Tom II – część 30
Jeffrey stał tyłem do Przyjaciela. Z całych sił wpatrywał się w coś, co było za oknem. Jakakolwiek widziana tam rzecz nie miała znaczenia. Jednak pozwalała mu bronić się przed rosnącą rozpaczą. Głos zaczął mu się łamać. Próbował odchrząknąć raz, drugi – nic nie pomogło. Uchwycił się dłońmi za parapet, aż kostki palców zbielały całkowicie. Lord de Brams chwilę milczał. Podszedł doń i uchwycił Przyjaciela za ramiona. Raptownie go odwrócił ku sobie. Widział w oczach Jeffrey’a łzy. Płynęły wolnymi stróżkami, pozostawiając mokry ślad na policzkach.
- Właśnie się tego obawiałem Jeff. Właśnie tego. Obawiałem się, że będziesz znowu cierpiał. Twoje całe życie, to jedno wielkie cierpienie. I znowu się zaczęło. Ale musiałeś poznać prawdę. Ta tajemnica trawiła mnie od lat. Niszczyła moje wnętrze. Myślisz, że chciałem być daleko od ciebie? Myślisz, że mnie nie bolało pozostawić ciebie – mojego Przyjaciela – samego? Ty w Anglii – ja w Stanach? To się mylisz. Mnie to bolało i to bardzo. Lecz Przyjacielu wolałem to od jakiegokolwiek zagrożenia dla ciebie. Wolałem sam się usunąć, niż byś to ty miał być narażony na niebezpieczeństwo. By ciebie nie dopadli tak, jak moją Jeyn. Kochałem ciebie Jeff, niemal jak własnego brata – choć Przyjaciel to większa miłość. Jeśli to rozumiesz – to zrozumiesz co ja czułem.
- I rozumiem Ashton’e. Doskonale rozumiem. Zastanawiam się jednak nad tym, jak długo przeszłość będzie mnie gnębić? Jak długo demony przeszłości będą mnie dręczyć.
Mężczyzna płakał. Stojąc przy oknie nie mógł się opanować. Puściły wszystkie możliwe hamulce, i łzy popłynęły po policzkach. Ashton’a również poruszyła ta sytuacja. Nie umiał inaczej wyznać Przyjacielowi prawdy. Niemniej był szczęśliwy, iż to uczynił. Ogromny głaz spadł mu z serca. Było mu lżej. Przyciągnął Jeffrey’a do siebie. Nie ważne było co kto powie. Nie ważne było co kto zobaczy w tej sytuacji. Ważne było, że są znowu razem. Są jak jedność. Ich Przyjaźń powstała z nicości z zapomnienia. Obaj płakali.
- Wybacz mi Przyjacielu. Nie umiałem inaczej. Sam przechodziłem piekło. Mój biznes w Stanach, stał się dla mnie wyzwoleniem – choć to tylko fikcja. Szybko to zrozumiałem – bardzo szybko.
- Nie mam tobie co wybaczać Ash. Ty tu nie zawiniłeś. Jesteś taką samą ofiarą tamtych zdarzeń, jak ja. Ona nas zniszczyła Ashton’e. Mary Radley była moją największą życiową pomyłką. Gdybym to zrozumiał wtedy – gdybym przewidział.
- Nie mogłeś tego wiedzieć. Te wszystkie zdarzenia, okoliczności, sytuacje. Tego było zbyt dużo, byś mógł spokojnie myśleć. Tym bardziej, że byłeś zaślepiony miłością do niej. To dlatego nie zauważyłeś zmiany w jej zachowaniu.
- Boże! Ash! Tyle lat. Tyle lat mojego życia w rozpaczy. Tyle lat mojego życia bez ciebie, bez mojego jedynego Przyjaciela.
- Ale masz mnie nadal Jeff. Nie straciłeś mnie Przyjacielu. Masz również Sarę – nową miłość. Masz wreszcie rodzinę. Zawsze tego pragnąłeś. To wielki dar od losu.
- Doceniam to Ash. Bardzo to doceniam, lecz tyle się dzieje. Ty nie wiesz…
- Na opowiadanie o tym jeszcze będzie czas. Damy radę Jeff. Teraz gdy siebie na nowo odnaleźliśmy – damy radę.
Stali tak w uścisku dość długą chwilę. Dwaj dojrzali mężczyźni wtuleni w siebie, odczuwając wielką siłę swej odrodzonej Przyjaźni. Nie obawiali się swoich łez. Cisza zapadła w pokoju Ashton’a. W między czasie by odetchnąć, Sara Forest przebywała we własnym pokoju. Sądziła, iż dobrze zrobi jej samotność. Próbowała chwilę poleżeć – lecz nic to nie dało. Wciąż myślami wracała do zaistniałej sytuacji w bibliotece. Nie mogła zrozumieć, dlaczego lord Ashton de Brams, zareagował w taki sposób. Z jednej strony stwarza atmosferę pełną luzu, i przyjaźni. Natomiast z drugiej panicznie unika konfrontacji z przeszłością. Czyżby miał coś do ukrycia? Czyżby wiedział coś, czego Jeffrey nie wie – stąd taka reakcja?
Była zbyt niespokojna by leżeć. Wstała, uchyliła okiennice. Świerzy powiew dał jej prawdziwą chwilę wytchnienia. Myślała o spacerze, lecz zaintrygowana reakcją lorda de Brams’a, chciała ponownie zająć się rękopisami. Odczuwała swoistą przyjemność, którą czerpała z pracy nad nimi. Tym bardziej, iż czuła wielką niechęć lorda de Brams’a do tej sprawy – do tamtego okresu. Przymknęła okiennice w sypialni, i przeszła korytarzem do swego gabinetu. Na biurku był idealny porządek. Nie znosiła bałaganu, ale i nie znosiła jak kto inny czyni coś za nią. Moly – jej pokojówka dbała o czystość, kwiaty, garderobę. Lecz to ona ustanawiała porządek.
Nie cierpiała spać długo. Jej wczesne wstawanie dawało siłę i świeżość. Była bardzo pracowitą, energiczną kobietą. Nie znosiła flegmatyzmu, niekompetencji. Zatem podeszła do sejfu, i wyciągnęła zeń rękopis z numerem 9. Położyła go na blacie biurka. Wciąż była zamyślona. Nie chciała rozpamiętywać rozmowy z lordem de Brams’m. Nie chciała już dociekać powodu jego reakcji. Interesował ją tylko dalszy postęp nad projektem. To była winna Jeffrey’i – i to się liczyło. W końcu uznała, iż zaangażowanie lorda Ashton’a do sprawy rękopisów było złym pomysłem. Tylko dlaczego czuła się wciąż zakłopotana? Nie rozumiała dlaczego wciąż odczuwa poczucie winy?
Miała chęć już usiąść za biurkiem – zrezygnowała. Podeszła ponownie do okna. Spojrzała przez nie mimochodem. Zbliżał się wieczór, więc zaciągnęła zasłony. Lampa przy biurku roztaczała dyskretne światło oświetlając blat jej biurka. W końcu zdecydowała się za nim zasiąść. Czuła, iż powinna porozmawiać z Jeffrey’m. Ostatecznie zrezygnowała. Chwyciła w dłoń rękopis, i jakby od razu wyczuła kto jest jego autorem. Zasiadła za biurkiem wygodniej. Rękopis pisany tym samym charakterem pisma. Niepewnie otworzyła komputer, po czym zagłębiła się w tekście. Jeszcze mimowolnie spojrzała na drzwi.
PRZESZŁOŚĆ RĘKOPIS NR. 9;
Następnego dnia rano gdy tylko słońce wstało, Mery obudziła się z wielkim zdziwieniem – niemal przestrachem. Przez chwilę zastanawiała się nad powodem swego niepokoju. Skąd to uczucie. Wczorajszy dzień pozostawił tyle pytań. Usiadła na łóżku. Wraz z porankiem dopadło ją przekonanie, iż sprawa jest rzeczywiście bardzo niebezpieczna. Ludzie w pelerynach nie mają skrupułów. To co zrobili z jej Przyjacielem Stanley’m Hampton’m, świadczy o tym, że są zdeterminowani w swym działaniu. Postanowiła zejść na dół do rodziców. Ubrała się i wychodząc, zamknęła za sobą drzwi swego pokoju. Schodząc była wciąż zamyślona jakby w pół śnie. W głowie miała mnóstwo pytań. Zastanawiała się nad tym, co było w albumie na fotografiach.
- Skąd ja znam te posiadłość? To dziwne. Od czego zacząć?
- Mary Agatho. Nie wiem czym w tej chwili twój umysł jest zajęty, lecz jeśli się nie obudzisz, wylądujesz w moich kwiatach. Idziesz prosto na nie!
Ostatnie słowa pani Radley, wypowiedziała krzycząc. Mary co prawda ocknęła się z elektryzującej fali myśli, które ją tak wciągały. Jednak było już zbyt późno na bezpieczną konsternację. W tej że chwili spostrzegła, że w hallu ma przed sobą stojące na posadzce kosze kwiatów. Były one przygotowane do dekoracji wnętrz. Czego gospodyni domu z wielkim pietyzmem pilnowała, a które za moment Mary mogła zdeptać, jak zwykłą trawę. Było jednak już za późno na cokolwiek. Z całym impetem wylądowała w morzu kolorów, i wspaniałego zapachu. Pani Radley usłyszała tylko ostry wyraz dekoncentracji, dezaprobaty podczas lądowania córki prawie nosem w koszach.
- Kto tu to postawił? Do diabła! Czy nie ma innego miejsca na takie rzeczy?
Wstając przełknęła ślinę nerwowo. Wzrokiem szukała służącej, która była odpowiedzialna za ten stan rzeczy. Widok był zjawiskowy. Dziewczyna stała w sukience na której poprzyczepiały się kwiaty, gałązki i liście. Wyglądała jak pani z lasu.
- Mary daj spokój Marcie. Ogarnij się szybko, i chodź na śniadanie.
- Czy muszę? Nie jestem głodna! Najadłam się twoich kwiatów.
- Bez gadania! Ruszaj moja panno! Udam, że tego nie słyszałam.
Dziewczyna ruszyła żwawo wiedząc, że na niewiele zdadzą się jej opory. Znała swoje możliwości, ale w tej chwili to by nic nie dało. Matka jej była równie uparta i stanowcza, jak ona sama. Pani Radley starała się jak mogła zachować powagę, i resztki skupienia na twarzy. Niemniej z trudem hamowała się od wybuchu śmiechu.
- Emmo czy długo zamierzasz mnie trzymać przy tym stole?
- Już mój drogi. Było małe nieporozumienie w hallu.
I jak to powiedziała tak szybko się powstrzymała, gdyż uczucie rozbawienia napierało na nią coraz bardziej. Zasiedli w salonie przy wielkim stole. A służba uwijała się, wykonując swoje obowiązki. No i to nie był czas na konwersację. Było to niezmiennym zwyczajem w tak starym rodzie. Zwyczaje panujące od wielu pokoleń, zostawiały zawsze wielki ładunek informacji. Dziesiątki lat pozostawiały ślad w sposobie życia. Jednak z każdym pokoleniem, zacierało się bezwzględne ich przestrzeganie, czy też ich znaczenie. Życie stawało się bardziej luźne. Takim przykładem była właśnie Mary.
- Dzień dobry wszystkim.
Powiedziała tak jakby niby nic. Jakby się nic nie stało. Choć jej suknia była w nieładzie, i potrzebowała natychmiastowego uporządkowania. Salon wydawał się tak okazały, tak doniosły w swoim wystroju, iż panowała w nim specyficzna atmosfera. Mary wkroczyła doń, jak jakaś pasterka ze wsi. Sir Stefan Radley nie omieszkał zwrócić uwagę córce za spóźnienie. Nie pominął uwag za jej wygląd, za wszystko co kłóciło się z resztą rodziny. Nawet za to, że Mary miała minę tak pokrętną, że nie sposób było tego nie zauważyć.
- Czy nie wiesz o której jest w tym domu śniadanie? Zawsze o tej samej porze moja droga.
- Tak lecz prawdę mówiąc, nie mam chęci na jakikolwiek posiłek ojcze.
Powiedziała te słowa luźno z przekorą w głosie wiedząc, że nie przejdzie jej to na sucho – będzie riposta. Dodała więc szybko, aby udobruchać ojca. Tak aby nic nie mówił.
- Lecz zrobię ojcze tobie przyjemność, i wezmę udział w posiedzeniu – dla ciebie.
- Dziękuję. Jesteś łaskawa moja droga, lecz nie rób mi tego więcej. Bardzo proszę.
- Naturalnie. Zaznaczę jednak, że jutro zaraz po śniadaniu wychodzę na rekonesans.
- Myślę, że będę cię prosił o zmianę planów. Zamierzam tobie oznajmić, że jesteśmy zaproszeni z wizytą do pewnego szacownego jegomościa. Jest on młodym, szacownym, acz i samotnym człowiekiem. Choć na mój gust można by rzec dość dziwnym.
- W takim razie. Trzeba będzie pojąć niezbędne środki mój drogi. Nie pojadę przecie w tym stroju.
Stwierdziła pani Radley, patrząc z zaniepokojeniem na córkę.
- A ty moja droga. Czy nie musisz zająć się swoją ogładą? Tylko spójrz na siebie, jak ty wyglądasz?
Dziewczyna badawczo spojrzała na siebie. Nie znalazłszy czegoś, co mogłoby jej przeszkadzać, zastanawiała się o co matce chodzi? Nie bardzo widziała się w roli dobrze ułożonej panny, zatem sprawa odwiedzin wcale jej nie odpowiadała.
- Odwiedzać jakiegoś tam pana – mruka – samotnika.
Cóż to ją obchodzi – pomyślała przywdziewając minę niewiniątka.
- Czy ja muszę tam jechać? Te umizgi, takty i dygania – to nie dla mnie.
- Mary Agatho! Jesteś z domu Radley. Nosisz tytuł lady. Zatem nie zachowuj się jak służąca!
Tego ojciec już nie mógł ścierpieć. Kipiąc ze zniecierpliwienia, i niekompetencji córki jaką widział w jej zachowaniu, spojrzał na swą małżonkę oczami pełnymi zimnego nakazu. Ona szybko skończyła rozmowę z córką. Wyprężając plecy wzięła się do konsumpcji.
- Jeśli ja mówię, iż jesteśmy zaproszeni – to znaczy, że jedziemy wszyscy! Pan de Candberry nas zaprosił. Ciebie moja panno również! I będziesz tak łaskawa, zachować się tak, jak należy. Nie narazisz naszego domu na szwank – czy to rozumiesz?
Patrzyła na ojca tak naturalnie, a zarazem po swojemu. Nie mogła nic zrobić by postawić na swoim. Przymykając oczy, z jednoczesnym wykonaniem gestu ręką, ot tak w powietrze rzuciła.
- Widzę, że się upierasz ojcze. Zatem będę obecna razem z wami, lecz nic poza tym. Tylko…
- Dosyć tego gadania po próżnicy! Jutro z rana – po śniadaniu, masz się zająć z Martą swoją dzienną toaletą. Masz wyglądać jak dama!
- Ty moja droga dopilnuj tego proszę! Zdając się na twój dobry smak i manier ufam, iż równie pięknie będziesz wyglądała.
- Oczywiście.
Rzekła lady Radley. Wszyscy zajęli się kończeniem śniadania w jadalni. Pokojówki to podawały, to odnosiły naczynia z potrawami – jednocześnie zbierając te puste, aby nie stanowiły powodu do niezadowolenia państwa. Po skończeniu posiłku, wszyscy odeszli od stołu. Pan Radley ostentacyjnie wstał od niego pierwszy. Skierował się na taras. Zapaliwszy ulubione cygaro, rozsiadł się wygodnie w fotelu. Pani Radley zakręciła się swoją długą spódnicą, i zniknęła w swojej części domu. Tak że Mary została sama w hallu. Rozglądając się dookoła nie miała pojęcia, co będzie robiła tam u tego arystokraty. Jakim człowiekiem musiał być? Któż mieszka w tak dużym domu?
Zdziwiło ją również, że matka bardzo szybko zawinęła się znikając z pola widzenia. Choć zawsze po śniadaniu proponowała spacer. Uwielbiała spacerować po swym różanym ogrodzie ze szklaneczką lemoniady. To był niezmienny rytuał, jaki ustalił się w tym domu. Lemoniadę – jak mówiła – należy pijać tylko w uroczym otoczeniu. Lato było w pełni, dni zatem były długie. Nie trzeba więc było się z niczym zbytnio śpieszyć. Ciekawość była silniejsza, i Mary nie wytrzymała. Pomału zaczęła iść w stronę schodów. Gdy była na piętrze, skręciła w korytarz prowadzący do pokojów Matki. Usłyszała cichy płacz, i niespokojne kroki w jej pokoju.
Zaciekawiona, nie wiedziała, czy ma się dziwić, czy nie. Ma być taktowna, czy też nie. Czy ma sprawdzić, co wywołało u matki tak raptowną reakcję? Czy też zignorować to, kładąc zachowanie matki na karb jej zmiennego nastroju. Szamocząc się z myślami, cicho podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę.
- Mamo! To ja Mary. Mogę wejść?
Kobieta dygocząc na całym ciele, wpatrywała się w córkę z wielkim poruszeniem. Dziewczyna widziała, jak wyraz oczu matki zmienia się nie do poznania.
- Mamo, co Tobie jest? Czemu płakałaś? Źle się czujesz? Co się dzieje? Na miłość Boską!
- Nic moje dziecko. To tylko lekka niedyspozycja.
- Nie mówisz mi prawdy mamo – czuję to. To nie migrena. Nigdy cię taką nie widziałam!
Mary usiadła na łóżku obok matki. Położyła swoją dłoń na jej dłoni. Kobieta była zrezygnowana. Widać było gołym okiem, iż gryzie się czymś, i nie była to drobnostka. Dziewczyna przypatrywała się matce z wielkim współczuciem. Wiedziała, że w gruncie rzeczy ona i tak nie chce źle. Tylko skąd te nastroje? Z wielkim zaciekawieniem graniczącym pasji postanowiła, że musi się dowiedzieć.
- Powiesz wreszcie, co cię tak poruszyło?
Lady Radley nagle zmieniła wyraz twarzy. Teraz na niej było widać determinację, i zniecierpliwienie. Wstała z łóżka, i podeszła do okna. Przez chwile wpatrywała się w coś poza nim. Mary starała się zachować opanowanie i cierpliwość. Widziała jak matka walczy sama ze sobą. Nagle odwróciła się do córki, prostując się przy tym z dystynkcją. Wypadło to dość sztucznie, ale zarazem chłodno. Była przy tym bardzo przejęta.
- To był…
- To był de Candberry!
- No i co z tego. Jakiś tam de Candberry.
Nie rozumiejąc, dziewczyna podeszła do matki. Starała się ją rozweselić. Nie rozumiała co tak naprawdę nią kierowało.
- Pomyśl wreszcie! Ten herb na teczce, to właśnie herb de Candberry’h!
Ściszyła szybko głos bojąc się, by ktoś nie usłyszał tego słowa. Można by pomyśleć, że jest ono przeklęte.
- Faktycznie mamo. To mi właśnie mówiłaś w moim pokoju. Ale nadal nie rozumiem. Dlaczego to dla ciebie takie straszne? Tak reagujesz…
- Znałam kiedyś matkę lorda de Candberry. Lady Mary Steffany de Candberry. Była to bardzo piękna kobieta, a zarazem bardzo nieszczęśliwa. Wiem tylko tyle, że zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Aż strach powiedzieć, kto za tym stoi?
Matka była tak przejęta, że Mary nie pytała już o nic. Wiedziała już, że nie odda tej sprawy za żadne skarby. Nie przyzna się, że miała coś wspólnego ze zniknięciem przesyłki. Ta przesyłka może okazać się zbawienną dla wielu ludzi.
- Dziecko moje. Zniszcz tę teczkę, i nie mów o tym nikomu!
- Dobrze mamo! Dobrze.
Uspokajała matkę, jak tylko umiała. Lecz sama nie mogąc się uspokoić, zaczęła z innej beczki.
- Musimy coś jutro na siebie włożyć mamo. Mamy nie wiele czasu na przygotowanie się do jazdy. Powóz na pewno już stoi przygotowany na jutro. Jak znam ojca nie czekał nawet ani chwili, by wszystko dopiąć na ostatni guzik.
- Ja nie mogę! Nie mogę! Ojciec jeszcze nie jest całkowicie zdrowy. Prawda że twierdzi, iż czuje się już dobrze. Jednak ja w to jakoś nie wierzę.
Powtarzała pani Radley właściwie czując, że nie tylko o to jej chodzi. Następnym powodem była obawa przed konfrontacją z młodym panem de Candberry.
- Mamo! Musimy tam pojechać. Chociażby dlatego, że nie wypada odmówić już przyjętego zaproszenia. A i tatko byłby wściekły, jakby nie dotrzymał raz danego słowa.
- Co ja mam robić? Co robić?
- Po prostu pojedziemy i już. Nie pokazuj, że jesteś przejęta tym spotkaniem tylko dlatego, iż znałaś rodziców tego znajomego. To nie znaczy, że jesteś czegokolwiek winna. To tylko spotkanie przy kawie. A ojcu nic nie będzie. Weźmiemy w razie czego jego leki zalecone przez doktora.
- Już dobrze, dobrze.
Odrzekła pani Radley, i otworzyła szafy, aby coś wybrać na tę nieszczęsną okazję. Mary widząc, że matka się nieco uspokoiła – pomału skierowała się ku drzwiom. Przystając na chwilę przy nich, rzuciła poprzez nie.
- Mamo jak sądzisz. Co mam ubrać? Coś poważnego, czy tak jak zwykle?
- Ani mi się waż, tak jak zwykle. Jedziemy do posiadłości de Candberry’h. Musisz wyglądać wytwornie, a jednocześnie skromnie – rozumiesz?
- Tak mamo wiem.
Mówiąc to, obróciła się na pięcie, i wyszła zamykając drzwi. idąc do swojego pokoju, cały czas myślała o tym wyjeździe. Jaki związek ma ten nieznajomy, z tak mocno szczerzoną teczką? Co może mieć do ukrycia? Czego tak się boi? Sprawa zaginięcia przesyłki ma coś wspólnego z tą rodziną. Zamyślona, weszła do swojego pokoju. Myślała o zawartości teczki. Cała ta sprawa zaczynała ją coraz bardziej ekscytować. Czym częściej i więcej zapoznawała się z jej zawartością, tym bardziej była przekonana, że nie porzuci tej sprawy bez wyjaśnienia. Ponownie przypomniała sobie list pisany odręcznie delikatnym pismem. Zaczęła rozmyślać nad pięknie pisanymi literami, z pięknymi zawijasami na końcach.
To list pisany przez nią do Arnolda de Candberry. Mary nie mogła się powstrzymać od przeczucia, że czegoś dowie się od pana na włościach, który jest ponoć samotny. Co ma znaczyć ten list? Jeśli on jest we własnym domu – jest a nie zaginął – tak jak jego matka? To co znaczy ten list? To dziwne. Ona w nim pisze, iż oczekuje narodzin dziecka będąc w niewoli. Jakim cudem zatem jej syn – jej dziecko – odnalazł się w domu? Zerwała się nagle przypominając sobie, że miała się przygotować do podróży. Przecież jutro z rana mają jechać całą rodziną w gości. Przesiedziała chyba z godzinę, zgłębiając zawartość teczki no i ten list.
Podeszła do szafy, i tak jak matka w swoim pokoju, tak i ona gruntownie zajęła się dobieraniem garderoby na tę wizytę. Teraz zależało jej na tym, aby zrobić jak najlepsze wrażenie na właścicielu posiadłości. Ale i chciała wywrzeć wrażenie na ojcu, i poczynić miłą niespodziankę matce. Bezbłędnie dobierała garderobę pod względem materii, koloru i dodatków. Ta umiejętność jest zasługą jej matki. To ona zawsze dbała o bardzo dobre wychowanie pod względem taktu i gustu. Minął prawie cały dzień. Obiad jak i kolacja zleciały błyskawicznie. Czas między posiłkami Mary wypełniła pomocą matce w domu. Zajęły się układaniem ikeban w wazonach. Sporo dyskutowały na temat wystroju domu.
Rozmawiały o nowinkach w sprawach koniecznych zmian, co do mebli i obrazów. Ogród również nie został pominięty. Choć nie był to poranek, obie spacerowały. Jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Toma – brata Mery, cały dzień nie było w domu. Zajęty był własnymi sprawami. Odkąd powrócili od krewnych, nie był już tym samym chłopcem, bratem i synem. Każdy zauważył, że zmienił się w młodego poważnego mężczyznę. Teraz był już w swoim pokoju, i Mary doszła do wniosku, iż z bratem jakoś mało rozmawia. Często nie ma na to czasu. Dochodziła dziewiąta wieczór, gdy w hallu zabrzmiał głos zniecierpliwionego ojca.
- Mateuszu! Pogaś światła proszę. Czas na odpoczynek przed jutrzejszym dniem.
- Dobranoc sir.
I znów w domu zapanował spokój. Światła zostały pogaszone, i wszyscy udali się na spoczynek. Mary w swoim pokoju wreszcie uporała się ze swoją garderobą. Z wielką przyjemnością zatopiła się w pościeli białej jak śnieg. Rano zawitało w pokojach jasnym światłem. Świeżym powiewem z uchylonych okiennic. Otworzyła oczy, i ujrzała na stoliku przy wezgłowiu łóżka, bukiet wspaniale ułożonych kwiatów. Po kąpieli – odszykowana – faktycznie jak dama, przyglądała się w lustrze. Teraz zastanawiała się nad tym, czy bardziej wygląda jak dama, czy jak matrona. Stojąc przy lustrze, zaczęła śmiać się z siebie. Dokonała więc parę sprytnych zmian w garderobie. Niewątpliwie poprawiło to jej wizerunek, i ruszyła do wyjścia z pokoju.
- Moje panie gotowe już do drogi? Nie zajedziemy takim tempem na kolację. A mamy kilka godzin podróży. Pośpieszcie się.
Na schodach powstał istny szum długich sukien. Panie ruszyły przez hall. Dwie wielkie primadonny – pomyślała Mary, uśmiechając się sama do siebie. Cała rodzina skierowała się do jadalni. Czekało tam na nich szybkie śniadanie.
- Panie Radley, jesteś bardzo niecierpliwy.
Mówiła pani Radley, starając się sama siebie rozweselić – choć w oczach męża, usiłowała się ukryć zaniepokojenie. Bała się tego spotkania. Bała się co będzie, gdy użyją wszystkie wspomnienia, jakie jej zapisały się w pamięci. Miała tyle wspaniałych wspomnień z lat, kiedy jeszcze widywała się lady de Candberry. Teraz kiedy już jej nie ma, każde wspomnienie przynosi jej ból. Lady Radley ubrana była w ciemno granatową suknię, z ciemną peleryną – jako dodatek. Była ona narzucona luźno na ramiona, aby nie tamować przepływu powietrza. Panna Radley, ubrała się dla przekory w odcienie wiśni. To tego dobrała czarną pelerynę, aby nie dać żadnych sposobności ojcu, do – nie daj Boże – swatania jej z owym dziwacznym arystokratą.
Wsiadły bez słowa do powozu. Służba zapakowała już podręczne bagaże. Powóz był obszerny. Posiadała siedzenia naprzeciwko siebie. Posiadał składany dach ze skóry, co było dumą Thomas’a Radley’a. To on za pozwoleniem ojca, sprowadził ten model, i udoskonalił go na swój sposób. Bagaże były schowane z tyłu. I nie przeszkadzały podróżnym w wygodnym pokonywaniu drogi. Woźnica ma własne miejsce, co również pozwalało zachować choć częściową prywatność właścicieli. Dwie panie Radley, wsiadły do powozu - zdawałoby się tak obszernego, jeśli chodzi o miejsce. Sute suknie rozlały się kaskadą po powierzchni wnętrza, i lord Stefan Radley, musiał się zadowolić miejscem na przeciwległym siedzeniu.
Choć i tak panie musiały chronić swoje toalety przed zadeptaniem. Lady Radley nie była zadowolona, iż śniadanie przebiegło w tak barbarzyński sposób – w takim tempie i bez opanowania – było bardzo krótkie. Lord Stefan Radley – jej mąż, ponaglał wszystkich. Śniadanie ograniczyło się tylko do herbaty, i maślanych bułeczek. Podróż powozem była przyjemnością – naturalnie, jeśli pogoda dopisywała. Starsi państwo Radley, woleli jazdę powozem. Nie mogli pogodzić się z faktem, że powozy, bryczki ustępują miejsca pojazdom z metalu. Pojazdom, które hałasują i zatruwają powietrze. Letni poranek pachniał zielenią, i kwitnącymi krzewami.
Sir Radley był nie bardzo zadowolony z faktu, iż jego syn Thomas nie jedzie z nimi razem. Nie mógł zastosować tego samego argumentu, co w przypadku córki. Thomas Radley był już mężczyzną. Posiadał już własne twarde zdanie co do stylu własnego życia. Jego plany to biznes. Zależało mu na zdobyciu wiedzy w tym kierunku. Właśnie szykował się do rozpoczęcia nauki w akademii biznesu i finansów. Nie informował o tym jeszcze rodziców. Więc pożegnali się i powóz ruszył.
CZAS TERAŹNIEJSZY
W gabinecie Sary zaległa cisza. Skończyła opracowywać dziewiąty z rękopisów. Był o zabarwieniu spokojniejszym niż poprzednie, niemniej i tak zawierał wiele informacji, dotyczących życia Mary Radley. Coraz bardziej przekonywała się, iż odkąd otrzymała przesyłkę od Hampton’a, Mary – ta młoda dziewczyna nie miała lekkiego życia. Obiecująca dziennikarka z ambicjami do kariery. Nagle nadarza się okazja – jak z nieba spada bardzo tajemnicza sprawa przesyłki. I mówiąc szczerze, gdyby nie inicjatywa jej Przyjaciela – ta sprawa by nie zaistniała – ale się wydarzyła i zaistniała! Ten uznając, że sprawa się szybko wyda, przekazuje ją swojej przyjaciółce.
Ta chwyta tę sprawę, jak własną szansę rozwoju zawodowego. Sara rozumiała, iż sprawą bezdyskusyjną było to, iż Hampton w ogóle ukradł tę przesyłkę. Jednak w tym przypadku… Jednak po opracowaniu dziewiątego rękopisu, otrzymała wiele informacji o samej Mary Radley. Widziała coraz bardziej zbuntowaną dziewczynę, choć nie był to jej wiek nastoletni. Ona była dziennikarką. Jednak z samych jej własnych opisów wynikało, iż i w relacjach domowych, ona sama nie była w porządku - biorąc jej wychowanie, życie w jej domu. Biorąc pod uwagę starania jej rodziców o jej dobro – jej zachowanie nie było fair.
Co prawda były to drobiazgi – małe niuanse – niemniej świadczyły one o zbyt małym szacunku dla rodziców. Dość długo zastanawiała się nad tym aspektem. Rozległo się pukanie. Tym razem była przytomna.
- Proszę!
Ruch klamki, i drzwi wolno się otworzyły. Do gabinetu wszedł lord de Blackstone. Od razu zauważył, iż siedząca za biurkiem Sara, nie miała szczęśliwej miny. Nie umiał sobie odpowiedzieć na pytanie, czy nadal ona analizuje sytuację związaną z Ashton’m? Czy też chodzi o coś innego. Poczuł w stosunku do niej wielką troskę. Czuł się winny zaistniałej sytuacji, ale i był ciekawy o co chodzi.
- Jak widzę Saro, wciąż pracujesz nad rękopisami. Przepraszam! Nie chciałem tobie przeszkadzać.
- Nie przeszkodziłeś mój drogi. Właśnie skończyłam pracę nad dziewiątym z kolei.
- A mogę zapytać, czemu jesteś tak przygnębiona? Tak mi się wydaje, że coś jest nie tak.
- Przygnębiona? O nie! Tu bardziej pasowałoby określenie zamyślona.
- A co cię tak zaabsorbowało? Jeśli mogę zapytać naturalnie.
- Osoba Mary Radley. Wciąż byłam zaabsorbowana bólem, jaki ją nękał z powodu przejść jej Przyjaciela. Jednak w tym rozdziale zauważyłam, iż ona miała również problemy nie tylko z tym aspektem.
- To znaczy?
- Ta dziewczyna miała problemy sama ze sobą.
- Jak to?
- To nie rozmowa na teraz. Chciałabym cię przeprosić.
- Za co?
- Za to zajście z twoim Przyjacielem. Nie potrzebnie tak dopytywałam się o tę rodzinę. Lord de Brams miał prawo być zaskoczony.
- Czy mi się wydaje, czy jesteś na niego obrażona?
- To nie tak Jeff! Myślę, że zbyt szybko pozwoliłam się spoufalić. To za szybko poszło.
- Przykro mi to słyszeć.
- Nie potrzebnie kochanie. Nie potrzebnie. Po prostu to mój błąd. Czy stało się coś?
- Chciałem ciebie zabrać na spacer po ogrodzie przed kolacją. Będzie to dla nas wskazane. Wszystkim nam dobrze to zrobi.
- Czyli jak sądzę nie będziemy sami?
- Oprócz chłopców, których dość ciężko namówić na spacery, będzie cała rodzina.
- Zapomniałeś o lordzie Ashton’e.
- Nie! Nie zapomniałem. Celowo pozostawiłem jego osobę na koniec.
- Czyli?
- Zapraszam cię kochanie. Niebawem sama się przekonasz.
- Mam nadzieję, że nie narazisz mnie ponownie na niemiłe zaskoczenie.
- Na zaskoczenie – nie wiem – być może. Jednak nie na niemiłe – kategorycznie nie.
- I naturalnie mam tobie zaufać.
- Byłbym zobowiązany kochanie.
- Ok. nic tobie nie będzie.
Kobieta wstała z za biurka. Rękopis tak, jak inne znalazł się w sejfie. Po jego zamknięciu – przechodząc obok biurka uśmiechnęła się do stojącego obok Jeffrey’a. Po chwili razem wyszli z gabinetu. Ten bardzo chciał okazać, choć jakiś mały gest miłości w stosunku do niej – jednak nie mógł. Widział jakąś zmianę w jej zachowaniu. Mimika twarzy Sary była bardzo odmienna od tej, jaką on widział w czasie wspólnej rozmowy ich obojga. Tu miał przed sobą osobę bardzo opanowaną i skupioną. Niemniej to spostrzeżenie zachował dla siebie. Już w oranżerii spostrzegła stojących na tarasie swoich rodziców. Rozmawiali z lordem de Brams’m. Oboje Spokojnie przeszli przez oranżerię by dołączyć do reszty rodziny na tarasie.
- Witaj kochanie! Właśnie rozmawialiśmy o tobie. Długo cię z nami nie było. Obawiałam się, że coś tobie dolega. Jak się czujesz?
- Dobrze mamo.
- Mam nadzieję, że się trochę zdrzemnęłaś?
- Nie mamo! Nie zdrzemnęłam się. Nie widziałam takiej potrzeby. Po prostu zabrałam się do pracy. To jest najlepszy sposób na zbytnie rozmyślanie.
- Zaczynam martwić się o ciebie Saro. Ten projekt zbyt ciebie przybija. Zbyt emocjonalnie do tego podchodzisz.
- To tylko praca mamo – tylko praca.
Lord Jeffrey de Blackstone uśmiechnął się do wszystkich. Zapraszam was na spacer przed kolacją. Proponuję skorzystać z piękna ogrodu. Wszystkim nam to dobrze zrobi. Jednak nim ruszyli wszyscy do ogrodu, lord Ashton de Brams o krok podszedł ku Sarze.
- Lady Forest! Proszę mi pozwolić się przed panią zrehabilitować.
- W jakiem mierze lordzie de Brams?
Wszyscy od razu wyczuli chłód w głosie Sary. Zachowywała się spokojnie, i z wielkim opanowaniem. Nie pozwalała sobie na najmniejsze emocje. Jednak jej głos był stanowczy – acz spokojny – opanowany. Odczuł to również Jeffrey, dyskretnie spoglądając na Przyjaciela. Ten również wychwycił to u Sary. Nie było to miłe odczucie – niemniej, niemieli powodu czuć się urażeni. Sara była uprzejmą, niesamowicie inteligentną młodą osobą. Nie pozwalała sobie na nieprzemyślane żarty, czy komentarze. Starała się jednak, by nastrój nie uległ pogorszeniu.
- Chodzi mi o tę nieszczęsną sytuację w bibliotece. Nie powinienem tak zareagować, ale…
- Proszę posłuchać lordzie de Brams. Uważam, że miałeś sir prawo poczuć się osaczony. Co prawda tylko domyślałam się, iż jako Przyjaciel lorda de Blackstone – zapewne wiele wiesz sir o zdarzeniach z jego przeszłości. Nie miałam jednak pewności. Winnam o tym pomyśleć wcześniej. Winnam wziąć pod uwagę, iż masz sir prawo do własnego odniesienia się do niej. Zatem moje przeprosiny również muszą tu zaistnieć.
- Dziękuję, że wspomina pani o tym Saro.
- Ok. Zatem ta sprawa – jak rozumiem – jest załatwiona.
Jeffrey chciał definitywnie zakończyć krępujący temat. A był krępujący, gdyż wszyscy unikali między sobą wzrokowego kontaktu, uciekając gdzieś w inne strony ogrodu. Vivienne Forest chciała porozmawiać o planach związanych z terenem wokół posiadłości. Tyle że nie bardzo wiedziała, jak zmienić już istniejącą ciszę. Sara jednak pamiętając to, co rzekł jej Jeffrey w jej gabinecie, spojrzała nań z pytaniem w oczach. Wszyscy dochodzili do miejsca, gdzie wspaniałym szumem wody dawała o sobie znać wielka fontanna.
- Powiedziała pani – lady Vivienne, iż córka pracuje nad projektem. Czy mogę zapytać, jakiej natury jest ten projekt?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz