Tom II – część 27

Post w dziale:

- Hotel? Daj spokój. Tu masz hotel. Będziesz mieszkał w części dla gości. Co prawda to nie hotel, ale równie dobre pokoje – jak nie lepsze – nieskromnie mówiąc.

- No ok! Jeśli nie sprawi tobie to problemu to bardzo chętnie. Tylko muszę zarządzić by sprowadzono tu mój bagaż. No i muszę anulować rezerwację w hotelu. Ale mam ze sobą komputer – pamiętasz?

W tym momencie poklepał dużą czarną torbę trzymaną na ramieniu. Lord de Blackstone był pod niemałym wrażeniem – niemniej zaraz ocknął się jakby z letargu.

- George! Wydaj polecenie by uszykowano jeszcze jedno nakrycie. Lord de Brams zaszczyci nas swoją obecnością na obiedzie. Będzie honorowym gościem.

- Mam nadzieję, że nie jadłeś obiadu?

- Nie. Raczej małą przystawkę w samolocie.

- No i dobrze. George! Powiadom wszystkich, że już idziemy na obiad. Zleć również przygotowanie pokoju gościnnego dla lorda de Brams’a.

- Tak sir.

Lokaj ruszył przodem otwierając i zamykając drzwi za mężczyznami. Następnie ruszył szybkim krokiem w kierunku kuchni. Obaj panowie skierowali się wprost do jadalni. Tam już cała rodzina zebrała się w komplecie. Tylko oczekiwano na Jeffrey’a. George nie zdążył zaanonsować rodzinie gościa, gdyż ten już wszedł wraz z gospodarzem. Stół był idealnie nakryty. Pokojówki nosiły gorące potrawy w wspaniałych naczyniach. Ustawiano je zawsze na przeznaczonej do tego celu wielkiej komodzie. Dopiero stamtąd – gdy wszyscy już siedzieli, służba podawała potrawy na stół.

Już z daleka, gdy tylko panowie pojawili się w hallu, oczy wszystkich skierowały się w ich stronę. Nikt nie wiedział kto przybył. Nikt nie znał gościa kroczącego obok Jeffrey’a. Sara jednak od razu spostrzegła wielką zmianę na jego twarzy. Był rozpromieniony. Nieznany mężczyzna mimo, że również uśmiechnięty – zdradzał jednak cechy dystynkcji, jak i inteligencji. Vivienne stanęła od razu przy Steven’e i chłopcach. Sara obok.

- Moi drodzy! Mam wielki zaszczyt, przedstawić wam lorda Ashton’a de Brams’a. To mój wielki i jedyny Przyjaciel od wielu lat. Ashton’e czyniąc obowiązki gospodarza, chciałbym przedstawić tobie mają rodzinę.

I niniejszym zaczął od pań.

- Ashton’e! Pozwól, że ci przedstawię lady Vivienne Forest. Oraz lorda Steven’a Forest’a.

- Bardzo mi miło państwa poznać.

- Również przedstawiam tobie lady Sarę Forest – córkę Vivienne i Steven’a Forest’w. Oraz ich synów: Matthev Forest, i Thomas Forest. Oto właśnie jest moja rodzina. To są moi krewni.

- Miło mi państwa poznać.

- I jeszcze jedno Ashton’e. Chciałbym cię poinformować, iż lady Sara Forest jest moją narzeczoną.

Lord de Brams na chwilę spoważniał. Tak jakby warzył wypowiedzianą przez Jeffrey’a kwestię. Bardzo taktownie spojrzał na grupę stojącą przed nim, a później na Jeffrey’a. Wyraźnie widać było, że jest zaskoczony. Niemniej uśmiechnął się w końcu kryjąc tym wyraz twarzy. Jeffrey uchwycił ten szczególny cień jego zafrasowania. W tym czasie George zlecił dostawić dodatkowe nakrycie, oraz dodatkowe krzesło przy stole. Usadowił gościa blisko swego pana. Nikt nie miał o to pretensji widząc, jak obecność lorda de Brams’a na niego działa. Obiad przebiegł w atmosferze pełnej ciszy.

Po obiedzie Sara – co prawda zamierzała porozmawiać z Jeffrey’m lecz ostatecznie odpuściła. Nagle dostrzegła w tej sytuacji i dobrą stronę. Przypomniała sobie, iż wielokrotnie on wspominał, iż lord de Brams jest jego wielkim Przyjacielem. I to od wielu lat. Zatem pomyślała, iż skoro tak wiele lat się znają – zatem być może będzie znał tajniki jego przeszłości. A co za tym idzie, będzie mógł pomóc w jej pracy. Po obiedzie wszyscy powstali z miejsc, i ruszyli w stronę hallu. Nikt jakoś nie chciał zaproponować czegokolwiek. Wszyscy widzieli podekscytowanie Jeffrey’a.

- Słuchajcie moi drodzy! Czy mogę zaproponować wszystkim kawę na tarasie? Mamy dzisiaj wspaniałą pogodę – a to przecież ostatnie promienie lata.

Jednak widać było, iż lord de Brams nie bardzo był zachwycony tym pomysłem. Co prawda miał rezerwacje w hotelu, lecz i do hotelu miał wrócić. Postanowił zajechać do posiadłości Jeffrey’a – swojego Przyjaciela - pamiętał jednak, iż minęło wiele lat. Ich kontakt zanikł w czasie gdy śledztwo zostało umorzone. Co prawda nie umiał sobie wytłumaczyć do końca, co rzeczywiście się stało. Co faktycznie było tego przyczyną. Fakt – faktem każdy poszedł w swoją stronę. Obecnie został przytłoczony wydarzeniami obecnej chwili.

- Przepraszam Jeffrey’u. Jestem tobie wdzięczny za to, iż tak serdecznie zareagowałeś na mój widok. Jednak – jak już wspomniałem tobie – muszę odwołać rezerwację w hotelu. Mój bagaż również tam jest. Chcę powiedzieć, iż nie mogę ciebie absorbować własną osobą – i to po tylu latach.

Do rozmowy wtrąciła się Sara. Przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn czując, iż lord de Brams za moment opuści ich dom. Czego efektem będzie, iż wróci do hotelu. Nie chciała do tego dopuścić. Wiedziała że Jeffrey’i – właśnie w tej chwili – potrzebny jest kontakt z kimś takim jak jego Przyjaciel. Nie ważne, że kontakt zanikł czy też nie. Jak również, iż nie mieli go wiele lat. Doskonale wiedziała, że Jeffrey nie chętnie mówi o swoich słabościach, chorobie. Niemniej to może być dobrym powodem, by mężczyzna zmienił zdanie.

- Proszę wybaczyć sir. Zapewniam pana lordzie, iż nie sprawi pan nikomu najmniejszego kłopotu. Tu jest dość miejsca dla gości. A co do hotelu, jak i pańskiego bagażu sir – tu jest Internet. Nawet nie musi pan fatygować się osobiście by wszystko pozałatwiać.

- No i proszę. Następna informacja o wielkich zmianach. Mówi pani, iż jest tu Internet?

Lord de Brams coraz bardziej był zdumiony. Bardzo był ciekaw co u jego najlepszego Przyjaciela. Lecz to co tu zastał przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewał się takich warunków. Mówiąc szczerze – pamiętając przejścia swego Przyjaciela – obawiał się tego co zastanie. Słysząc oświadczenie Sary, nie miał już powodów do odmowy gościny.

- Lady Forest. Skoro pani jest tak łaskawa, to z przyjemnością skorzystam z zaproszenia. Naturalnie gdy gospodarz nadal sobie tego życzy.

- Wspaniale. I to jest dobra decyzja.

Jeffrey spojrzał na nią ze zdumieniem. Coraz bardziej zaskakiwała go cechami swego charakteru. Sara do obu panów uśmiechnęła się taktownie. Lord de Brams odwzajemnił jej tym samym. Vivienne ze Steven’m szybko pojęli, skąd u Sary takie stanowisko. Również okazali swoje zadowolenie z decyzji gościa.

- No to wspaniale! To wielki zaszczyt służyć panu naszą gościną lordzie Ashton’e.

Vivienne również okazała swoje zadowolenie z tak szacownej wizyty.

- Proszę mi wybaczyć. Zatem skoro państwo okazali się tak mili, to i ja chciałbym o coś prosić. Mianowicie, proponuję darować sobie tytuły, i zwracać się po imieniu. Mam nadzieję, iż nie będzie to przez państwa odebrane, jako zuchwałość z mej strony. Tego bym sobie nie wybaczył.

- Bynajmniej! Będzie nam bardzo miło.

Cała grupa ruszyła na taras. George, krótko potem zjawił się na tarasie by zakomunikować, iż pokój gościnny jest przygotowany. Jeffrey od razu polecił podać kawę, wraz z ciastem. Lord Ashton lekko uniósł dłoń w jego stronę.

- Jeff! Jeśli wolno mi o coś prosić. Państwo wspominaliście, iż jest tu Internet. Czy mógłbym z niego skorzystać? Skoro mam tu zostać, koniecznym jest załatwienie sprawy hotelu mego bagażu.

- Ależ nie ma problemu.

Lord de Blackstone niemal natychmiast zapewnił Przyjaciela o pełnej aprobacie jego prośby.

- Jednak w tym temacie najlepsza jest Sara – no i chłopcy.

- Nie, nie. Nie trzeba. Osobiście – doskonale sobie radzę z komputerem w pracy.

Z zadowoleniem i pewną dozą dumy oświadczył lord Ashton.

- Tak?

Z pewną dozą zaskoczenia zapytał Jeffrey.

- No tak Ashton’e. Nie ma się czego dziwić. To już nie ten biznes co kiedyś. Dzisiaj bez elektroniki Jeff – ani rusz. Zatem, może nim z przyjemnością rozpocznę udzieloną mi gościnę, udam się do pokoju by uregulować wspomniane sprawy. Saro czy zechciałaby pani wskazać mi drogę?

- Bardzo proszę.

Sara wykonując gest dłonią wskazała kierunek. Następną niespodzianką dla lorda de Brams’a była winda. Jeffrey mimo, że oboje już zniknęli w windzie, wciąż się uśmiechał. Był zadowolony, szczęśliwy i to było widać. Tym bardziej z powodu tego, iż Ashton spędzi tu dwa tygodnie. Nie trwało jakieś dwadzieścia minut, gdy lord de Brams ponownie się pojawił.

- Dziękuję Jeffrey’u. Teraz już mogę być spokojny o hotel jak i bagaż.

- Bardzo się cieszę. Ashton’e! powiedz mi teraz, czy o tej porze pijasz kawę. A może zaproponuję herbatę?

- Poproszę kawę.

Juliett od razu napełniła kawą filiżankę lorda Ashton’a. Cała rodzina zasiadła w fotelach na tarasie. Słońce – jak na koniec lata, grzało dość intensywnie. Lord Jeffrey de Blackstone, niemal zasypywał pytaniami swego Przyjaciela tak, jakby chciał nadrobić wiele lat ich rozstania. Lord de Brams chętnie odpowiadał na wszystkie pytania, choć niektóre były bardzo osobiste. Jednak Jeffrey nie mógł się powstrzymać. Zresztą lord Ashton również miał wiele pytań – choćby o to co sprawiło, iż Jeffrey tak dobrze wygląda. W myśli Sary już krystalizowała się myśl, w jakim stopniu gościna lorda de Brams’a, może być pomocna w jej pracy nad rękopisami.

- Wybacz mi Jeffrey’u fakt, iż jestem zdumiony i to pokazuję wyraźnie. Słuchając ciebie – widząc jak zmieniło się twoje życie – dochodzę do wniosku, iż musisz być szczęśliwy.

- O tak. Tym bardziej, że odnalazłem rodzinę.

- Ten fakt – powiedziałbym - iż zakrawa już na jakiś cud.

- Ogromnie mnie cieszy, iż nie jestem sam.

- Przez długi czas gdy się nie widzieliśmy, rozmyślałem czy założyłeś rodzinę, czy też jesteś sam. A tu proszę.

Sara przysłuchując się jego wypowiedziom obserwowała Ashton’a. Wydał jej się bardzo sympatycznym człowiekiem. Choć w jego oczach widziała jakąś nutę nostalgii. Mężczyzna był elegancko ubrany, bardzo gustownie – acz z nutą dawnej sztuki krawieckiej. Jej oczom nie umknęło również, eleganckie uczesanie mężczyzny. Co prawda nie miał długich włosów, nie przymierzając jak w przypadku Jeffrey’a – lecz po stylu fryzury widać było dbałość o własny wygląd. Bujna czupryna usiana była srebrzystymi pasmami, tworzącymi wspaniałą grzywę. W ubiorze nie zauważyła żadnej niedoskonałości. Zastanawiała się jedynie, czy miał on coś wspólnego z przeszłością Jeffrey’a.

Jednak by się o tym dowiedzieć, musiałaby z nim o tym porozmawiać. Problem polegał na tym, jak zapytać kogoś o przeszłość. Jak zapytać – skoro się go pierwszy raz widzi? Jak poruszyć temat, będący przyczyną tylu tragedii? I nie wiadomo zupełnie jaka będzie reakcja. Lord Ashton de Brams, rozmawiał ze Steven’m, Jeffrey’m, jak i Vivienne. Synowie Forest’w sprytnie wymówili się – naturalnie swoim sposobem – i zniknęli w głębi domu. W czasie rozmowy mężczyzna kontem oka uchwycił spojrzenie Sary. Wyłapał jej wzrok – niby przypadkiem – skierowany w jego stronę. Może i miał wiele lat swego życia za sobą, lecz doskonale umiał zorientować się, co owe spojrzenia znaczą.

Odpoczynek przy kawie się zakończył. Przepraszając wszystkich Jeffrey wraz z gościem, udali się do jego gabinetu na piętrze. Zaraz po odejściu Jeffrey’a z gościem – Steven postanowił popracować u siebie. Na tarasie pozostała Sara z matką. Vivienne chwilkę siedziała na tarasie, po czym wstała kierując się ku kwiatom rosnącym przy balustradzie. Sara również powstała razem z matką, ale zatrzymała się przy stoliku z kompotem. Zrobiła ostatni łyk ze swej szklaneczki. Jej matka już od jakiegoś czasu obserwowała dziwne zachowanie córki. Chwytała jej swoiste spojrzenia w stronę lorda de Brams’a. Znała to spojrzenie. Widziała doskonale, iż córce coś chodzi po głowie. Zatem po chwili podeszła do córki – przez nią niezauważona.

- Powiesz mi o co chodzi, czy będziesz tak się męczyć z tą szklanką.

- Jak to męczyć? O co tobie chodzi mamo?

- Daj spokój! Siedziałam tu ze wszystkimi. Dość miałam czasu by zaobserwować, że coś ciebie trapi.

- Tak tylko się tobie wydaje.

Kobieta nie chciała naciskać. Doskonale wiedziała, iż coś córce chodzi po głowie. Wiedziała że Sara nie zajmuje się błahostkami. Zatem nie czyniąc z tego żadnej sprawy, ruszyła ku drzwiom do oranżerii.

- Mamo poczekaj!

Vivienne zatrzymała się przy drzwiach stojąc jeszcze tyłem do córki – z lekka się uśmiechnęła. Odwróciła się, nic po sobie nie pokazując.

- Tak?

- Wiem że zauważyłeś. Nie będę się wypierała. Faktycznie nad czymś się zastanawiam.

- Nad czym? Powiesz mi?

- Chciałabym. Jednak nie wiem, czy to jest właściwe.

- Czyli co?

- Zastanawiam się mamo, czy – skoro Ashton jest wieloletnim Przyjacielem Jeffrey’a – czy może coś wiedzieć o jego przeszłości.

- To całkiem możliwe. A czemu?

- Bo skoro wie coś z faktów zaistniałych w jego przeszłości, to czy mógłby nam pomóc? Być może był wtajemniczony przez niego w tajniki sprawy. A być może miał również w tym udział.

- To jego o to zapytaj, w czym problem?

- No właśnie jest. Zupełnie nie jestem pewna, czy Jeffrey nie odbierze tego opatrznie.

- Jak to opatrznie?

- No tak. Chodzi tu o wyjaśnienie jego Przyjacielowi – w ogóle – szczegóły tej sprawy. A może Ash nic o tym nie wie? I kompromitacja gotowa.

- Porozmawiaj zatem z Jeffrey’m. Od razu będziesz wiedziała, czy warto się za to zabierać.

- Pewnie masz rację – tyle, że Jeffrey dopiero wyszedł na prostą. Te odwiedziny dają mu tyle siły. Nie chciałabym tego za żadne skarby zniszczyć. On jest taki szczęśliwy.

- Tu masz rację. Niemniej to nie znaczy, że nie możesz z nim o tym porozmawiać. Masz dwa wyjścia by to załatwić.

- Jakie?

- Porozmawiasz na własną rękę z lordem de Brams’m – to będziesz musiała liczyć się z okolicznością, iż zrazisz go do siebie. Nie wiesz, czy on w ogóle coś wie. I jak powiedziałam tylko się skompromitujesz przed gościem, i być może zrazisz go do siebie. Porozmawiasz z Jeffrey’m, to znając już jego stosunek do tej sprawy, nie będzie dla ciebie zaskoczenia. Wiesz w jaki sposób i jakich argumentów użyć. I albo dowiesz się, że jego Przyjaciel nic nie wie na ten temat, lub dowiesz się, jaki ma do tego stosunek. W tym wypadku nic tobie samej nie grozi. Najwyżej Jeffrey – znając go – odradzi tobie, byś cokolwiek w tym względzie czyniła. Natomiast jest jeszcze jedno wyjście. Zakładając iż lord Ashton de Brams jest wtajemniczony w tę całą sprawę, ma wiele do opowiedzenia – to zważywszy, iż może mieć własne znajomości, czy wejścia – może być bardzo pomocny. Innymi słowy, inaczej będzie – tak myślę – jak on sam porozmawia o tym z lordem Ashton’m. A inaczej jak to byś ty miała uczynić. Ciebie dopiero co poznał, a jego zna całe życie. Nie uważasz, iż to jest wielki atut?

- Masz rację mamo. Jak nawet będzie wiele wiedział na ten temat, to nie zechce o tym mówić komuś dopiero poznanemu. Czyli muszę wykorzystać czas, kiedy będę z Jeffrey’m. Wtedy będę mogła mu przedstawić mój plan działania. Nie ma co ukrywać. Ciche tajemnice w takich sprawach zawsze źle się kończą.

- I o to chodzi.

- No to już wiem wszystko. Widzę że masz jakieś plany mamo na teraz.

- No jak widzisz mamy gościa, i to nie byle jakiego. Muszę wydać polecenia co do posiłków, noclegu i takich tam. Trzeba będzie też pomyśleć o tym, jak zorganizować czas gdy my z tatą będziemy w firmie.

- To akurat nie będzie problemem. W domu jestem ja i Jeffrey. Spokojnie zajmiemy się gościem. Przecież oboje z tatą nie siedzicie w firmie cały dzień. Obecnie i tak dość wcześnie wracacie - prawda? Wcześniej wracaliście prawie przed kolacją – tyle było do zrobienia. A teraz oboje prowadzicie biznes po części w firmie, a po części w domu. To ekstra układ – jak myślisz?

- Tak to bardzo wygodne. Dobrze! Ja znikam. Mam tyle do zrobienia. Jakby co, to wiesz gdzie mnie znaleźć.

Vivienne opuściła taras pozostawiając córkę samą. Sara zrobiła jeszcze jeden łyk kompotu, i ruszyła na swoje piętro. Nie bardzo jej to pasowało, lecz chwilę musiała poczekać. Nie chciała popełnić błędu i stracić taką szansę. Do swego gabinetu weszła dość mocno zamyślona. Zasiadła za biurkiem niemal instynktownie włączając komputer. Rękopisy były rozłożone na biurku. Części od jeden do siedem, umieściła w sejfie. A w zamian wyciągnęła rękopis numer osiem. Co i rusz wpatrywała się w drzwi, by za moment wczytać się w tekst.

PRZESZŁOŚĆ / Rękopis nr. 8;

Stajenny już czekał z jej ulubioną klaczą Ateną. Właśnie po oporządzeniu, nakarmieniu i założeniu uprzęży – wyprowadził ją z boksu. Dziewczyna jeszcze wewnątrz stajni, wskoczyła na grzbiet klaczy. Ruszyła niemal galopem w kierunku bramy wyjazdowej własnej posiadłości. Koń szybko pokonał drogę. Tylko wytrawny jeździec taki jak Mary, mógł utrzymać się na koniu w takim pędzie. Dziewczyna trzymała mocno lejce nawinięte na dłonie, poganiając klacz stopami. Jej czarne włosy szarpał wiatr – przez co cała jej postać wyglądała nierzeczywiście.

Przytuliła się niemal do grzbietu konia. Wraz z koniem tworzyli jedną zwartą całość. Do posiadłości Stanley’a wpadła jak piorun. Wjechała na środek dziedzińca. Zeskoczyła z konia jednym susem. Jej oczy były bardzo skupione, a twarz zasypywały pasma włosów. Wpadła na schody. Thomas wyszedł jej na spotkanie z wielkim przerażeniem w oczach.

- Panienko! Nie ma go! Nie ma!

- Co to znaczy nie ma?

- Po prostu nie ma! Pusty pokój i tyle. Bałagan a jego nie ma!

Mary z uwagą patrzyła na lokaja. Widziała przestraszonego człowieka, który nie wiedział co się stało. Kucharka stała obok i płakała. Dziewczyna spojrzał na hall i schody.

- Gdzie pokój Stanley’a, tam?

- Tak panienko na górze. Tam jest wielki bałagan.

Szybko wbiegła na schody – lokaj za nią. Nerwowo otworzyła drzwi do pokoju Przyjaciela. Dotarło do niej natychmiast, że bałagan to nie odpowiednie określenie. Meble poprzewracane, rozbite naczynia walały się wszędzie, rozkopana pościel. Nagle zobaczyła na poduszce ślady krwi.

- Boże miłosierny!

- Panienko! Tam z drugiej strony jest więcej. Kto to mógł zrobić? Nasz pan jest taki dobry, i taki młody.

Thomas płakał jak dziecko. Ubranie było pozostawione na podłodze. Szafa rozwarta, i wszystko wyrzucone na zewnątrz. Biurko też pootwierane.

- Co tu się stało? Widać, że czegoś tu szukali.

- Kto panienko? Kto szukał?

- Nie nic. Głośno myślę Tom. Sprawdziłeś cały dom? Wszędzie gdzie się dało?

- Tak panienko. Nawet piwnicę, ale tam nikogo nie ma. Zresztą jest zamknięta.

- Gdzie wy śpicie?

- Mamy na dole swoje pokoje przy kuchni. Panicz mieszka na górze. Nasze drzwi były zaryglowane od strony hallu panienko. Ktoś je zaryglował. Ja musiałem przejść przez kuchnię, i dopiero wyszedłem na hall.

- A na zewnątrz? Sprawdzaliście na zewnątrz?

- Nie panienko. Z Rossa boimy się wychodzić z domu. Nie wiemy co się dzieje.

- Spokojnie Thomas. Pójdziemy teraz na zewnątrz. Po kolei posprawdzamy każde miejsce gdzie się da – dobrze?

- Tak panienko.

Cała trójka wyszła na zewnątrz. Mary rozglądając się nerwowo, starała się eliminować miejsca, które zostały już sprawdzone. W domu nie znaleziono Stanley’a. W piwnicy również. Pozostają tylko pomieszczenia gospodarcze. Ruszyli więc od prawej strony do zajezdni. Tam gdzie stała bryczka Stanley’a, a raczej jego rodziców – teraz już nieżyjących. On pozostał sam w tym domu, nie licząc służby. Potem dziewczyna sprawdziła pomieszczenie na samochód. I tam również nic. Gorączkowo sprawdzali każdy kąt i nic.

Przeszli do stajni. Była rozległa, i na przestrzał miała odrzwia. W boksach stały konie – poza nimi – pusto. Mary coraz bardziej wpadała w rozpacz, coraz bardziej czuła, iż wybuchnie płaczem. Wiedziała jednak, że musi być silna i twarda. Dla własnego dobra, i swego Przyjaciela. No i dla tych, którzy służyli Stanley’i przez tyle lat. Właściwie całe życie. Pozostało obszerne pomieszczenie na słomę i siano. Spojrzała na Thomas’a i Rossa – kucharkę Stanley’a. Zaczęli dalej szukać. Oni oboje po jednej stronie, ona po drugiej. Nic.

- Boże spraw, aby mu się nic nie stało – aby żył.

Łzy zaczęły płynąć jej po policzkach. Zachmurzyło się dokumentnie. Mary wyczuwała, iż ulewa jest nie unikniona. Nie zdąży wrócić przed burzą do domu. Sprawdzili jeszcze stodołę, i nic nie znaleźli. Zrezygnowana z niej wyszła rozglądając się wokoło. Gorączkowo analizowała, co mogła przeoczyć. Ale nic nie przychodziło jej do głowy. Stała na środku dziedzińca, i była bezsilna.

- Mogę zostać przez chwilę sama – proszę.

- Co panienko?

- Chcę zostać sama! Proszę! Zaraz do was przyjdę. Idźcie do domu.

Thomas i Rossa, skierowali się w stronę budynku. Nie rozumieli stojącej na dziedzińcu dziewczyny. Deszcz zaczął padać, i gęste krople spływały jej po włosach i twarzy. Krople deszczu mieszały się ze łzami, które w nim zanikały. Nie wiadomo było, czy ona płacze, czy też to deszczowe krople siarczystym strumieniem, spływają po włosach, twarzy i szyi. Wielki szloch wydobywał się z piersi młodej dziewczyny, i coraz głośniej wydobywał się z gardła. Grzmiało. Szum deszczu mieszał się z wyrywającym się krzykiem.

- Stanley! Stanley! Stan!

Grzmoty burzy były coraz to bliżej. Deszcz zmienił się w ulewę. Mary całkowicie przemoczona, wołała Przyjaciela po imieniu – płacząc na przemian. Thomas wybiegł z domu chwytając ją za ręce.

- Panienko trzeba schować się do domu. Panienka jest przemoczona. W ten sposób nie pomożemy panu.

- Nigdzie nie pójdę – rozumiesz? Trzeba go szukać! Boże! Szukać wszędzie!

- Będziemy szukać panienko. Będziemy szukać, ale teraz trzeba się schować!

- Nie! Nigdzie nie pójdę!

Szarpała się mocno, chcąc wydostać się z uchwytu dłoni Thomas’a. Ten jednak twardo trzymał ją za ręce. Chcąc nie chcąc szła pod przymusem. Już miała wejść na schody, gdy wydawało jej się, że słyszy głos Przyjaciela. Obróciła głowę, lecz za nią była ściana deszczu. Szła dalej, lecz znowu dało się słyszeć głos. Szarpnęła się mocniej, chwytając mężczyznę za ramię.

- Słyszałeś! Na Boga! Słyszałeś!

- Nie, nic nie słyszałem panienko. To się wydaje.

- Nic się nie wydaje! Ja słyszałam! Nie zwariowałam przecież – rozumiesz? Ja słyszałam jego głos!

Mary szarpała służącego za bary. Płakała. Mężczyzna starał się bardzo uważnie nasłuchiwać. Nie było to łatwe. Bo deszcz przybierał na sile. Burza niemal objęła cały teren. Jej odgłosy rozlegały się niemal wkoło. Przez chwilę stali na schodach werandy. Zrezygnowani chcieli już się odwrócić w stronę drzwi aby wyjść, gdy Mary zdało się, iż widzi postać w strugach deszczu. Ścisnęła ramię Thomas’a mocniej. Ten obejrzał się w stronę ściany deszczu, i nic nie widział.

- Tam ktoś był – widziałam! Nie zwariowałam! Słyszysz?

- Ależ panienko. Tam nie ma nikogo. Deszcz i wichura czynią w oczach omamy.

Dziewczyna od szarpnęła się z całych sił, wyrywając się z rąk Lokaja, wciąż patrząc mu prosto w oczy. Z jej oczu bił upór i złość. Była zdecydowana na wszystko. Odwróciła się nagle na pięcie, i zbiegła ze schodów. Rozglądając się w Około sprawdzała teraz dziedziniec krok po krok. Było jej zimno. Strugi deszczu lały się jak z cebra. Nagle usłyszała głos.

- Mary! Mary!

Dziewczyna stanęła nasłuchując. Nagle szloch zamarł jej w piersiach.

- Stanley! To ty Stan?

- Mary! Tutaj.

Odwróciła się w stronę bramy ogrodowej. Zobaczyła na ziemi, leżące ciało mężczyzny. Leżał w wodzie i błocie. Podbiegła do niego. Był w zabłoconych spodniach i rozdartej koszuli – cały zakrwawiony. Nachyliwszy się nad nim dopiero zobaczyła, że kałuża w której leżał czerwieni się od krwi.

- Stanley’u! Na miłość Boską! Co się stało? Kto ci to zrobił?

Mężczyzna nie odzywał się – stracił przytomność. Dziewczyna sprawdziła puls – był ledwie wyczuwalny.

- Thomas! Tom! Chodź tu natychmiast!

Stary mężczyzna zbiegł po schodach, kierując się w stronę dziewczyny. Widząc swego pana w strugach deszczu i błocie, z krzykiem padł na kolana.

- Musimy zabrać go natychmiast do domu! On jest nieprzytomny i przemoczony.

- Na Boga! Panienko! Tu jest tyle krwi.

- Dość gadania – bierzemy go!

Thomas wziął swego pana na ręce. Lokaj był bardzo barczystym chłopem. Choć w wieku już dobrze posuniętym do przodu, to jeszcze umiał zadziwić krzepą. Dziewczyna podążyła za nim. Do domu weszli pośpiesznie. Tylko mokry wodny ślad znaczył na podłodze drogę, którą przeszli. Kucharka wybiegła z kuchni. Widząc swego pana załamała ręce z przerażenia.

- Rossa! Szybko przynieś gorącą wodę, bandaże, ręczniki! Trzeba umyć pana. Trzeba sprawdzić jakie ma obrażenia.

Kobieta stała jeszcze przez chwilę. Palce wplątała w fartuch, jęcząc niezrozumiale pod nosem.

- Rossa, co z tobą? Idź już po to, o co ciebie prosiłam. Gorąca woda, bandaże, ręczniki!

Wreszcie kobieta ruszyła szybko po schodach na dół, by przygotować to wszystko, o co prosiła panienka Mary.

- Thomas! Musimy go położyć na razie na podłodze. Przynieś mi nożyczki. Potrzebna będzie również wanna.

- Tak panienko, już lecę.

Położył swego pana na podłodze. Pobiegł po wannę. Mary w tym czasie przygotowała mu łóżko, i zabrała się za rozcinanie ubrania. A raczej tego, co je wcale nie przypominało. Mężczyzna przytaszczył wannę do pokoju. Również przysunął wielką ławę, która służyła do stawiania kufrów w hallu na dole. Mary wyciągnęła dwa prześcieradła. Jednym okryła zimną metalowa wannę, a drugim szorstką ławę.

- Thomas! Pomóż mi! Trzeba położyć pana na tę ławę. Dzięki, że pomyślałeś.

- To nic panienko, to nic. To mój pan, a panienka mu tak pomaga. Wiedziałem że dobrze zrobiłem dzwoniąc do panienki.

- Nie ma o czym mówić, to mój Przyjaciel. A Przyjaciół…

Przerwała swój wywód, bo Stanley zaczął jęczeć i charczeć. Położyła mu rękę na czole. Miał zimne. Rozcięła mu koszulę, i Thomas pomógł jej uwolnić go ze strzępów mokrego zimnego materiału. Właśnie zabierała się za spodnie. Prawa noga była zakrwawiona z wielkim skrzepem na udzie. W tym miejscu spodnie były rozerwane, i biała kość wystawała z rozszarpanego ciała. Słabo jej się zrobiło na ten widok. Wiedziała że nie poradzi sobie z tym sama. W tym momencie kucharka weszła, taszcząc wiadra gorącej i zimnej wody. Tom zerwał się by jej pomóc, i przejmując od niej wiadra – wlał wodę do wanny nakrytej prześcieradłem. Mary rozcięła nogawki spodni, co wprawiło w kucharkę w zgorszenie. Od razu zakryła oczy.

- Panienko! Jakże to tak?

- Ktoś to musi zrobić. Trzeba go umyć, i opatrzyć – czyż nie? Teraz nas zostaw, i przygotuj coś do jedzenia.

- Tak panienko, już lecę.

Kobieta pośpiesznie pobiegła zamykając drzwi za sobą. Mary zastanawiała się, jak się ma zabrać za to wszystko. Jej Przyjaciel był cały pokiereszowany, przemoczony krwią. Z nogi wystawała kość, która zastygła w skrzepie krwi i błota. Robiło jej się słabo na samą myśl, iż coś z tym trzeba będzie zrobić. A już samo „robić”, stawało się niewykonalne. Doskonale wiedziała, że tu trzeba doktora. Lecz ona musiała go wykąpać i opatrzeć, ile się tylko da. Tom pomagał jej jak mógł. Nagiego mężczyznę wsadzili do wanny. Dziewczyna zaczęła go obmywać centymetr po centymetrze.

- Tom. Przynieś proszę coś w co będzie można ubrać pana, dobrze?

- Dobrze panienko. Koszula nocna pana może być?

- Bardzo dobrze. Ale jak największa i krótka. Na razie – do przybycia doktora to musi wystarczyć.

Lokaj poszedł po koszulę. Natomiast ona gazą obmywała jego ciało, miejsce po miejscu. Temperatura wody pobudziła z odrętwienia Stanley’a. Zaczął majaczyć, coś bełkotać. Zaczął się niebezpiecznie rzucać, wyrywać.

- Thomas chodź tu prędko. Pomóż mi! Trzeba go przytrzymać zanim coś gorszego sobie zrobi. Ja sama nie dam rady.

Mężczyzna przypadł do wanny. Trzymał swego pana za bary, i nie dawał mu wyjść z wody. Ona ostrożnie moczyła, przemywała ranę nogi po uprzednim związaniu jej u góry. Na przemian robiło jej się zimno i gorąco. Zlep rozmiękł. Wiedziała że może powstać krwotok, którego nie zatamuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz