Siedząc na tarasie cała rodzina poruszała jeszcze wiele tematów. Rozluźniona atmosfera wszystkim poprawiła nastrój. Czas był nieubłagany, i zbliżał się obiad. Vivienne wstała jako pierwsza by zakończyć rozmowy na nurtujące pytania. To właśnie w tym momencie George, rozchylił szklane drzwi oranżerii. Podszedł do Jeffrey’a. Ten uniósł na niego wzrok.
- Tak George?
- Proszę wybaczyć sir. Ma pan gościa.
- Tak? Któż to?
- Wiem że to może dziwne, lecz poproszono mnie bym nie zdradzał tej informacji.
- Jak to cię poproszono? To niedorzeczne.
Lokaj zrobił tylko zbolałą minę. Lord de Blackstone nie wyglądał na zbyt zadowolonego, mimo to wstał z fotela. Za nim wszyscy również powstali.
- Wybaczcie mi moi drodzy. Jestem zmuszony was na chwilę opuścić. Jak widzę muszę wyjaśnić tę dziwną wizytę. Vivienne będę cię prosił, byś zajęła się sprawą obiadu. Ja dołączę do was – jak sądzę – za moment.
- Oczywiście Jeff!
- Tylko staraj się załatwić tę sprawę spokojnie kochanie. Pamiętaj że nie wolno tobie się stresować.
- Ależ Saro! Gdzie ten dziwny gość George?
- W salonie dla gości sir.
- Aha.
I lord de Blackstone zniknął w oranżerii. Szybko ją pokonał, jak również szybkim krokiem przeszedł przez jadalnię. Już po chwili był w hallu – a tuż potem stał przed drzwiami salonu dla gości. Przez moment zawahał się, szybko lustrując własny wygląd. Po czym nacisnął klamkę drzwi. Przy oknie – odwrócony tyłem, stał wysoki mężczyzna. Ubrany w letni garnitur w siwym kolorze. Garnitur wyglądał na wspaniale skrojony, i to z materiału wysokiej jakości. Mężczyzna miał w dłoni czarną laskę, posiadającą srebrną głowicę. Lord de Blackstone wszedł do środka, wykonując parę kroków.
- Sir! Witam pana. Co pana do mnie sprowadza?
Ten nic się nie odzywał, lecz wciąż patrząc przez okno salonu, uniósł nieco firankę.
- Widzę, że zaistniały tu ogromne zmiany. Jest pan cudotwórcą lordzie de Blackstone.
- Dziękuję za łaskawe słowa, ale…
- Od frontu, posiadłość robi wrażenie.
- Dziękuję raz jeszcze. Niemniej nadal nie rozumiem…
- No to pomyśl!
Mężczyzna lekko się uśmiechnął. Lord de Blackstone od razu rozpoznał ten rodzaj śmiechu. Jego mina niemal natychmiast przybrała oznakę zupełnego zaskoczenia. Zrobił jeszcze jeden krok do przodu.
- Ash! Ashton!? Ashton de Brams?
- A nie wyglądam?
- Matko jedyna! Ashton! To ty? Boże wielki! Przyjacielu!
Stojący przy oknie mężczyzna, słysząc wypowiedziane słowa, odwrócił się w stronę Jeffrey’a. Jego twarz była niezwykle uśmiechnięta, pogodna. Oczy wpatrywały się w Jeffrey’a z wielką uwagą. Obaj przypadli do siebie, jak dzieci. Co prawda z początku niepewnie, z wielką uwagą, jak i z wielką ostrożnością. Wyglądało to, jakby obaj się mimowolnie sprawdzali. Jakby chcieli się sobą nacieszyć. Co i rusz lgnęli do siebie, by za moment lekko popuszczać uściski, patrząc sobie w oczy.
Lord de Blackstone w ostatnim uścisku, dłużej przytrzymał przyjaciela. Czuł, iż wzruszenie wypełnia całe jego ciało. Łzy napłynęły do oczu. Lord Ashton również był poruszony. Nie spodziewał się, iż po latach, przyjdzie się im ponownie spotkać. Stali tak, obejmując się nawzajem. Jeffrey płakał. Ashton – mimo, że równie wzruszony nie spodziewał się aż takiej reakcji swego Przyjaciela.
- Nie sądziłem, że nasze spotkanie po latach, tak ciebie poruszy Przyjacielu. Jak widzę zrobiłeś się bardzo ckliwy.
- Takie spotkanie. Takie spotkanie. Tyle lat Ashton’e, nie dawałeś o sobie znaku życia. Czemu nie zadzwoniłeś, czemu nie napisałeś? Wysłałbym po ciebie limuzynę.
- Nie było takiej potrzeby Jeff! Do ostatniej chwili nie miałem pewności, czy uda mi się tu przybyć. Miałem wiele wątpliwości.
- Jakiej natury?
- Nie ważne Jeff! Ważne iż w końcu tu jestem. I widzę, że nie potrzebnie zwlekałem z przyjazdem.
Mówiąc to co i rusz chrząkał. Lord de Blackstone widział również i u niego mokre oczy. W tej chwili był szczęśliwy. Jego jedyny wielki Przyjaciel, zjawia się po latach w okolicy – a on nic o tym nie wie.
- Jak widzę dobrze się trzymasz Jeff! Nadal ćwiczysz?
- Różnie to bywa Ash. Ostatnio nie mogłem, ale to nie ważne.
- Chorowałeś?
- Takie tam.
Lord de Blackstone ponownie uścisnął przyjaciela. Wewnętrznie ogromnie się cieszył jego obecnością. Czuł że tego właśnie mu było trzeba. Towarzystwa kogoś specjalnego. Po chwili rozmowy rozległo się pukanie do drzwi. Wszedł George.
- Tak George!?
- Proszę mi wybaczyć, obiad gotowy. Polecono mi poinformować sir, iż wszyscy czekają.
Lord de Blackstone od razu się skonstatował, iż trzyma najlepszego Przyjaciela w salonie dla gości. Poczuł się jak gbur.
- Słuchaj Ash! Mam nadzieję, że przyjechałeś tu nie na chwilę?
- No nie. Jestem w Londynie od wczoraj. Miałem przylecieć tydzień temu, ale rozumiesz – interesy.
- Jak to przyleciałeś? Skąd?
- Ze Stanów.
- Ze Stanów? Tam pracujesz?
- Nie Jeff! Ja tam mieszkam. Tam znajduje się moja firma – mój biznes, żona, jak i dzieci.
- Boże! Ash! Ty jesteś ojcem! Gratuluje szczerze.
I ponownie go uścisnął. Lord de Brams coraz bardziej był zdumiony taką reakcją. Jeffrey’a znał od lat i zaskoczył go fakt, iż zrobił się tak ckliwy. Tak uczuciowy. Nie pasowało mu to do wizerunku Przyjaciela z przed lat.
- Jeff! Czy ty aby dobrze się czujesz?
- Naturalnie. Dawno się tak nie czułem jak dzisiaj. Po prostu ogromnie się cieszę. Bardzo się cieszę.
- No widzę. Ale ty i łzy. No Przyjacielu. Nigdy u ciebie ich nie widziałem.
- Wybacz za to…
- Jak to?
Lord de Brams starał się jak mógł zachować powagę – nie na długo jednak. Po czym ryknął takim śmiechem, że zahuczało.
- No przecież żartowałem Jeff! Ale to już minęło tyle lat. Nie wiem jak z nami teraz jest.
- A jak ma być? Obaj na zabój – Przyjaciele. Czy ty inaczej uważasz?
I teraz lord de Blackstone zrobił się poważny. I również nie na długo.
- Nie jesteśmy…
Jednak widząc minę Ashton’a, ryknął gromkim śmiechem aż echo rezonowało.
- Z mojej strony nic się nie zmieniło. Chyba że postura i siwe włosy – o wolności kawalera nie wspomnę. Ale, ale Jeff – Lokaj!
Ten obrócił się w kierunku drzwi, i faktycznie w nich stał George. Był oszołomiony. To co widział zdumiało go. Jeszcze nie widział swego pana w takiej euforii.
- A tak, tak Georg! Ash! Zatem nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Na jak długo przybyłeś do Anglii?
- Mam dwa tygodnie. Potem muszę wracać. Tu postarałem się załatwić wcześniej interesy, by zobaczyć się z tobą.
- Czyli możesz u mnie zostać dwa tygodnie. Chyba że masz inne plany – przepraszam.
- Ależ skąd. Tu mam wszystko pozałatwiane. Kojarzysz – komputer. Załatwiać dzisiaj sprawy to istna przyjemność – nie to co kiedyś. Oczywiście z szacunkiem do tego, co było kiedyś.
Uśmiechnął się spod wąsów. Miał je równie krzaczaste jak Jeffrey. Jednak niemal zupełnie białe. Włosy miał zawsze pełne loków – teraz posiwiały, i tylko przy końcach falowały dawnym kształtem.
- No to nie wypuszczę ciebie z posiadłości przez ten czas. Zgadzasz się?
- Co prawda nie mam nic przeciwko, ale mam rezerwację hotelu. Bagaż…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz