Wędrówka bez celu?
W moim życiu miałem wiele pytań, które sobie stawiałem. Nie były to pytania stricte do kogokolwiek – choć pewnie w wielu przypadkach mogłyby takimi być – lecz nie. Jednak nie wiedzieć czemu wciąż i wciąż je sobie stawiam. A może same się pojawiają, wynikając z sekwencji własnych poczynań. Jedno z takich pytań, jakie natarczywie mnie dręczy – krąży wokół mego umysłu – drąży niemal wszystko, na czym mi zależy – to pytanie: po co? Można by rzec prozaiczne pytanie, tak proste, że aż nie możliwe do określenia. Z jednej strony mądre, racjonalne w swojej prostocie – a jednak – z drugiej strony irytujące, zaskakujące, wręcz bolesne.
W zasadzie sam nie wiem po co takie pytanie sobie stawiam – a jednak je stawiam, jednak się ono pojawia, jak odbicie mego oddechu. Biorąc chociażby siebie samego. Jestem bo jestem – nie ważne w jakim celu – ale…. Po co? Jaki cel ma moja bytność tu i teraz – i to właśnie w takiej a nie innej sytuacji? Odcinek mej drogi licząc ludzkim wymysłem, jaki jest czas – zaliczył już wiele kroków zwanych latami… po co? Praktycznie moje kroki nie zakreślą żadnej trwałej linii w tym zimnym, materialnym świecie. Albo wziąć pod uwagę własne odczuwanie. I tu również zaraz pojawia się pytanie: po co? Po co cokolwiek odczuwać, skoro w tym porąbanym świecie nie można liczyć na efekt własnego odczuwania. Przecież celem odczuwania winno być doznanie tego, co mi jest potrzebne, czego pragnę, czego oczekuję – przecież skoro tu jestem, to mogę oczekiwać. A jednak nie jest to takie oczywiste. Bo miast odczuwać pozytyw za pozytyw, najczęściej czuję się jak odrzucona rękawiczka – potrzebna gdy zimno, lecz gdy ciepło….
Pytanie: po co? Ma również inny oddźwięk, inne znaczenie. Mianowicie w kontekście „celu”. Po co coś czynić? W tym kontekście. Mam w swoim dorobku wiele takich ekstra sekwencji, które swoją siłą zrujnowałyby nie jeden średniowieczny gród. Na ten przykład: po co ufać? To takie proste pytanie, a trawi wnętrze jak kwas siarkowy zadając ból do głębi. Ufasz, dajesz jakiś zakres samego siebie, dopuszczasz do siebie w sekwencjach, do których nigdy nie dopuściłbyś przypadkowych osób – i co? I masz odpowiedź. Gdzie tylko skręcisz głowę, tam słyszysz echo: masz co chciałeś! Zaufałeś! I nie masz tego, co chciałbyś czuć, odczuwać, doznawać. Ufać to być czegoś być pewien, ufać to nie bać się własnej decyzji – a co mam w zamian. Czemu wciąż krąży wokół mnie widmo: śmieszności, naiwności, nietrafności. Czemu wyczuwam argumenty wymyślane na poczekaniu, by pozbyć się kłopotu. Czemu to pytanie tak boli? Tak zastanawiam się, czy bardziej mnie boli samo to pytanie? Czy bardziej lawinowo doznana odpowiedź?
Ten sam dylemat jest ze szczerością. Jak oczekiwać szczerości, gdy jest ona niema? Jak nazwać szczerością – jak ją poznać – skoro miast zdań mam oczekiwania i to najczęściej własne? Zaczynam uważać, iż szczerość nie istnieje. To tylko słowo – cholerne słowo, które jest nalepiane na wszystko w co mam uwierzyć. Tylko po co? Nie wiem, czy w ogóle ma to sens, skoro w tym świecie liczą się tylko pieniądze. Ludzie? To jedynie żywe cienie własnych ról, grających wspaniałe postaci romantycznych historii. Po co pokazywać szczerość, skoro i tak to na nic. Skoro i tak będzie zdeptana jak pet na chodniku. Po co? W ogóle stawiać pytania, jak nie ma na nie odpowiedzi. A jak już się pojawiają, to ciągnie się za nimi swąd wymówki – i to naiwnie wymyślonej na prędko. Po co?
Innym pytaniem jest: dlaczego? O to jest dopiero zagadka. To wręcz perełka w śród pytań. Tak zastanawiam się nad kwestią, które z tych pytań jest gorsze: po co? Czy dlaczego? Mało kiedy nie odczuwam w tych pytaniach, iż ciągnie się za nimi jakieś draństwo. No choćby wziąć pod lupę takie stwierdzenie: dlaczego ufając odczuwam zawód? Dlaczego za słowa nie mam słów a jedynie ciszę? Dlaczego wyciągając dłoń, napotykam na pustkę? Dlaczego czuję się jak marionetka we własnej naiwności? Dlaczego umiejętność odczuwania bardziej rani niż przydaje szczęścia? Męczy mnie przekonanie, iż być może lepiej nie wiedzieć, nie słyszeć, nie mówić – ale po co? Dlaczego? To znaczyło by, że lepiej nie być, nie żyć.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak trudno pojąć, że jeśli daję Miłość – chciałbym miłości. Jeśli daję Przyjaźń – oczekuję Przyjaźni. Jeśli zaufam – to oczekuję zaufania. Jeśli patrzę w oczy – to oczekuję szczerości – nie uciekam wzrokiem w bok – bo to fałsz. Dlaczego? Nigdy nie pojmę górnolotnych słów, skoro nie mają one oddźwięku we wnętrzu a są jedynie atrapą. No przecież jeśli szanuję to szanuję i to pokazuję. Jeśli kocham to kocham i to daję odczuć. Jeśli mówię, że Przyjaciel – to nic nie będzie ważniejszego od tego uczucia. Jeśli podaję dłoń – to nie po to, by ją złamać. Gdzie tu sens?
Mówiąc szczerze coraz bardziej przygnębia mnie doznanie, bolesne, dogłębne odczucie, że wszystko co na tym świecie to zwykłe oszustwo, falsyfikat, fata Morgana. Dobro winno wyzwalać dobro. Przyjaźń winna wyzwalać Przyjaźń, Miłość winna wyzwalać Miłość – tu i teraz? Jaki mi się jawi obraz? Ano czuję się jak aktor grający w nie swojej sztuce. Czuję się, jakbym wiele dawał, a otrzymywał „pusty karton w pięknym opakowaniu”. Nie chodzi mi tu o materializm – absolutnie. Chodzi mi tu o uczuciowość, szczerość. Chciałbym kiedyś poczuć to, co okazuje, co sam czuje, co ofiarowuje, to czym się dzielę. Chciałbym spojrzeć w oczy, i widzieć ciepło, szczerość i zrozumienie. Jeśli daję i obdarowuję Przyjaźnią, chciałbym ją poczuć całym sobą, by wiedzieć, że to co czuje ma sens – że Przyjaźń, Miłość, Szczerość, Spojrzenie w oczy – ma sens. Inaczej po co? Dlaczego?
Nie rozumiem tego pustego, zimnego świata. Skoro Miłość, Przyjaźń, Szczerość, Oddanie, Lojalność, Odwaga – nic nie znaczą. Za to liczą się: argumenty, wymówki, sytuacje, uniki, maski, obiecanki. Nie daje rady – myślę, że czas odnowa postawić mur w koło własnego wnętrza. Może to jakieś wyjście?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz