Tom II – część 35
Lokaje, pokojówki, kucharki i kucharze. Wszyscy pracujący w posiadłości wraz z George’m ustawili się wzdłuż ściany. Rodzina zaś ustawiła się szeregiem przy kominku, gdzie tymczasowo ustawiono portrety rodziców lorda Jeffrey’a de Blackstone. Wspaniałe bukiety kwiatów zdobiły kominek, jak i wszystkie blaty stolików między oknami. Sala wyglądała iście bajecznie. Wszyscy galowo ubrani. Dekoracja stołu, jak i specjalne oświetlenie dopełniły reszty. Po chwili cichej rozmowy członków rodziny między sobą, wielkie drzwi się otworzyły. Do sali weszła lady Vivienne Forest. Ubrana w przepiękną suknię w kolorze jasnego wrzosu.
Będąc jeszcze we własnym pokoju miała dylemat. Nie bardzo orientowała się w tych wszystkich zasadach rodowych – to jedno. Obecnie wkładała suknię – dokładnie tę samą z portretu prezentowanego jej w galerii. Nie rozumiała dlaczego ma wyglądać jak na portrecie. Niemniej ta suknia była taka piękna. Vivienne kochała ten kolor. Kochała delikatne materiały, a ten był niemal wrzosową mgiełką. Tak więc siłą rzeczy postanowiła ją włożyć – mimo wszystko. Pojawiła się w sali, krocząc jej środkiem niczym królowa. Suknia – jak się okazało – posiadała tren. Była lekka i zwiewna. W sali dał się odczuć lekki powiew z uchylonych okien, toteż drapowania sukni subtelnie ożywały.
Na szyi Vivienne widniała kolia z drobnych rubinów. Idąc przez długość sali, coraz bardziej wydawało jej się to absurdalne. Nie lubiła tego typu scen. Zawsze uważała, iż są one sztywne, pozbawione szczerości. Chciała mieć to poza sobą. Idąc minęła ustawioną rzędem służbę, która kolejno jej się kłaniała. Podeszła do lorda de Blackstone, wciąż siląc się na powagę. Na przygotowanym obok miejscu, spostrzegła specjalny stojak z wiszącą nań szarfą. Nawet o nim nie pamiętała. Lord Jeffrey de Blackstone z lekka się uśmiechnął.
- Jak się miewasz moja droga?
- Dziękuję! Sama nie wiem, jak określić to, co teraz czuję.
- Zatem dopełniając zwyczaju naszego rodu, a teraz i twego, przyjmij tę szarfę. To symbol twej przynależności. Od dzisiaj oficjalnie będziesz nosiła tytuł lady. I jako lady Vivienne Forest należysz prawnie do rodu de Blackstone. Pytam tu w tym dniu, w tej chwili – i biorę wszystkich tu za świadków, czy przyjmujesz tę szarfę, ten tytuł w dowód swej przynależności?
Nastała cisza. Cała służba wpatrywała się w członków rodziny de Blackstone. W pierwszym momencie Vivienne chciała wybuchnąć śmiechem - on tak poważnie wypowiedział te słowa. Zaraz jednak sobie uzmysłowiła powagę sytuacji. Odpowiedzialność za przynależność do tak starego rodu zobowiązywała. Nie wiedziała z czym to się właściwie będzie wiązało. Jakie będzie miało odniesienie do niej samej – a jednak skinęła głową. Nie sądziła, że to uczyni. Wewnętrznie śmiała się z tego a jednak skinęła głową. Lord Ashton de Brams ujął szarfę w dłonie, po czym podał ją Jeffrey’i. Ten ostentacyjnie rozwinął ją na oczach wszystkich.
- Oto właśnie stało się. Niech mi będzie dane wobec wszystkich tu zebranych ogłosić, iż od dnia dzisiejszego pani Vivienne Forest, oficjalnie przyjmuje tytuł „Lady”. I od dzisiaj oficjalnie tytuł ten jest dowodem na to, iż prawnie jest członkiem naszego rodu. Rodu de Blackstone.
Lord Jeffrey de Blackstone lekko unosząc szarfę, przystąpił do kobiety. Szarfa spoczęła na ramionach kobiety – za jej przyzwoleniem. Na szarfie prócz rodowych kolorów, znajdował się herb rodu de Blackstone. Nie wprowadzono zmian w jego wyglądzie, gdyż Vivienne Forest dziedziczyła herb po swym mężu lordzie Steven’e Forest’e – a ten po swej babce, lady Handfield. Ta natomiast była prawnym członkiem rodu de Blackstone w prostej linii. Szarfa wyglądała imponująco z herbem na przedniej swej stronie.
- Witam cię w rodzinie serdecznie Vivienne.
- Dziękuję Jeffrey’u. Jestem równie zaskoczona co szczęśliwa. Nie spodziewałam się takiej niespodzianki. Jestem bardzo wzruszona.
- Rozumiem. Jednak tak trzeba. Dla mnie również to dzień niezwykle szczęśliwy.
- Wszystkiego najlepszego mamo.
Sara przystanęła do Vivienne obejmując ją ramionami. zaraz potem Steven zjawił się z gratulacjami. Kobieta była prawdziwie wzruszona. Na polecenie lorda de Blackstone w sali balowej – specjalnie wykonano stosowną fotografię. Lady Vivienne Forest stała tam na tle okazałego kominka. To właśnie nad nim wisiały oba portrety rodziców Jeffrey’a. To niemal oficjalne miejsce, wykorzystywane do takich okazji. Później wykonane zostały fotografie lady Forest z poszczególnymi członkami rodziny. Służba – nim zakończono cały cykl fotografowania, powróciła do swoich obowiązków. Lord de Blackstone widząc, iż część oficjalna dobiega końca, wręczył lady Vivienne wspaniały bukiet kwiatów – wiśniowo herbaciane róże. Niezwykle efektowny sposób odbijały się na tle wrzosowej sukni Vivienne.
- Skoro już mamy część oficjalną za sobą, zapraszam wszystkich na uroczystą kolację. Bardzo proszę.
I wykonał stosowny gest dłonią. Wszyscy ruszyli w stronę okazałego stołu. Całość wygląda, jak jednolita wspaniała kompozycja – niemal dzieło. Służba stanęła na szczycie zadania. Oczekiwania lorda Jeffrey’a de Blackstone, zostały doskonale zastosowane w rzeczywistości. Wielki stół o owalnym kształcie nakryty jasno wrzosowym adamaszkowym obrusem. Wspaniała zastawa porcelanowa o zdobieniach tejże samej barwy. Wspaniałe kompozycje w cudownie mieniących się wazonach. Pokojowe, jak i lokaje - wszyscy oczekiwali wokół stołu, by służyć domownikom. Cała rodzina wraz z lordem Ashton’m de Brams’m, zasiadła do stołu.
Kolacja przebiegła w iście uroczystym nastroju. Wszystko było smaczne, jak i wspaniale podane. Vivienne była tak szczęśliwa, że niemal płakała ze wzruszenia. Steven z wielką miłością, przyjaźnie spoglądał na żonę. Sara natomiast była pełna podziwu dla Jeffrey’a. Nie sądziła, że zorganizuje on taką uroczystość, trzymając wszystko w pełnej tajemnicy. Po kolacji, gdy wszyscy wracali do swoich pokoi, wciąż dzielili się swoimi doznaniami. Rankiem, gdy tylko zegar wybił siódmą, Jeffrey ruszył do łazienki. Lord de Brams chwilę jeszcze leżał w pościeli. Rozmyślał nad wydarzeniami dnia poprzedniego.
Całkowicie był zaskoczony projektem dawno niewidzianego Przyjaciela. Przecież z tego co już wiedział, rodzina Forest’w mieszkała w posiadłości Garden Hill, i to już długi czas. Zastanawiał się dlaczego teraz. Dlaczego Jeffrey czekał do wczorajszego dnia, by urządzić uroczystość oficjalnego uznania lady Forest za członka rodziny. Przecież mógł to zrobić tuż po samym przyjęciu do własnego domu. Dziwne. Rozległo się pukanie.
- Proszę!
Drzwi pokoju lorda Ashton’a lekko się uchyliły. W drzwiach stanął George. Mężczyzna wychylił się niepewnie zza drzwi, nieśmiało zaglądając do wewnątrz.
- O co chodzi George?
- Przysłał mnie mój pan z zapytaniem, czy w czymś nie pomóc? Czy ma pan jakieś życzenia na dzisiejszy dzień sir?
Mężczyzna do połowy nakryty pościelą, przyjaźnie się uśmiechnął.
- Czy twój pan już nie śpi?
- Tak sir! Pan już nie śpi od pół godziny.
- Acha! Czyli na mnie już czas. Która jest godzina – jeśliś łaskaw.
- Siódma sir.
- Dziękuję. Możesz odejść.
- Czy życzysz sobie sir, bym przygotował garderobę?
- A mamy dzisiaj jakieś uroczystości?
- Nic mi o tym nie wiadomo sir.
- Zatem nie musisz. Dziękuję George.
Lokaj skłoniwszy się z uprzejmością wyszedł. Drzwi cicho się za nim zamknęły. Mężczyzna przeciągnął się, lekko ziewając. Był wypoczęty i nawet dość rozluźniony. Już dawno tak się nie czuł. Przez chwilę zastanawiał się nad tym, czy to za sprawą braku stresu, czy też za sprawą powietrza. Było takie czyste, świeże. Usiadł na łóżku lekko drapiąc się po zarośniętym torsie. Pokój miał własną łazienkę. Tak więc od razu ruszył w jej kierunku. Ciepła woda jeszcze bardziej go relaksowała. Rozległo się pukanie do drzwi, czego już lord Ashton nie słyszał. Po chwili drzwi uchyliły się, i do pokoju wszedł Jeffrey. Rozglądał się po pokoju, i spostrzegł uchylone drzwi do łazienki.
- Ash!
- Jestem w łazience Jeff! Biorę kąpiel – możesz wejść.
- Ok.
Jeffrey wszedł do łazienki, choć mu to nie bardzo odpowiadało. Czuł się po prostu skrępowany. Co prawda jego Przyjaciel był w kabinie pod prysznicem, to mimo to czuł się nie swojo.
- Jak minęła noc Ash!
- Jest w porządku. Spałem jak zabity. Czy coś się stało Jeff?
- Nie, nic. Po prostu przyszedłem dowiedzieć się, czy u ciebie wszystko ok. Może przysłać do ciebie George’a?
- Nie, nie trzeba. Już tu był. Dam sobie radę.
- Ty już jesteś gotowy, skoro do mnie przyszedłeś? To o której ty wstałeś?
- Wcześnie Ash. Ja zawsze wstaję wcześnie. Skoro jest wszystko ok, to czekam na ciebie u siebie w gabinecie.
- Zaraz będę gotów. I tak chciałem z tobą o czymś porozmawiać.
- Zatem czekam u siebie.
Lord de Blackstone wyszedł z pokoju. Trochę to go zastanowiło, o czym Ashton chce z nim rozmawiać – i to z samego rana. Ale dał sobie spokój z domysłami. Bardzo był zadowolony faktem, iż niespodzianka jaką zaplanował dla Vivienne się udała. Cieszyło go, że nikt nie zauważył jego przygotowań. W sypialni Sary na trzecim piętrze, już od dłuższego czasu nie było nikogo. Sara jak zwykle bardzo wcześnie wstała. Już i tak wiele czasu straciła na obowiązki domowe, gościnę lorda de Brams’a, jak i uroczystość poświęconą jej matce. Ostatnio bardzo mało czasu poświęcała pracy nad projektem. Wziąwszy szybką kąpiel, ubrała się w dość luźnym stylu – i zamknęła się w swoim gabinecie.
Juliett już jakiś czas temu zajęła się jej pokojami. Sara przekazała, że gdy tylko będzie śniadanie ma ją zawiadomić. Wyciągnęła z sejfu następny z rękopisów. Chwilę przeglądała ostatni z opracowanych, by sobie przypomnieć na czym skończyła. Postanowiła sobie tym razem, iż podejdzie do tematu mniej emocjonalnie. Nie chciała ponownie dopuścić do głosu własnego sumienia.
CZAS PRZESZŁY / RĘKOPIS 11;
Lord Anthony de Candberry, chcąc nie chcąc, pozostawił ojca w jego pokoju. Dawno już zaprzestał uzależniać własne decyzje od decyzji ojca. Mimo że mieszkał wraz z nim w tak wielkim domu. Od długiego już czasu, tak naprawdę czuł się osamotniony. Mimo wyraźnej niechęci zajmowania się gośćmi, musiał czynić honory domu. W tym czasie gdy Mary pokonywała drogę do posiadłości Roseland Hill, Stanley Hampton - jej kolega z redakcji rodzinnej – w szpitalu, przychodził do zdrowia. Po barbarzyńskiej napaści we własnym domu wyglądał koszmarnie. Noga została złożona operacyjnie. Jednakże czuł się na tyle dobrze, że mógł świadomie funkcjonować w szpitalnych warunkach. Wciąż nachodziły go męczące myśli i rozważania na temat tego, co się wydarzyło w jego posiadłości. Nie mógł zrozumieć, kto stał za całą tą sprawą. Doskonale wiedział o co chodzi, i czego szukają. Lecz dlaczego trafili do niego? Skąd wiedzieli, i w ogóle gdzie jest Mary? Tak bardzo obawiał się o jej bezpieczeństwo. Zwłaszcza po tym jak się z nim obeszli. Po paru dniach pobytu w szpitalu, powrócił do domu z całą listą zaleceń co do dalszego postępowania. Czuł się na tyle dobrze, iż mógł już – co prawda o kulach – wychodzić do własnego ogrodu na bliskie spacery.
Chodząc po ogrodzie nie zauważył, że zawędrował do potoku w zagajniku. To miejsce znajdowało się tuż przy jego ogrodzie. Zagajnik jak i krótki odcinek potoku, również należał do jego posiadłości. Zawsze był dumny z tego, iż poprzez jego ziemie płynie wspaniały malowniczy potok. Dawno planował tu wybudować gościnny domek. W zamyśleniu wciąż krążył po ogrodzie krok za krokiem. Myśli nie pozwalały mu się rozluźnić. Starał się być spokojny, lecz wyczuwał napięcie – wciąż rosnący niepokój. Jakoś nie mógł sobie z tym poradzić. Usiadł na pochyłym brzegu potoku. Znajdowało się tu wiele głazów porozrzucanych w śród trawy.
Wyglądało to bardzo malowniczo. Usiadł tam, gdzie szumiał najpiękniej, i na chwile przymknął oczy. Już miał zasypiać, gdy poczuł piekący ból w okolicy klatki piersiowej. Otworzył oczy, i koszmar znów się zaczął. Te same płaszcze i kaptury, te same dziwne znaki – chciał krzyczeć. Na gardle jednak poczuł ostrze tak zimne, że niemal przymarzało mu do krtani.
- Witaj cwaniaczku! Jak, namyśliłeś się?
Napastnicy podnieśli go za bary. Nie miał siły się wyrywać. Był pokiereszowany po poprzedniej wizycie napastników. Co prawda nie wiedział, jakim cudem znalazł się poza domem – wtedy. Jednak teraz, nie był jeszcze w stanie nawet szybko chodzić. Noga była usztywniona i pozszywana. Wszędzie widać było opatrunki i bandaże. Kule leżały koło głazu tak, jak je tam pozostawił. Ostrze i siła z jaką go trzymali, uniemożliwiała mu cokolwiek chciałby zrobić. Jakikolwiek ruch był niemożliwy.
- Czego znowu chcecie?
- Teczka! Gdzie jest cała przesyłka? Gadaj!
- Nic o niej wiem. Przysięgam!
Ciosy stały się tak brutalne i tak częste, że zupełnie już nie słyszał o co go pytają. Miał dość. Wypluwał krew z ust, w uszach słyszał jedynie świst i głuche echo dźwięków. Twarz miał całkowicie pokiereszowaną. Wiedział, iż nie odpuszczą. Nic im nie powiedział. Czuł, że tym razem zginie i mimo, że chciał bardzo żyć nie dał im tej satysfakcji. Stał na sztywnych nogach. Zakrwawionymi oczami widział, jak zbliża się postać w ciemnym płaszczu. W malignie i ostatkiem sił, ujrzał tę samą dziewczynę, którą tak bronił przed ujawnieniem.
- Na miłość Boską! Co tu robisz?
Postać zbliżała się bez słowa. Stanley rozłożył ręce aby objąć przyjaciółkę. Schować ją przed napastnikami. W tym momencie zamiast ukojenia bliskością dziewczyny, poczuł dotkliwy piekący ból w okolicy serca. Chwyciwszy się tej cichej postaci dopiero spostrzegł, że to nie jest Mary – nie jego przyjaciółka – tylko jeden z długowłosych zbirów. Osuwając się po ciele napastnika w dół zobaczył, jak nóż wysuwa się z rany szarpiąc jego ciało w okrutny sposób. Gdy upadł, odczuwał tak dziwnie kojący chłód na całym ciele, tak dziwnie nic go nie bolało. Tylko płuca jakoś tak strasznie mało dawały tlenu. Nie wiedział dlaczego. Nie miał siły, aby to sprawdzić.
Wykonał ostatnie szarpnięcie po ten niezbędny lek dla płuc, i zapadł się w nicość. Ciało młodego mężczyzny, stało się niczym krwawy balast w nurcie potoku. Jego nurt tego dnia był niezwykle wartki. Oprawcy młodego dziennikarza wiedzieli o tym. Jak szybko pozbyli się ciała, tak szybko zniknęli. Po zdarzeniu pozostał tylko ślad na przybrzeżnych kamieniach. W domu zaniepokojono się długą nieobecnością młodego pana, i zaczęto go szukać. Dzień nie przyniósł rezultatów. Poszukiwania rozpoczęto dopiero wczesnym rankiem. Znaleziono go za trzecim zakrętem w leśnym rozstaju. Tam gdzie gałęzie łowiły wszystko, niczym zastęp rybaków – wszystko co płynęło nurtem.
Zaroiło się od żandarmów. W posiadłości Hampton’a – stary Thomas – lokaj, kierowany bolesnym przeczuciem wykonał wszystko tak, jak zalecił mu jego pan przed śmiercią. Z pokoju zabrał to, co miało być ukryte w miejscu przez pana wskazanym. Stanley Hampton wiedział, iż na swego lokaja może liczyć w każdym calu. Oboje wraz z Rossa, byli już tyle lat ze swoim panem. Kochali go jak swego syna. Każde z nich oddałoby życie za niego. Nie było możliwości, aby ktoś – coś mógł z nich wyciągnąć. Jeśli pan nie wydał takiego polecenia.
TERAŹNIEJSZOŚĆ / Posiadłość lorda Jeffrey’a de Blackstone.
Sara miała dość. Dotąd przeanalizowane przez nią rękopisy, tak nią nie wstrząsnęły, jak ten. Nie umiała sobie uzmysłowić, kim mogły być te bestie w płaszczach. Bo tylko tak można by ich określić. Drzwi otworzyły się, i do gabinetu weszła Juliett. Jak weszła tak od razu zamarła. Chciała już coś powiedzieć, ale nie mogła. Jedynie pochwyciła fartuszek, wciąż wpatrując się w Sarę.
- Panienko! Co się stało? Czemu panienka płacze?
Ta niemal wyrwana z zamyślenia, uniosła głowę ku stojącej pokojówce.
- Co mówiłaś? Przepraszam cię, ale nie usłyszałam.
- Przepraszam panienko. Pukałam! Naprawdę! Ale panienka nie odpowiadała więc weszłam. I teraz to. Czy coś się stało?
- A co miało się stać Juliett?
- Panienka płakała. Wyraźnie widzę łzy na twarzy panienki.
- Ja płakałam? Nie możliwe.
Jej dłoń bezwiednie powędrowała do twarzy. I faktycznie. Na twarzy wyczuła mokre ślady łez. To jeszcze bardziej ją przybiło. Nie spodziewała się u siebie takiej reakcji. To tylko dowodziło, iż historia z którą się zapoznała tak nią wstrząsnęła. Sara zamilkła. Jedynie wysiliła się kurtuazyjnie na lekki uśmiech do pokojówki.
- Co tam Juliett?
- Miałam zawiadomić o śniadaniu, jeśli będzie gotowe.
- Acha! Rozumiem. Zatem już idę. Dziękuję Juliett. Czy wszyscy już tam są?
- Tak panienko. Wszyscy.
- Rozumiem, że śniadanie podano w jadalni?
- Tak panienko.
- Zatem za moment będę na dole.
Pokojówka wyszła z gabinetu swej pani, a Sara od razu zamknęła rękopis. Na jej twarzy widać było ulgę z powodu zakończenia jego analizy. Odświeżyła twarz, i zmieniła garderobę co przyniosło jej wielką ulgę. Z gabinetu wyszła niemal wpadając na George’a. Nieco ją to wyprowadziło z równowagi, lecz szybko się z tego otrząsnęła.
- Najmocniej przepraszam lady Saro. Proszę o wybaczenie, że panią przestraszyłem. Lady Forest poleciła mi sprawdzić, czy u panienki wszystko w porządku. Trochę denerwuje się, iż panienki nie ma w jadalni.
- Przecież już idę. Matko jedyna! Ale dziękuję George.
W jadalni byli tylko rodzice, i bracia Sary. Nie było lorda de Blackstone, jak i lorda de Brams’a. W między czasie w gabinecie lorda de Blackstone, pojawił się jego Przyjaciel Ashton de Brams. Widać było, iż coś bardzo go trapi. Jeffrey czuł, że szykuje się na poważną rozmowę – a przynajmniej coś go męczy. Spojrzał mu w oczy.
- Widzę, iż przyszedłeś do mnie nie po to, by ruszyć na śniadanie – co? Co ciebie tak zastanawia Ash?
- W zasadzie to nie moja sprawa Jeff, ale…
- Ash! Nie możesz powiedzieć wprost o co ci chodzi?
- Chodzi mi o tę wczorajszą uroczystość.
- Tak? I co z nią?
- Zastanawia mnie nielogiczność w twojej decyzji.
- Jakaż to nielogiczność Przyjacielu?
- Fakt oficjalnego uznania lady Vivienne za twą krewną. I to obdarowanie jej tytułem lady. Nie rozumiem, dlaczego tak długo na to czekałeś?
- A dlaczego nie? Każda pora jest dobra – nie uważasz?
- Jeff! Znam ciebie. Doskonale wiem, iż nie robisz niczego przypadkiem. Zatem…
- Dobrze. Powiem tobie o co chodzi, bo inaczej nie dasz mi spokoju. Nie mylę się – prawda?
- Prawda! Więc?
- Posłuchaj. Wiele mnie kosztowało – pod każdym względem – by znaleźć własnych krewnych. Rozumiesz to – prawda?
- Rozumiem.
- To i zrozumiesz też i to, iż mimo wszystko sam musiałem się zabezpieczyć.
- Mówisz o własnym majątku.
- Dokładnie. Całe poszukiwania rozszerzone były na wielką skalę. I mówiąc szczerze, traciłem już nadzieję na pozytywny efekt. Aż odnalazłem rodzinę Forest’w. Możesz sobie wyobrazić moje zaskoczenie. Niemniej fakty były takie, iż Steven Forest jest moim dalekim krewnym. Dalekim bo dalekim, ale jest.
- To wiem. Jednak nadal nie rozumiem….
- Chodzi o to Ash, że….
- Miałeś wątpliwości – to chcesz powiedzieć?
- Delikatnie mówiąc. Sam widzisz jacy oni są. Każde z nich jest inne – zupełnie. Pojąć i zaufać jednemu, to dużo w mojej sytuacji. Niemniej zaufać całej rodzinie – dość szybko zaufać – to nierozsądne Ash. Nie chcę popełnić błędu.
- Rozmawiałeś z nimi o tym?
- Żartujesz? To nie czas na to. Nie teraz.
- Czy jest ktoś z tej grupy komu możesz zaufać?
- Tak Ash.
- Jak rozumiem. Masz na myśli córkę lady Vivienne Forest – Sarę?
- Tak. Obecnie dołączyła do niej sama Vivienne. Steven jest mocnym mężczyzną. Nie wiem jednak, czemu mam co do niego obawy.
- Jakiej natury?
- Steven jest bardzo dobrym fachowcem, jeśli chodzi o jego fach. Jednak nie umie – w żadnym razie, połączyć życia zawodowego z prywatnym. Nie radzi sobie z synchronizacją tych dwóch tematów. Mam w jego firmie ludzi, mających mi zdawać raporty co do jego strony psychicznej. Rozumiesz? Muszę wiedzieć, jak sobie radzi w trudnych sytuacjach.
- I co?
- I okazuje się, że jest ok jeśli chodzi o firmę. W ogóle jednak nie radzi sobie w domu. Chodzi mi tu o jego autorytet i wychowanie chłopców – jego synów. Coraz wyraźniej postrzegam, że nie wzbudza w nich ani respektu a ni posłuchu. Oni robią co chcą, i to nie bacząc na rodziców. Rodzina i związane z tym sprawy, również ich nie obchodzą. Nie wspominając o pokrewieństwie w stosunku do mnie. Sam rozumiesz. Nie mogę spokojnie patrzeć jak – być może – roztrwaniają mój majątek. Wiele lat trwało nim zgromadziłem to co mam.
- Zatem co zamierzasz?
- Jeszcze nie wiem. Jednak Bóg mi świadkiem, że podejmę decyzje by ten problem zniknął.
W tej właśnie chwili drzwi się otworzyły i weszła Sara. Spojrzała na obu z wielkim zaciekawieniem – ale i z pewną dozą zniecierpliwienia.
- Pozostawić panów na chwilę samych - a ze śniadania nici. Jeszcze będziecie mieli czas na rozważania później. Co panowie na to?
- Co racja to racja Saro. Prosimy panią o wybaczenie. To z mojej winy nastąpiła ta zwłoka. Chciałam przed śniadaniem zamienić parę słów z lordem de Blackstone.
- Ashton’e! to już wasze sprawy. Mnie nic do tego. A obecnie zapraszam obu panów na śniadanie.
Obaj odpowiedzieli Sarze uśmiechem. Lord de Brams dyskretnie spojrzał na Jeffrey’a, gdy Sara właśnie dochodziła jako pierwsza do drzwi. Jeffrey tylko mrugnął okiem w jego kierunku. Obaj ruszyli do wyjścia z gabinetu. W jadalni – na spóźnionych – oczekiwała reszta rodziny. Nie czyniono wyrzutów obu panom. Mina Sary tłumaczyła wszystko. Wszyscy zasiedli do stołu. Lord de Blackstone jednak wciąż miał w głowie rozmowę przeprowadzoną z Ashton’m. Wciąż miał obawy, wątpliwości przemieszane z niepewnością. Martwił się o Steven’a i chłopców. Podczas śniadania żaden z tematów nie zagrzewał do rozmowy.
Po raz pierwszy każdy zajęty był posiłkiem na własnym talerzu. Sara zerkała to na Ashton’a to na Jeffrey’a. Jeffrey najwyraźniej się czymś martwił. Widziała to doskonale, ale i ona sama miała własne wątpliwości. Ostatni z rękopisów wywarł na niej ogromne wrażenie. Po śniadaniu, jak zwykle rodzice Sary ruszyli do pracy. Obaj synowie Forest’w byli już młodzieńcami, toteż i oni realizowali własne plany. Jeffrey z Ashton’m mieli zamiar przejść na piętro Sary. Zaprosiła ich obu do siebie, by porozmawiać o rękopisach. Jeffrey wchodził właśnie jako ostatni na schody, gdy wejściowe drzwi się otworzyły. Lord de Blackstone przystanął kierując spojrzenie w kierunku drzwi wejściowych.
Reszta również przystanęła. Do hallu weszła Maggie a za nią Thomas. Dziewczyna widząc stojącego na schodach mężczyznę, zmierzyła go szyderczym wzrokiem. Pamiętała jak wyrzucono ją z posiadłości podczas grillowego święta. Chłopak właśnie wieszał swoją torbę na wieszak. Sara od razu pojęła co się – być może – wydarzy. Jeffrey spojrzał na wyżej stojących. Ci z kolei niemal natychmiast spostrzegli zaostrzony wzrok pana domu. To nie wróżyło nic dobrego. Sara chciała zrobić krok w dół ku niemu, ale lord de Brams lekko uniósł dłoń ku górze w geście, dającym jej do zrozumienia, by się nie wtrącała. Zrozumiała.
Thomas ruszył w kierunku Maggie, i spojrzał w stronę lorda de Blackstone. Zignorował szczególny wyraz twarzy mężczyzny, który niewzruszenie stał na schodach. Patrząc na obojga stojących w hallu. Chłopak jakby przeczuwał kłopoty. Jego wzrok połączył się ze spojrzeniem Jeffrey’a. Jak tylko wyczuł napięcie w spojrzeniu, wskazał dziewczynie windę. Ta skierowała się ku niej, rezygnując z podejścia do schodów.
- Młody człowieku! Nim wykonacie jeszcze jeden krok w kierunku windy, należałoby się przywitać.
Lord de Blackstone nie zamierzał odzywać się do dziewczyny Thomas’a. Już jakiś czas temu miał wątpliwą przyjemność ją poznać. Thomas odebrał natychmiast zamierzenie mężczyzny. Stał przy windzie, a ona przy nim.
- Thomas! Chyba się nie przejąłeś tym gadaniem. Przecież umawialiśmy się!
- To jak będzie Thomas’e? zwrócisz na nas – tu stojących – uwagę, czy też wejdziesz do windy?
Dziewczyna nacisnęła guzik windy, nie czekając na reakcję Thomas’a. Wejście windy rozsunęły się, i dziewczyna weszła do jej wnętrza. Lord de Blackstone zszedł na posadzkę hallu głównego, wciąż nienagannie wyprostowany. Sara wraz z lordem de Brams’m pozostała na schodach. Coraz bardziej odczuwała zniesmaczenie postawą brata. Wiedziała, iż nie powinien przyprowadzać tej dziewczyny tu do domu.
- Oczywiście Jeff! Dzień dobry wszystkim. Wybacz ale chciałbym zabrać Maggie do swojego pokoju. To chyba nie przestępstwo?
Wypowiedział te zdanie w takim tonie, że aż Sarę zamurowało. To jedno zdanie wystarczyło, by wywołać oczywistą reakcję Jeffrey’a.
- Dziwi mnie, iż o to pytasz – niemniej nie szkodzi – odpowiem tobie. Nie byłoby to przestępstwo, gdyby nie chodziło o ciebie. Gdyby nie pojawiłaby się tu ta dziewczyna. Mam nadal wymieniać?
- Nie! Ale chyba mam prawo przyprowadzić do swego pokoju kogo chcę!
- Tak jeśli nim cokolwiek zrobisz – użyjesz rozumu. Bo jak widzę, dotąd go nie używasz.
- Wybacz. Nie mam ochoty…
Chłopak dokończył, i ruszył w stronę windy. Lord de Blackstone był stanowczy, ale nie chciał być agresywny.
- Thomas’e! obawiam się, iż wobec takiej postawy nie będziesz miał wyjścia.
- Co masz na myśli? Nie jestem już dzieckiem – jeśli nie zauważyłeś.
- Zatem – jeśli twierdzisz, iż jesteś dorosły to tak się zachowuj. Czego tu nie rozumiesz?
- Skończyłeś? Nie jesteś moim ojcem Jeff! I nie muszę ciebie słuchać!
Thomas już miał wejść do windy, gdy z korytarza kuchennego wyszedł George. Mężczyzna widząc całą sytuację przystanął, Widać było jego zmieszanie. Lord de Blackstone od razu go zauważył.
- George! Zechciej odprowadzić tę młodą damę do drzwi.
- Tak sir!
Lokaj wskazując dłonią drzwi wyjściowe, czekał na reakcję dziewczyny. Chłopak aż zdębiał na te słowa. Nie sądził, że Jeffrey wyprosi jego dziewczynę z domu.
- Jak śmiesz wypraszać moją dziewczynę? Co ty sobie myślisz?
Ten aż kipiał ze złości. Dziewczyna stała w windzie. Widać było, że nie bardzo wie co ma zrobić. Ostatecznie wyszła z windy, i stanęła przy Thomas’e.
- Bardzo chętnie tobie wyjaśnię co sobie myślę.
Sara nie wytrzymała napięcia, i zeszła na dół – za nią zszedł lord de Brams. Nie chciała, by wydarzyło się coś, co spowoduje chaos w rodzinie.
- Jeffrey’u – proszę.
Mężczyzna ponownie uniósł rozpostartą dłoń lekko ku górze. Widział w jego twarzy rosnące napięcie, i niezwykle wyostrzone rysy. Brwi przymarszczyły się lekko, zmieniając zupełnie wyraz twarzy.
- Nim zaczniemy jakąkolwiek rozmowę Thomas’e – proszę, byś pożegnał się ze swoją koleżanką. Myślę, że w tej kwestii nie będziesz miał wątpliwości.
Chłopak niemal nerwowo eksplodował, jednak lord de Blackstone, starał się być opanowany. Wiedział,, że reagując agresją na agresję nic nie wskóra. Jeffrey odwrócił się w stronę Sary i lorda de Brams’a. Z jego twarzy łatwo można było wyczytać rosnące napięcie, choć on sam usiłował zachować spokój i opanowanie. W rzeczywistości był zirytowany postawą Thomas’a. A już pojawienie się dziewczyny w brew zakazowi Jeffrey’a – przelało czarę goryczy.
- Wybaczcie moi drodzy, ale odłożymy nasze wspólne plany na później. W tej chwili – jak widać – muszę porozmawiać z Thomas’m. Mam nadzieję, że mi wybaczycie tę zmianę – Saro – Ashton’e.
- Naturalnie. Oboje będziemy cię oczekiwali na górze.
Sara ruszyła na schody pierwsza - następnie lord de Brams – za nimi na końcu ruszył lord de Blackstone. Jednak Thomas Forest nadal stał z Maggie przy windzie. Jeffrey będąc już na schodach, nieznacznie się odwrócił w ich kierunku.
- Thomas’e! Mam nadzieję, iż postąpisz rozsądnie. A pannę żegnam! George wskaże pannie wyjście.
- Za kogo się pan uważa! Już raz mnie pan wyrzucił. O co panu chodzi?
- George! Wiesz co robić. Thomas’e! Jak już będziesz wolny, zapraszam do mego gabinetu. Żegnam młoda damo!
Chłopak nie miał okazji do rozmowy z Jeffrey’m. Ten był już na schodach, i nie oglądając się zniknął za ich zakrętem. Lokaj stał w miejscu, grodząc sobą wejście do windy. Wskazał dziewczynie kierunek do drzwi. Wykonał polecenie swego pana, i był w tym nie wzruszony. Ona chcąc nie chcąc ruszyła do wyjścia. W pewnym momencie nagle się zatrzymała.
- Nie sądziłam Tom, że tu jest taki dom wariatów. Nigdy więcej tu nie przyjadę.
- Ależ Maggie! To nie moja wina.
- Twoja! W ogóle nie odezwałeś się w mojej obronie. Przestraszyłeś się jakiegoś starego dziada.
Tego już nawet George nie wytrzymał. Ruszył w kierunku dziewczyny stojącej już przy drzwiach. Thomas chciał interweniować by stanąć w jej obronie, jednak lokaj był szybszy. Otworzył drzwi jednym ruchem, i wypchnął dziewczynę na zewnętrzny taras. Chłopak wyleciał za nimi.
- Co ty u diabła czynisz George! Jak śmiesz!?
- Proszę mnie dobrze posłuchać paniczu. Dopóki mój pan jest moim panem, nie pozwolę na łamanie jego poleceń. Panna będzie teraz odwieziona do miasteczka na przystanek autobusowy. Panicz zaś – przypominam – proszony jest na rozmowę z lordem de Blackstone.
- Sam sobie rozmawiaj z twoim panem. Ja odwiozę Maggie do jej domu.
- Pańska sprawa. Ja nie będę się z paniczem szarpał. Jedynie co mogę uczynić, to zdać relację memu panu.
- A idź i zdawaj relację. Nic mnie to nie obchodzi.
Oboje ruszyli w stronę garaży. Przy garażach pracował Ben. To już starszy mężczyzna, choć jeszcze pełen sił. Jakiś czas temu zajmował się końmi w tutejszych stajniach. Czasy się jednak zmieniły. W posiadłości powstały garaże, a konie stały się częścią bardziej rekreacyjną niż użytkową. Zbyt wiele pracy kosztowało go pilnowanie obowiązków tu w garażach, i tam w stajniach. Lord de Blackstone zatrudnił nowych stajennych, a on otrzymał dwóch pracowników do pomocy w garażach, jak i w powozowni. Ben widział co działo się na tarasie, choć nie słyszał toczącej się tam rozmowy. Zapamiętał jednak niefortunne zdarzenie, podczas dnia grillowania. Właśnie zamykał wielki garaż obok, i kończył pracę przy samochodzie panicza Thomas’a. Samochód był otwarty od jego strony. Szybko spostrzegł idących w jego stronę panicza, i jego dziewczynę Maggie. Za nimi, parę kroków śpieszył George. Ben w lot domyślił się, że dzieje się coś niedobrego, że wisi w powietrzu jakaś awantura.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz