Tom II – część 36

Post w dziale:

- Ben! Myślę, że skończyłeś już pracę przy moim samochodzie?

- Prawie paniczu. Jeszcze pozostało mi przy nim trochę prac do wykonania.

- Nie szkodzi. Dokończysz jak wrócę. A teraz daj mi kluczyki od samochodu.

Ben spojrzał na dochodzącego do nich majordomusa George’a. Mężczyzna jeszcze dobrze nie doszedł do stojących przy samochodzie, gdy już głośno protestował.

- Ben! Ani mi się waż dawać kluczy od samochodu. Nasz pan stanowczo zakazał!

- Przykro mi paniczu. Sam panicz słyszał.

- Daj mi te cholerne kluczyki!

W tym momencie majordomus doszedł do nich, i przejął kluczyki od Bena. Co prawda był li tylko na służbie w posiadłości, lecz poczuł się urażony tonem polecenia, jakim potraktował go panicz Thomas.

- Proszę się opanować paniczu! Panicz nie ma co krzyczeć na Bena. On wykonuje moje polecenia, a ja wykonuję polecenia mojego pana – lorda de Blackstone. Otrzymałem wyraźnie polecenia, i tego się trzymam. Żadne więc irytacje tu nic nie pomogą.

- Kluczyki George!

Ben cofnął się o krok od Thomas’a – wciąż obserwując przebieg zdarzeń, nic się nie odzywając. Za to Maggie – dziewczyna Thomas’a uśmiechnęła się szyderczo. Zadowolona była z przebiegu sytuacji. Do garaży właśnie podjeżdżał czarny samochód, z którego wysiadł David. Nim go spostrzegli, ten już zdążył wyciągnąć kluczyki z samochodu, którym przyjechał – po czym zatrzasnął drzwi. Szybkim krokiem podszedł do stojących przy garażu.

- Powiem paniczu co pan teraz zrobi. Ta młoda osoba zostanie obecnie odwieziona do miasteczka – wysadzona w miejscu, gdzie znajduje się przystanek autobusowy. A pan paniczu wróci do domu. Czas zakończyć te farsę. Czy pan nie zauważa paniczu, iż przynosi pan wiele wstydu przed tu stojącymi własnym zachowaniem?

- Mało mnie to obchodzi!

- Ale mnie obchodzi. Od wielu lat pracujemy tu w tej posiadłości, i zaznaliśmy wiele dobrego od naszego pana. On sam nigdy takim tonem nie odezwał się do żadnego z nas. I jak mi Bóg miły, potrafię okiełznać pańskie zapędy paniczu do chamstwa. Tym bardziej, że jest nas tu więcej.

Chłopak zamilkł, choć wewnątrz kipiał ze złości. Został upokorzony na oczach swojej własnej dziewczyny. David w sposób bardzo konkretny, starał się zakończyć niezręczną sytuację. Skierował swoje spojrzenie w stronę Bena i George’a.

- David’e! Odwieź – proszę – tę młodą osobę do miasteczka. Chodzi o przystanek autobusowy. Czy panna ma na bilet?

- Bez łaski! Obejdzie się!

- Zatem ustalone. Ben odprowadzi pannę do samochodu. Mam nadzieję, że panna rozumie sytuację.

Widząc, iż to nie są przelewki – sama ruszyła w kierunku samochodu. Thomas stał jak osłupiały. David otworzył uprzejmie drzwi, wykonując w jej kierunku gest dłonią. Dziewczyna wsiadła bez słowa. Jedynie jej spojrzenie zdradzało wielką nienawiść w stosunku do stojących obok mężczyzn. Nim David wsiadł, George jeszcze raz powtórzył prośbę.

- Pamiętaj Davidzie! Przystanek autobusowy, i wracasz do posiadłości. To polecenie pana.

- Tak jest! Rozumiem.

Samochód ruszył. Thomas Forest jeszcze chwilę stał bez słowa, gdy nagle skierował się w kierunku domu. Ben zajął się kończeniem pracy przy jego samochodzie, by móc go w końcu wprowadzić do garażu. George ruszył za paniczem Thomas’m. Już w hallu chłopak podszedł do windy. Lokaj skierował się jednak ku schodom. Nim winda rozsunęła swoje drzwi na wybranym piętrze, ten na chwilę zatrzymał się na schodach.

- Czy mam zaanonsować panicza u mojego pana?

Odpowiedzi jednak nie było. Chłopak zniknął we wnętrzu windy, i ta po chwili ruszyła w górę. George wszedł na drugie piętro, kierując się w stronę gabinetu swego pana. W między czasie Sara pochłonięta była następnym z rękopisów. Chciała nadrobić w tej mierze zaległości. Tym bardziej, że była dość ciekawa dalszych zdarzeń z przeszłości. Odczuła zadowolenie, iż następny z rękopisów nie opisywał zdarzeń związanych z napaścią na dziennikarza Stanley’a Hampton’a. W kolejnym z rękopisów poznała inną rodzinę.

PRZESZŁOŚĆ / RĘKOPIS NR. 12;

Rossa i Thomas – służący w posiadłości Stanley’a Hampton’a – byli załamani. W tym samym czasie w posiadłości Roseland Hill – w posiadłości rodziny de Candberry – sprawy szły własnym torem. Zaproszeni goście, zaczęli dojeżdżać do posiadłości. Opanowało ich uczucie jakiegoś spokoju. Cisza była tak nierzeczywista, że nie chcieli jej za wszelką cenę przerwać – a jednocześnie – dalej ją doświadczać. Z często używanego traktu skręcili w szeroko otwartą bramę. Górowała ona nad płotem swoją dostojnością i powagą. Cała kuta w metalu. Po prętach finezyjnie przelewały się liście paproci, oplatające owe pręty metalowym uściskiem.

Aleja prowadziła wstęgą przez uroczy park dębów i kasztanów. Tworzyły one szpaler po jednej stronie, i po drugiej stronie. Z parku wjechali na wzgórze, za którym w dole ujrzeli piękną starą architekturę. Górowała ona nad niesamowitym ogrodem, który niegdyś był terenem pełnym kolorów. Lecz z bliska przypominał tylko zarys tego, co było za jego świetności. Powóz podjechał do wielkich schodów z tarasem. Służący wraz z koniuszym szybko uwijali się, aby obsłużyć przybyłych gości, dając im wytchnąć po długiej drodze. Na szczycie schodów powinien stać pan tego domu, lecz nie było nikogo.

Panie był lekko oburzone faktem, iż lekceważy się ich osoby – jednocześnie je zapraszając. Nagle nie wiadomo skąd zjawił się stary dżentelmen w liberii. Gestem nader nie z tej ziemi dał znak, iż powinni przejść do środkowych pomieszczeń domu. Lady Radley ofuknęła starego lokaja. Lord Radley w hallu wielkim jak sala balowa, podał lokajowi swoje okrycie, jak i okrycia pań - niecierpliwie w koło się rozglądając. Lord Stefan Radley spostrzegł schodzącego z góry innego lokaja, i gdy tylko ten zszedł na dół, zapytał go badawczo.

- Czy pan w domu?

- Tak sir. W domu. Pan prosi o łaskawe udanie się do gościnnego pokoju. Kończy już sprawy niecierpiące zwłoki w gabinecie, i zaraz państwa przyjmie.

Wszyscy posłusznie ruszyli za lokajem do owego gościnnego pokoju. Jednak córka państwa Radley’w zainteresowała się wystrojem hallu. Rodzice już pokonali wspaniałe schody – ona właśnie już miała skierować się na nie gdy na moment przystanęła, i w tym momencie spojrzała w górę. Była niemal zafascynowana architektonicznym smakiem wnętrza. Państwo Radley, jako pierwsi zawitali w pokoju gościnnym. Ich oczom ukazał się nie pokój – wyglądem i wielkością bardziej przypominał wielki salon. Ściany dekorowane tynkowymi stiukami – całe w bieli. Tylko pola ramowe były błękitne jak niebo. Otoczone splotem rzeźbionych liści winogron. Gdzie nie gdzie wybijały owoce dorodnych kiści. Na ścianach wisiały obrazy, przedstawiające przeróżne kompozycje kwiatów i owoców.

- Zechcą państwo spocząć. Czy mogę zaproponować coś do picia? Posiadany przednie soki z owoców lub własną lemoniadę.

- Ja dziękuję. Jak tobie na imię?

- David pani.

- Tak więc Davidzie. Ja dziękuję za propozycję napoju. Ale może moja córka, lady Mary lub mój mąż zechcą skorzystać z propozycji.

- Naturalnie. Ja bardzo chętnie skorzystam, i poproszę o szklaneczkę lemoniady.

Sir Radley odpowiedział wielce kontent, iż taka propozycja padła.

- Zatem za moment podam lemoniadę.

- David’e, czy zawiadomiłeś swego pana o naszym przybyciu? Byłoby wysoce niestosowne, abyśmy oczekiwali nań nieświadomi, iż miałby nic nie wiedzieć o naszej bytności tutaj.

- Ależ naturalnie lady Radley. Pan zaraz do państwa zejdzie. Powiadomiłem go o państwa przybyciu.

Lokaj wyszedł. W salonie goście pozostali sami.

- Spójrz mój drogi, jaka okazała galeria obrazów. To niebywałe posiadać taką wspaniałą galerię. Czy nie uważasz, że u nas również taka miałaby okazałe miejsce?

- Ależ Emmo daj spokój. Nie jesteśmy u siebie. Wielki ród to i galeria okazała.

- Sądzisz, że nasza rodzina jest mniejsza przez co nie godna takiej galerii?

- Nic takiego nie powiedziałem. Po prostu stwierdziłem, że każdy ma swoje zwyczaje we własnym domu, ot i tyle.

- A naszym zwyczajem – jak mniemasz – nie jest posiadanie własnej galerii?

Panna Mary Radley z opóźnieniem wchodziła na schody, prowadzące z hallu do korytarza na piętrze, i do pokoju gościnnego. Wszystko oglądała z wielkim głodem, co mogłoby jej dać obraz tego nieznanego człowieka. Człowieka mającego tak wielką rezydencję, a tak niezadbaną. Aż chciałoby się zbesztać służbę, za tak niedokładną pracę. Pana domu zaś, za brak całkowitej uwagi na otoczenie i wygląd całości. Idąc po schodach intuicyjnie czuła, że jest obserwowana. W tej właśnie chwili usłyszała głos z piętra. Była tym totalnie zaskoczona.

- I jak się pani podoba mój dom?

Szybko się odwróciła. W górze ujrzała postawną postać mężczyzny, bardzo barczystego. Jego garderoba była idealnie skrojona, jak i stwarzała symptomy powagi. Nie było nań nawet jednego sfałdowania. Postura jego wywoływała respekt i uległość. Mary z trudem usiłowała stworzyć wrażenie, że jej to nie rusza – że na nią to nie działa.

- Jest okazały – niewątpliwie. Robi wrażenie nie większe od wielu innych jakie widziałam w okolicy sir.

- Anthony Fitzgerald de Candberry.

- A dla przyjaciół?

Zapytała nagle i cynicznie, wiedząc, iż zachowuje się nie grzecznie – delikatnie mówiąc.

- Nie mam przyjaciół zapewne tak wielu, jak pani Milady.

- Widzę, że przykładasz sir wielką wagę do tytułów.

- Oczywiście. Niewątpliwie jest to przywilej mej klasy.

Powiedział z przekorą, i jednocześnie z dumą. Rozumiejąc, że panna Radley drwi sobie z niego w najlepsze.

- Widzę, że jesteś pani bezpośrednia – to dobrze. Ja również nie lubię zbytnich ceregieli!

Mówiąc to patrzył na nią tak głodnym okiem, że czuła jak bada ją dogłębnie.

- Myślę, że powinniśmy dołączyć do moich rodziców sir de Candberry! A poza tym nie jestem panią, lecz panną Radley.

Jej głos zabrzmiał tak, jakby zaraz miał się załamać.

- W istocie. Zapomniałem, że nie jesteśmy sami.

Uśmiechnął się w sposób, jak to tylko mężczyźni potrafią, gdy coś im chodzi po głowie. Pośpieszył przed panną, otwierając jej drzwi salonu, w którym przebywała reszta gości. Thomas, syn państwa Radley’w nie chciał przyjechać. Pozostał w domu w razie, jakby coś działo się w posiadłości Stanley’a Hampton’a. Mary – w tajemnicy przed rodzicami – bardzo go o to prosiła. Sir Anthony otworzył przed Mary drzwi salonu, dopełniając w ten sposób dżentelmeńskiego zwyczaju. Lord Stefan Radley wstał ostentacyjnie, lecz z wielkim szacunkiem. Przywitał młodego pana domu uściskiem dłoni.

- Jestem bardzo zobowiązany z powodu udzielonego nam zaproszenia lordzie de Candberry. W istocie jest to gest godny podziękowania. Oto moja żona lady Emma Margaret Radley. Widzę, że córkę moją, już znasz sir.

- Tak. Poznaliśmy się – nietypowo – bo na schodach. Wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie.

- Jest nam bardzo miło.

Odrzekł lord Radley lekko się uśmiechając. Właśnie mu o to chodziło, by ich gościna wywarła jak najlepsze wrażenie.

- Mniemam, iż będzie o czym opowiadać w domu.

- Mamo nie ma o czym. Zwykłe spotkanie i nic więcej.

Dziewczyna widząc niesamowite zainteresowanie swej matki galerią w tym salonie, postanowiła zareagować w dość osobliwy sposób. To był jej sposób mający na celu zmianę tematu.

- Mamo daj spokój. Jesteśmy w obcym domu. Będąc w gościnie nie wypada Okazywać zbytniej ekscytacji. Ich galeria to ich sprawa. To nic niezwykłego.

- Ależ ja nic takiego nie okazuję. Poza tym Mary…

W tym momencie dziewczyna spostrzegła duży portret, przedstawiający kobietę w białej sukni. Stała trzymając wspaniałe naręcze kwiatów. Spływały jej z rąk, i niesamowicie kontrastowały z bielą kreacji. Jej czarne oczy rozświetlały jej świeżą cerę, a włosy kaskadą fal spadały na ramiona. Miały połysk, jak czarne muszle małż o wschodzie słońca. Przy portrecie stały dwa wazony świeżych kwiatów, oraz dwa kandelabry ze świecami.

- To musi być ktoś szczególny mamo, prawda?

Wszyscy wpatrzyli się w portret kobiety. Zapanowała cisza. Matka miała właśnie odpowiedzieć córce na zadane pytanie. Jednak wyprzedził ją młody pan domu – lord Anthony de Candberry.

- W istocie masz rację pani. To szczególna kobieta. Portret przedstawia lady mary Steffany de Candberry. Moją matkę – ściślej mówiąc.

Lord Stefan Radley, słuchał bardzo uważnie, co z kolei bardzo denerwowało jego córkę. Nie mogąc dłużej tego ścierpieć, nagle przerwała.

- A ja mam pytanie do ciebie sir. Czy długo zamierzasz nas tu trzymać w tym salonie? Jestem strudzona, i nie mam ochoty bez przerwy siedzieć tu marnując mój cenny czas!

- Ależ moja panno!

Oburzona odezwała się jej matka lady Emma Radley.

- Nie masz za grosz wstydu? Jak możesz być taka niewdzięczna?!

- Ależ lady Emmo. Proszę wybaczyć córce jej słowa. Panna Mary ma rację. Jestem kiepskim gospodarzem i to jest prawda. Tak długo nie było tu gości, że nie mam w ogóle orientacji, jak gościna winna wyglądać.

Wstał i zapraszając do wyjścia na korytarz, zwrócił się do gości.

- Nim służba przygotuje posiłek – myślę, iż zechcieliby państwo obejrzeć mój dom.

Państwo Radley bardzo chętnie przytaknęli, i cała trójka ruszyła do zwiedzania. Mary nie miała zbytniej ochoty na to zwiedzanie. Ciekawość jednak była silniejsza. Dom był rozległy. Nie wiedzieć czemu, było w nim tyle korytarzy, schodów i innych przejść. Wszędzie na ścianach wisiały portrety członków rodziny – tych dalszych i tych najbliższych. Dziewczyna miała już skręcić do jednego z korytarzy, gdy gospodarz energicznie odwiódł ją od tego zamiaru.

- Nie tędy lady Mary – proszę prosto. Chciałbym pokazać państwu mój najbardziej okazały, a zarazem ulubiony pokój.

Podszedł do białych rzeźbionych drzwi, i nacisnął piękne klamki równie rzeźbione – jak wszystko w koło. Oczom gości ukazał się salon nie mniejszy od pozostałych, ale jakże uroczy w swoim stylu. Ściany pokryte kremowo łososiową sztukaterią. Takież też zasłony, pięknie drapowane na dwie strony. W kominku płomienie wspaniale rozbłyskiwały, wydając tkliwe odgłosy trzaskania drewien. Sofy były przykryte kwiecistymi narzutami, luźno spadającymi na barwny dywan. Lady Radley widząc w koło wiele wazonów z kwiatami, nie omieszkała tego faktu zaakcentować.

- Widzę lordzie de Candberry, że bardzo lubujesz się w kwiatach?

- Tak pani. Jest to jedyna rzecz, która cieszy mnie w tym domu.

- Jest to zapewne przywilej pani tego domu, ale ty panie…?

Już miała dokończyć, i pobladła tak bardzo, że musiała usiąść na sofie. W tej właśnie chwili, spostrzegła dwa portrety nad kominkiem, otoczone kwiatami i oświetlone kandelabrami. Refleksy światła ze świec sprawiały wrażenie, iż uwiecznione na nich osoby żyją. Tak jakby właśnie za moment miały przemówić do zgromadzonych w tym salonie.

- Moja droga, co się stało?

Zapytał zatroskany lord Radley, kierując ku żonie swoje kroki. Zauważył u niej niemal natychmiast raptowną zmianę.

- Nie – nic. Po prostu jestem zmęczona.

- Bardzo się cieszę, że zechcieli państwo skorzystać z zaproszenia na niedzielny wypoczynek w naszej posiadłości.

- Ja musiałam odwołać ważne sprawy, by zaspokoić chęć przyjazdu rodziców tutaj.

- Mary!

Matka syknęła do córki takim tonem, że jak było to możliwe, iskry posypałyby się wokół.

- Nic takiego lady Emmo. Rozumiem pannę Mary. Zapewne ma wiele innych, bardziej frapujących zajęć niż gościna w podupadłej posiadłości.

- Tego nie powiedziałam! Czyżbyś słyszał sir coś innego ponadto, co mówię?

Dziewczyna była zadowolona, że odparła zuchwałość zadufanego w sobie pyszałka. Wyczuwała z jego strony poirytowanie i napięcie.

- Zapewniam cię moja droga, że słyszę tylko to, co mówisz i co powiedziałaś.

- Czyżby?

- Ależ zapewniam z całą stanowczością.

Lord de Candberry przyglądał się całej trójce i rzekł.

- Oto pokój moich rodziców, i ich portrety. Z prawej mój ojciec lord Arnold de Candberry. Po lewej moja matka lady Maria Stefania de Candberry.

Oczy Mary Radley płonęły z zachwytu. Wreszcie poznała tę, o którą jej chodziła – lady de Candberry. Tę tak nieszczęśliwą i tak haniebnie potraktowaną. I obok ten, który był winowajcom tej hańby. Lady de Candberry, była kobietą pięknej urody. Jej mleczna cera odbijała się na tle jej czarnych jak węgiel długich włosów. Na piersi miała łańcuszek z jakąś białą ozdobą. Chyba z kości słoniowej. Lord wyglądał dostojnie i wyniośle. Sprawiał wrażenie nieprzejednanego. Lecz tylko jego oczy, wydawały się takie inne. Ufne a zarazem ciekawe świata. Miłujące wszystko i wszystkich. A zarazem ostrzegające – uważaj! To bardzo poruszyło Mary, lecz nie mogła oderwać od nich oczu.

- Jesteś panie samotny w tych murach. Sam bez rodziców?

- Tak. Nie jest mi lekko, lecz straciłem tylko matkę moją pani. Ojciec mój żyje. Choć jest w tej chwili niezdrów.

Lady Radley była pewna, że oboje rodziców tego młodego człowieka nie żyją. Szybko więc się zrehabilitowała i przeprosiła, jak tylko mogła najtaktowniej.

- Wybacz mi młody człowieku. Nie byłam tu od wielu lat i nie wiedziałam, że ojciec pana żyje sir.

- Tak. Ludzie mają prawo tak myśleć. Ojciec nie wychodzi już wcale, ale to inna historia.

- Czy pański ojciec zaszczyci nas swoją obecnością?

Ojciec dziewczyny z wielkim zaciekawieniem zadał pytanie sądząc, że nestor rodziny pofatyguje się do nich.

- Naturalnie, ojciec zejdzie za moment. Ostatnio niezbyt dobrze się czuje. Tak więc bardzo proszę o wybaczenie, w razie gdyby się spóźnił.

- Oczywiście. Niemniej pozwolę sobie żywić nadzieję, że dane nam będzie poznać pańskiego ojca.

- I ja żywię taką nadzieję.

Ojciec lady Mary miał dość już wyskoków elokwencji swej córki. Wstał i podszedł do Anthony’o.

- Muszę rzec, że posiadłość pańska jest imponująca – sir. To piękny i stylowy dom.

- Dziękuję sir. Ma pan rację. Faktycznie jest to dom jakich mało w okolicy.

- Robi wrażenie. Widzę, że dbano tu o szczegóły, wystrój, jak i charakter wnętrz.

- Tak jak zechciałeś zauważyć sir – dbano. Teraz jednak już od lat nie ma kto zadbać o detale. Jak wiesz lordzie Stefanie, jesteśmy z ojcem tu we dwóch. A dom jest nie mały jak widać.

Lady Emma Radley, dołączyła do męża i Anthony’o z zaciekawieniem słuchając tego, co mówił młody mężczyzna. W myślach już snuła wizję, jak by było, gdyby…. Spojrzała jednak na portret w centralnym punkcie sali.

- Jednak co można stwierdzić, to wielki szacunek dla członków rodziny.

- Tak. W tym domu zawsze stawiało się na rodzinę, chociaż ostatnimi laty…

- Miałam na myśli portret tej oto damy. Piękna kobieta.

- Tak. Zaiste uroda była jej mocną stroną.

W tej właśnie chwili wszedł lokai i ogłosił, kierując się w stronę gospodarza.

- Sir. Podano do stołu.

- Wspaniale David’e. Zapraszam państwa na obiad. Pewnie jesteście głodni, a ja zamęczam was moją rodziną. Pokoje są już przygotowane dla państwa, jeśli państwo chcieliby się odświeżyć?

- Ależ skądże lordzie de Candberry.

Powiedział Mary tak przymilnie myśląc, że czegoś więcej się o tej rodzinie dowie. Lecz pan domu rzekł.

- Nie wypada aby od pierwszej wizyty, zdradzać wszelkie tajemnice rodziny lady Mary. Poza tym dla przyjaciół jestem Anthony. Proszę się tak do mnie zwracać. Będzie mi bardzo miło.

- Nie sir. Jak sam zauważyłeś, nie wypada dopuszczać do takich spoufaleń po pierwszej wizycie….

I przerwała bo lord de Candberry, podszedł do miejsca, gdzie wisiała szarfa. Pociągnął ją lekko i po chwili zjawił się lokaj.

- David’e! zaprowadź państwa do ich pokoi.

Po chwili zwrócił się do gości, i zapraszał ich do jadalnego salonu jak tylko będą gotowi. Dziewczyna była oburzona, bo mało, że jej przerwał – to nie poczekał, aż ona zakończy swoje wywody. Czuła się tym poniżona, i zlekceważona. Musiała jednak milczeć. De Candberry patrzył na nią z pod oka. Nie mając w ogóle wątpliwości, że jest nad czym popracować. Musi jej pokazać, że zmieni jej oblicze na bardziej przyjazne. Goście po niedługiej chwili w towarzystwie David’a, zjawili się w salonie jadalnym. Widokiem jaki miała Mary przed oczami była oszołomiona. W jednej chwili zapomniała o tym, co było przed sekundą.

Stół był wielki owalny. Na nim ustawione były wszelkiego rodzaju naczynia z wszelkim jadłem. Niekiedy sama nie wiedziała, czym było wiele bardzo egzotycznych potraw. Goście mieli własne przewidziane miejsca. Nie było mowy o jakimkolwiek przypadkowym usadowieniu się, według własnego życzenia. Nagle zobaczyła własne imię, na kartoniku obok miejsca lorda Anthony’o de Candberry.

- Mam dość Candberry!

Powiedziała z napięciem w głosie, czując bezsilność. Zaprzysięgła sobie, że tak łatwo się nie podda.

- Mówiłaś coś pani! Nie słyszałem przydomka de.

Lord de Anthony spytał z przekorą w głosie wiedząc, że nie może nic ona zrobić. Jest przecież tak bardzo dobrze wychowana, a i zarazem taka uparta i nieugięta.

- Nie nic sir. Nie dałeś mi wyboru, lecz nie będę niewdzięczną.

- Miło mi to słyszeć pani…

Celowo czekał na reprymendę, i zaprzeczenie z jej strony. I jak zwykle się nie mylił.

- Panno! Ile razy mam przypominać sir, iż nie jestem zamężną!

- Wybacz pani, lecz z samego szacunku muszę zwracać się do ciebie pani. Chyba, iż mnie wyprowadzisz z błędu i zapewnisz, że nie umniejszę tym szacunku do ciebie.

Wiedząc że jego odpowiedź jest bardzo pokrętna – postanowiła również nie dać za wygraną.

- Zwracając się do mnie per „panno”, nie uszczkniesz do mnie najmniejszego rąbka szacunku. Przez takie drobiazgi szacunek nie ucierpi.

Młody mężczyzna szedł teraz za ciosem. Nie dał jej chwili do namysłu.

- Zatem więc nie sprawi nam większego problemu fakt, iż zaczniemy mówić sobie po imieniu serdeńko? Nie miała wyjścia. Wiedziała, że nie da jej spokoju.

- Jeśli ci panie na tym zależy – to proszę.

- Jesteś pani bardzo łaskawa serdeńko.

- Wypraszam sobie! Mam na imię Mary!

- Już dobrze serdeńko.

To bawiło go tak bardzo. Samopoczucie miał wspaniałe. Wtedy to zauważył, że nie są sami przy stole. Gestem twarzy, jak i uśmiechem dał wyraz temu, iż przeprasza siedzących gości. Służba skończyła podawać, i goście zajadali z wielkim apetytem. Uznał, że widownia przy stole, nie bardzo bawi się jego dialogiem z panną Mary. Po skończeniu posiłku, zaprosił wszystkich do biblioteki na kawę. Widok był równie oszałamiający. Dawał obraz wielkiej świetności panów tego domu. Regały na książki były za szkłem. Regały pełne woluminów o złoconych i srebrzonych grzbietach.

Całe pomieszczenie było wielkim salonem. Okiennice były wysokie i dość wąskie. Były trójdzielne ze skośnymi witrażowymi szybami. Zasłony z aksamitu o barwie miodu. Sprawiały wrażenie przytulności. Wielkie kanapy i fotele, obite aksamitem o barwie rubinu. Pod oknem stało biurko. Wyglądało na wiekowe. Rzeźbione z czarnego hebanowego drewna. Całość bardzo dobrze konserwowana. Księgozbiór był imponujący. Patrząc na całość zgromadzonych woluminów, zapierało dech w piersiach. Gustowna mozaika podłogowa z różnobarwnych rodzajów drewna, sprawiała wrażenie łamanej podłogi.

- Lordzie de Candberry. Proszę mi coś powiedzieć o swoim ojcu. Bardzo mnie ciekawi stan jego zdrowia.

Odezwał się z werwą lord Radley. Miał on również tytuł lorda. Nie lubił jednak nim szastać na prawo i lewo. Bardzo zależało mu na znajomości, jak i na tej gościnie.

- No cóż. Odkąd rozstali się z moją matką, jakby zapadał się w sobie. Nie mogłem zrozumieć jego depresji.

- Widać bardzo nim to wstrząsnęło, czyż nie?

- Niewątpliwie. Jednak ze słów, którymi raczył mnie przez całe dzieciństwo nie wynikało, że jest tym przygnębiony.

- Zresztą myślę, że poznacie państwo mego ojca. Odpoczywa na tarasie. Bardzo chciał poznać państwa, a w szczególności córkę waszą lady Mary.

Mary zarumieniła się. Lecz nie wiedząc czemu wyrwała się z pytaniem.

- Dlaczego mnie? Przecież pański ojciec mnie nie zna?

- Sam nie wiem. Może chce nas zeswatać moja śliczna.

Znów to zrobił. Mary miała już dość. Wciąż nie wiedziała czegoś więcej o historii o której czytała. Lecz czym dłużej tu przebywała, dłużej rozmawiała z młodym de Candberry, tym bardziej była poirytowana.

- Więc mieszka pan tu sam, i to w tak wielkim domu?

Ciągnęła czekając na dalszy ciąg informacji.

- Dlaczego sam? Tu jest tyle osób. Poza tym nie mam czasu na nudę. Czekam na przesyłkę. Bardzo ważną przesyłkę rodzinną. Ktoś przekazał nam wiadomość, że może ona zmienić wiele w naszym życiu.

- Poczta dzisiejsza to długotrwały proces sir. Teraz tylu dzikusów na traktach!

Powiedział lord Radley. Rozmyślał jak zacząć rozmowę na ten temat. Wiedział również, że nie godzi się trzymać tego w tajemnicy.

- Ależ skąd. Ona już przyszła. Miał mi ją dostarczyć pan Craft – właściciel - gazety własnoręcznie. Lecz z jakiegoś powodu spóźnia się. Nie wiem co o tym myśleć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz