Tom II – część 37
Mary oblał pot. Nie wiedziała co się z nią dzieje. Ona przecież ma tę przesyłkę – jak złodziej. To naprawdę rodzinna przesyłka. Naprawdę zmieni wiele w jego życiu. Ojciec – lord Radley wybawił ją z tego impasu.
- Obawiam się, że mam dla pana młody człowieku złe wieści.
- Co się stało?
Młody lord de Candberry zmarszczył brwi. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
- Jeśli to ta przesyłka o której mówił mi stary Craft, to nie szybko ją pan dostanie sir. Została skradziona w bardzo dziwnych okolicznościach!
- To dziwne, wręcz niebywałe. Ktoś przekazał mi wiadomość, że musze się tym zająć po otrzymaniu przesyłki.
Bardzo uważnie przyglądał się rozmówcy. Widać było, iż jest zaskoczony tą informacją.
- Sir. Czy kochałeś swoją matkę?
Dziewczyna, nawet się nie zastanawiając wypaliła jak z armaty. Po prostu spytała. To pytanie nie miało sensu. Tym bardziej, iż omawiamy temat tyczył się zupełnie innego aspektu życia rodziny de Candberry.
- Ależ córko. Jak możesz pytać o takie sprawy?
Oburzyła się lady Emma Radley – matka Mary. To już jak dla niej zakrawało na bezczelność, ze strony jej córki. Ze wstydu zaczerwieniła się na twarzy i zamilkła.
- Jak możesz pytać!?
- Nic się nie stało lady Emmo. Odpowiem na to pytanie z ochotą. Tak, kochałem matkę panno Mary. Lecz nie rozumiem dlaczego opuściła mnie i ojca. Ja byłem bardzo mały. Ojciec bardzo zakochany.
- To nie tak!
Wybuchła pani Radley, i zaraz zdębiała z przerażenia. Zdradziła się, że znała lady de Candberry. Nie chciała tego. Bała się, iż ktoś będzie pamiętał jej przyjaźń z matką lorda de Candberry.
- Znałaś pani moją matkę?
- Och nie o to chodzi sir! Tylko chciałam powiedzieć, że nie możesz stwierdzać jednoznacznie czegoś o czym nie masz zupełnej pewności.
- Może masz pani rację, jednak jest tyle pytań na które nie mam odpowiedzi!
Zamyślił się, i jakby odsuwał w cień. Mary zrozumiała, że bardzo kochał i kocha nadal swą rodzicielkę. Tylko z jakiegoś powodu nie zna całej prawdy. Gdyby wiedział co się naprawdę stało.
- Anthony masz jakieś pamiątki po matce?
- Tak wiele.
Podał jej szkatułkę z bibelotami, damskimi drobiazgami. Rzeczy dziennego użytku, pojedyncze fotografie. Między wieloma drobiazgami – Mary znalazła broszkę. Te którą lady de Candberry miała na portrecie. Tam nie mogła się przyjrzeć z bliska - tu miała ją w ręku. Nagle zbladła. Trzymając ją w dłoni była dziwnie wzruszona. Broszka ta była z kości słoniowej. Przedstawiała wizerunek pięknej kobiety.
- Jest stara i nie widać co na niej jest!
Odparł Anthony widząc poruszenie dziewczyny.
- Opiekunka dzieci!
Bez wahania powiedziała Mary, nie wiedząc skąd o tym wie. Było to takie spontaniczne, wręcz bezwiedne. Popatrzyła na wszystkich w koło, znowu zwróciła swój wzrok na broszkę. Sama przed sobą nie potrafiła tego wytłumaczyć, a co dopiero przed resztą.
- Skąd wiesz?
Spytał zadziwiony. Tym razem przyglądał się dziewczynie uważnie.
- To jedyny egzemplarz. Nie ma drugiego!
Mary milczała. Matka spojrzała na nią szybko i zrozumiała, że musi po raz kolejny ratować sytuację.
- Opowiadałam córce sir, że są takie boginie, którym powierza się własne dzieci w opiekę.
- Oczywiście. Nie wziąłem pod uwagę, że masz pani prawo wiedzieć o tych rzeczach.
Goście rozsiedli się wygodnie. Prowadząc konwersację, patrzyli badawczo wokół siebie. Jakby chcieli zapamiętać, jak najwięcej z tego co zobaczą.
- W mojej rodzinie również były podobne pamiątki lordzie de Candberry. Tak! Trochę się w tym orientuję.
Mówiła pani Radley, starając się bardzo aby jakoś odciągnąć gospodarza od niefortunnej wypowiedzi jej córki. Wypowiedzi, która padła właśnie przed chwilą z jej ust.
- Tak zaiste pani. Wiele było takich drobiazgów jest tylko jeden szczegół…
- Cóż to takiego?
Pani Radley jak zapytała, tak zaraz tego pożałowała. Właśnie tego się bała – tej konfrontacji wizyty z przeszłością.
- Tę broszkę wykonano z kości słoniowej na osobiste zamówienie mojej matki, lady de Candberry. Nikt nie ma takiego bibelotu z tą boginią. Co pani na to?
- Cóż mam powiedzieć.
- Prawdę!
- Ależ młody człowieku. Być może, i ta broszka jest jedyną w swoim rodzaju, jednak racz zauważyć sir, że inni również mieli prawo znać tę boginię. I choć ja nie mam zbyt wielkiej wiedzy w tym temacie – by nie rzec żadnej – to jednak kobiety już ją mają.
Wtrącił pan Radley gdyż nie spodobało mu się to co słyszał. Dobrze rozumiał gdzie zawędrowała ta rozmowa, i do czego mogła doprowadzić.
- Przecież nie będziemy się zastanawiali nad tym, skąd to jest takie znane mej córce, czy też mojej żonie – prawda?
Młody człowiek zastanawiał się chwilę. Mimo że nie bardzo mu to wystarczyło na wytłumaczenie, przyjął do wiadomości i zmienił temat.
- Zaiste jest to odpowiedź godna dżentelmena. Przepraszam więc za swoje nierozważne wywody. To niedopuszczalne z mojej strony. W dowód mego zrehabilitowania się wobec państwa, proponuję zwiedzić ogród mej matki – naturalnie – również i park. Znany niegdyś ze swej świetności.
Państwo wstali. Tylko panna Mary nie bardzo widziała się w tym całym zwiedzaniu.
- Chciałabym pozostać w domu – naturalnie jeśli pozwolisz Anthony.
- Nie wiedziałem, że jesteście już po imieniu moja droga.
Stwierdził zaciekawiony ojciec Mary – lord Radley. Zarazem bardzo kontent z takiego obrotu sprawy. Wiedział, że córka nabierze ogłady w tym pełnym zasad i etykiety domu.
- Myślę, że przyjdzie na to czas panno Mary.
- Czy na pewno nie mogę odłożyć tego na kiedy indziej?
Zapytała z góry wiedząc, że odmówi jej – choć dla przekory. Jednocześnie spojrzała na niego z pewną nutą podziwu, a zarazem uległości, że sama siebie się brzydziła.
- Będzie jeszcze wiele okazji na dalsze zwiedzanie mego domu.
Jej spojrzenie nagle się zmieniło, i od razu odpowiedziała z pogardą.
- I cóż tu zwiedzać sir? Zarośla, krzaki i nic więcej!
Była zadowolona z tej ostentacyjnej nuty pogardy dla tego – według niej – zarozumialca. Nie będzie nią kręcił, jak mu się podoba. On przemilczał jej dygresję. Goście wraz z panem domu, lordem de Candberry, podążyli spacerkiem w stronę ogrodu. Państwo Radley byli zachwyceni tym co ujrzeli. Wielkie drzewa dębów, lip, kasztanowców górowały nad drzewami magnolii – tudzież dzikimi wybuchami pnących róż. Aleje były pięknie pomyślane, i zaplanowane. Ich wstęgowate kształty oplatały cały obszar klombów, trawników i wysepek. Stworzono je na niewielkich jeziorkach, na których niegdyś musiało być mnóstwo nenufarów.
- Wybacz sir za moje pytanie, czemu nie ma tu ani jednego ogrodnika? Czyżbyś nie przykładał wagi do wyglądu swego otoczenia?
Zapytała lady Radley, zaintrygowała nienajlepszym stanem ogrodu.
- Przepraszam za tę uwagę. Jeśli to niedyskrecja z mojej strony, to wybacz sir starszej kobiecie.
- Ależ skąd – żadna niedyskrecja pani. Po prostu wokół domu, cały teren był projektowany przez mą matkę lady Marię Steffany de Candberry. Teraz gdy jej nie ma wśród nas, nie ma komu tego podźwignąć. A i ojciec nie bardzo zgadza się na jakiekolwiek zmiany. Chce aby było tak, jak jest. Mówi, że ma być tak, jak mama postanowiła.
- Ależ on ginie!
- Mojej matki już dawno nie ma, więc po co ma to istnieć?!
Pan Radley spojrzał ze smutkiem w oczach na młodego człowieka.
- Młody człowieku! Chyba nie chcesz sprzedać majątku?
- Myślałem o tym. Bóg mi świadkiem, że o tym myślałem. Lecz do póki żyje mój ojciec, nie ma o czym mówić!
Spacerowali dalej. Aleje wiodły ich przez piękną przestrzeń wokół domu. Trochę się oddalali od samego budynku, to znów przybliżali się nieznacznie. Dotarli do okazałego parkanu z żywopłotu z wielką bramą.
- Co tam jest Anthony?
Zapytała Mary zupełnie znudzona. Nie przywykła do smętnych spacerów po cudzych ogrodach, niemniej to ją intrygowało. Parkan stanowił ścianę, która skutecznie chroniła tamtą część ogrodu.
- Czy również pozostałości po dawnych czasach?
Spojrzał na nią z wrogim, niebezpiecznym zabarwieniem w oczach. Szybko pożałowała tego stwierdzenia.
- Lady Mary! Czy myślisz, że tylko piękne rzeczy mają prawo do podziwu?
- Zależy na co patrzeć sir!
Niepewnie odpowiedziała ze wstydem w głosie. Wiedziała, że jej zachowanie jest co najmniej skandaliczne. Nie wymagało nawet dyskusji.
- Aby oceniać to co się widzi, trzeba chcieć na to patrzeć. Ale patrzeć panno Mary, to nie znaczy widzieć!
Pani Radley będąc obok, pociągnęła gwałtownie za jej suknię i syknęła.
- Dość moja panno, ani słowa!
Mary Radley w tej chwili miała coś powiedzieć, aby odciąć się temu zarozumiałemu pawiowi. Jednak nieopodal nagle zaskrzypiała brama. Po chwili ujrzeli ogrodnika w spodniach z płótna szarego jak aleje, wijące się w ogrodzie. Siwe włosy opadały wielką falą na ramiona. Był starym człowiekiem, a jednocześnie bardzo dobrze zbudowanym. Resztki czerni koloru włosów pozwalały twierdzić, że był brunetem.
- Zapraszam do środka. Tylko mi nic nie ruszać! Nie wolno! Pani nie pozwala!
Mary Radley i reszta byli zdegustowani, jak i zdumieni zarazem tym anonsem ze strony bądź co bądź służącego. Widząc to Anthony szybko zareagował.
- Wybaczcie państwo staremu Herbert’i. On się już nie zmieni, i nawet nie ma co próbować. Od śmierci mojej matki nic do niego nie przemawia. Czas stanął dla niego w miejscu. Nie liczy się nic, co mogłoby zakłócić spokój jego myślenia. Stąd ten ton – bardziej polecający niż zachęcający.
Rodzina Radley’w z wielkim przejęciem tego słuchała, jednocześnie z wielkim współczuciem dla tego starego, oddanego człowieka. Mary rozglądała się na boki, wchodząc za przyzwoleniem Anthony’o, lub raczej Herbert’a. Nie mogła się nadziwić. To co ukazało się ich oczom, przechodziło ich wszelkie oczekiwania. To była burza kolorów, rodzajów kwiatów, i krzewów. Alejki były tak dopieszczone, że każdy kamień rysujący granicę ich biegu, był dokładnie oczyszczony i wybielony. Nie było nigdzie chwastów, ani nieprzewidzianych roślin. Wszystko miało swoją logikę i styl. Wyczuwało się, jakby obecność pani tego domu. Jakby tu za chwilę z za zakrętu, miała się wyłonić jej smukła postać. Ławeczki przypominały raczej stojące fotele, jaśniejące bielą na tle głębokiej zieleni trawników. Mary była tak zachwycona tym widokiem. Już kochała to miejsce. Tak jakby było ono dla niej tak bliskie. Nagle usłyszała głos Anthony’o.
- Masz panna oczy takie same jak moja matka.
Mary patrząc na te dziwne zjawiska w ogrodzie, nie zwróciła uwagi na fakt, że Anthony stał bardzo blisko niej. Czuł zapach jej włosów. Była wszystkim tak zafascynowana, że nadal stała jak w transie – wciąż niesamowicie wpatrzona. Lord de Candberry nie próbował nawet jej wytrącać z tego stanu. Tylko patrzył zachwycony na to zjawisko tak piękne i tak pociągające. Widział postać taką drobną, a zarazem bardzo dobrze zbudowaną. Była wysoką brunetką o długich włosach, poskręcanych przy końcach – co tworzyło girlandy czarnych loków. Twarz miała tak zmysłową, i tak tajemniczą. Była pełna wdzięku. Niemniej w jakiś nie zrozumiały dla niego sposób, wyczuwał w niej barierę, której podświadomie nie mógł przekroczyć. Nie wiedział co to jest? Nie dawało mu to spokoju. Mary w tej właśnie chwili ocknęła się z zauroczenia. Bardzo rozmarzonym tonem zauważyła.
- Tam na tej wysepce brakuje krzaku róż Anthony!
Wodziła po niej wzrokiem, szukając dojścia do tej samotni. Wtedy to zwróciła uwagę na Anthony’o. Stał przy niej tak blisko. Wpatrzony był w nią jak w obraz.
- Zadałam tobie pytanie Anthony?
Teraz on był zamyślony. Wyrwany ze swoich myśli – nie wiedząc o czym była mowa, wyrzucił z siebie dziwne zdanie.
- Co za urodzaj w tym ogrodzie.
Wtedy spostrzegł, że patrzy się na wpół odkryte piersi panny Mary Radley. Aż się zrobiło mu gorąco. Jednocześnie dotarło do niego, że ona nie jest mu obojętną. Wiedział, że musi się mieć na baczności, aby nie popaść w kabałę i dalsze kłopoty. Mary patrzyła na niego, widząc człowieka mówiącego od rzeczy i zaraz ponagliła.
- Mój panie! Cóż ty mi tu z urodzajem. Pytałam o krzak róż na wysepce....., o tam.
- Róże? Wysepce? Tam, tam, ta.. Hem.
Był zahipnotyzowany tym urodzajem. Czuł, że znowu spada na samo dno niebytu – stojąc tu na tej ziemi. Widział tylko jej piersi, usta, które mówiły i mówiły. Były tak okrągłe, i tak pełne słodyczy.
- Co panu jest Anthony? Źle się pan czuje?
Do Mary nagle dotarło. On patrzył nie na ogród, tylko na nią. Jego oczy tak płonęły – iskrzyły niemal pożądaniem. Dziewczyna nie wytrzymała tego napięcia, upokorzona jego zachowaniem. Teraz przeszedł już samego siebie. Zatem gwałtownie się odwróciła. Uświadomiła sobie, że to było dla niej nowym doświadczeniem. Ale jak on śmiał! Odwróciła się ponownie, i w mgnieniu oka wyszacowała mu taki policzek, iż trzasnęło jak łamane drewno. Anthony odskoczył oszołomiony – twarz mu płonęła. Nie wiedział tylko z jakiego powodu bardziej: z bólu od uderzenia, czy też z pożądania.
- Lordzie, proszę wybaczyć mej córce!
Głośno zareagowała pani Radley.
- Nie wiem co się stało. Dlaczego?
Anthony nie wiedząc co powiedzieć, chwilę przyglądał się Mary, jej rodzicom. Twarz jego przypominała twarz z kamienia. Skierował się do trojga gości, a następnie minął ich bez słowa. Oni patrzyli na niego nie mogąc nic powiedzieć. Nagle przystanął – odwrócił się.
- Herbert oprowadzi państwa po posiadłości. Potem zapraszam na lekki posiłek, jak również spotkanie z ojcem.
Lord de Candberry odwrócił się energicznie na pięcie, i odszedł nim ktokolwiek mógł zaprotestować. Wszyscy zdecydowali, że posiedzą trochę w tym niebywałym ogrodzie, dopóki się nie uspokoją – dopóki emocje nie opadną. Mary jednak błądziła alejkami – tak zgrabnie, z takim niesamowitym wdziękiem, że wydawałoby się że płynie.
- Tylko za bardzo się nie oddalaj kochanie!
Zawołała lady Radley. Zatroskana o sprawczynię tego zamieszania. Mary nie odpowiedziała, tylko szła i szła. Nagle ujrzała mały domek z czerwonej cegły, usytuowany wśród pięknych róż. Oplatały one całkowicie ściany. Filary stojące po obydwu stronach frontowej części, były tak białe jak śnieg. Na nich pięły się winorośle. Bardzo płytkie niskie schody rozlewały się szerokością po zieleni trawników. Podeszła bliżej. Już miała wejść na schody gdy usłyszała.
- Nie wchodzić! Moja pani śpi!
Odwróciła się i ujrzała zaraz za sobą ogrodnika. Był bardzo przejęty tym co mówi i tym, że podeszła tak blisko.
- Kogo Herbercie?
- Moją panią Lady Mary Steffany de Candberry. To jej sypialnia.
Mary już z opowiadań wiedziała, że ten stary człowiek bardzo kochał swoją panią. Lecz teraz widać było, iż faktycznie wierzył w jej dalsze istnienie. Nie oponowała więc. Nie starała się go wyprowadzić z błędu.
- Bardzo kochasz swoją panią?
Spojrzał badawczo na nią, marszcząc zarazem brwi. Wpatrywał się w jej twarz dość długo. Jakby się przyglądał tej, która wtargnęła tu, gdzie jest jego piękny kwiat – jego pani. Mary nie czekając na odpowiedź, podeszła do róż przy filarach. Zaczęła palcami niemal pieścić ich płatki. Tak zwinnie a zarazem tak delikatnie, że wydawałoby się słyszeć muzykę z ich trącanych płatków. Spostrzegła, iż stojący przy niej Herbert, uważnie się temu przygląda. W tej właśnie chwili przyszło jej do głowy, że może mieć coś przeciw temu aby ona – obca osoba dotykała to, co należało do jego pani. Szybko zabrała rękę. On jednakże pochwycił jej drobną dłoń w locie, i przysunął do róż. Była tym bardzo zaskoczona, i na moment znieruchomiała. Jej palce chciały w jakiś sposób się wywinąć z uścisku dłoni Herberta, lecz nie miała na to psychicznej siły.
- Czy coś uczyniłam nie tak Herbercie? Jeśli tak to bardzo przepraszam.
Mówiła powoli i niepewnie chcąc nie zdenerwować starego człowieka. Zrozumiała szybko, że sprawia mu to wielką przyjemność. Starała się zatem w ckliwy sposób pieścić kwiaty tak, jakby były one częścią ludzkiej istoty.
- Jesteś pani taka sama.
Powiedział i przyglądał się w skupieniu dziewczynie. Choć jego spojrzenia były wstydliwe i bardzo płochliwe.
- To znaczy jaka?
- Jak moja pani, równie delikatna i opiekuńcza.
Była zaskoczona tym stwierdzeniem. Nie miała nawet pojęcia, że można kiedykolwiek ją tak określić. Czuła jak cała płonie, i coraz bardziej wzbiera w niej skrępowanie. Powoli jednak wycofała dłoń. Obróciła twarz w stronę stalowych drzwi. miały one dwa skrzydła na których oprócz łacińskiego cytatu, był herb rodu de Candberry. Doznała uczucia tak pełnego i ciepłego. Tak było jej to bliskie, że sama tego nie rozumiejąc – odczuła wzruszenie. Czuła jak łzy napływają jej do kącików ust, kreśląc jej gładką cerę spływały w dół. Bojąc się tego uczucia, dyskretnie podniosła do twarzy chustkę. Otarła delikatnie oczy odwracając się pomału. Starała się odejść z tego smutnego miejsca. Jednak co chwilę kierowała spojrzenie do tyłu, spoglądając na oddalający się zarys budynku w ogrodzie. Spojrzała w stronę domu mieszkalnego. Z tarasu patrzył na nią starszy człowiek. Ich spojrzenia spotkały się. Zaskoczyła tym faktem, pośpiesznie podążyła do rodziców. Razem ruszyli wolnym krokiem w kierunku wyjścia z ogrodu.
- Jak oceniasz moja droga ten przybytek? Czyż nie jest uroczy?
- Tak – powiedziała Mary – widziałam…
Chciała już opowiedzieć o tym, co jej się przytrafiło. Skapitulowała jednak po chwili, bojąc się sowich uczuć i reakcji na nie.
- Co takiego widziałaś?
- Nie, nic mamo. Zamyśliłam się.
W tej chwili lokaj podszedł do gości. Przerywając konwersację gości, czynił swoje obowiązki.
- Pan prosi na kolację.
- Czy na kolacji będzie starszy pan de Candberry?
Zapytała pani Radley. Bardzo ciekawa tego spotkania. Choć z drugiej strony bardzo się tego obawiając.
- O tak. Starszy pan lord de Candberry, czuje się dziś dużo lepiej. Zapewne państwa przywita.
- Jest to dla nas zaszczyt. Prowadź więc dobry człowieku.
Odpowiedział lord Radley, uniósłszy z podniesienie brwi do góry. Był zachwycony domem, gospodarzami. Lokai poprowadził gości inną drogą – czyli, przez aleje pełne magnolii i bzów. Zapach ich niesamowicie pieścił nozdrza, aż dech w piersiach zapierało. Lady Radley nie omieszkała tego zaakcentować stwierdzeniem, że u niej również będzie taki szpaler tych samych drzew i krzewów. Weszli na wielką werandę z białego i szarego marmuru. Znaleźli się w innym hallu. Tym razem cały w bieli. Między filarami górowały portrety innych członków rodu. Na stolikach przyściennych, stały – w pięknych wazonach – naręcza kwiatów. Równie z marmuru lub zdobnego szkła.
- Tędy proszę!
Lokaj ręką wskazał na wielkie rzeźbione drzwi, wykonane z czarnego dębu. Były wielkie a on otworzył je z niebywałą lekkością. Mary wydawało się to wręcz nierealne. Znaleźli się w salonie pełnym kwiatów i roślin, rosnących w klombach przy ścianach. Obmurowanych jak fontanny. Ściany rzeźbione w białym marmurze, dawały efekt starożytny i niepowtarzalny. Kanapy i fotele były tak rozłożyste i tak wygodne, że nie chciało się z tego miejsca gdziekolwiek ruszać. Pod oknem stał odwrócony tyłem lord Anthony de Candberry. Kiedy rodzina Radley’w weszła – odwrócił się.
- Jak tam wrażenia drodzy państwo?
Był tak ostentacyjny a zarazem bardzo spokojny. Wydawałoby się, że nie stało się nic, co by dawało jakikolwiek powód do zagrożenia. Jakby tamten incydent nie miał miejsca. A jednak w jego zachowaniu wyraźnie było widać dystans i opanowanie.
- Muszę przyznać, że jest to imponujące!
Odrzekł lord Radley.
- Cały teren robi ogromne wrażenie. Te klomby, te rzeźby, fontanny – to wszystko jest niesamowite. Teren jest tak rozległy, a zarazem tak gustownie zaprojektowany.
- Jak mówiłem, to dzieło lady Mary – mej matki.
- Tak. Miałam zaszczyt odkryć grobowiec lady Mary de Candberry.
- Nic nam o tym nie mówiłaś moja droga!
Pani Radley była co najmniej zawiedziona. Były przecież przyjaciółkami. Nie darowałaby sobie straty takich odwiedzin.
- O tak. To nas trochę kosztowało. Jej wielkim życzeniem było spocząć w rodzinnej posiadłości.
- Tak, to godne podziwu w jaki sposób w jaki pilnujesz tego co najdroższe młody człowieku.
Zanim Cokolwiek mogli powiedzieć, drzwi otworzyły się, i stanął w nich stary lord de Candberry. Był to człowiek bardzo szacowny. Posunięty nie tyle w latach, co w wyglądzie. Jego twarz nosiła wiele oznak przeżyć, i trudów życia – wielu trosk, jakie przeszedł w przeszłości. Był wysokim mężczyzną o siwych włosach, spiętych z tyłu w kitę. Spadała falami na kołnierz. Wąsy sumiaste, oddawały resztki koloru czerni – świadczący iż niegdyś był brunetem. W dłoni trzymał laskę z drewna Hebanowego, powlekanego srebrnymi liśćmi laurowymi. Laska zakończona stylizacją głowy lwa. Stylizacją bardzo poręcznie pasującą do dłoni.
- Witam państwa. Me progi nie gościły dawno obcych…
- Witaj ojcze. Bardzo się cieszę, że mogłeś zejść do nas. Oto mam przyjemność przedstawić tobie państwa Radley’w, oraz ich córkę. Są – można by rzec – naszymi sąsiadami. Ich posiadłość to Cambridge Hill, leżąca parę mil stąd.
- Coś takiego – nie słyszałem. Cambridge Hill – hem. Ta nazwa jest mi znajoma.
- No cóż wybaczcie państwo. Wiek już nie ten i również nie ta pamięć. W każdym razie witam w Roseland Hill.
Starszy właściciel posiadłości podszedł do stojących pań, które dygnęły w ukłonie. Anthony po kolei przedstawiał ojcu gości.
- Oto lady Emma Radley ojcze.
Ten podał dłoń pani Radley – która dygnęła. Pani Radley starała się za wszelką cenę, nie ulec własnym obawom. Ona doskonale pamiętała starego gospodarza, lecz on z jakiś względów jej nie pamiętał. Zauważyła to, i poczuła się nieco pewniej.
- Oto lord Stefan Radley. Lordzie Radley, przedstawiam mego ojca, Arnolda de Candberry.
Pewnie podali sobie dłonie w geście powitania. Wreszcie lord Radley miał okazję zobaczyć od lat niewidzianego przyjaciela. Człowieka, który go tak fascynował. Na końcu podszedł do Mary. Chciała dygnąć jak jej matka, lecz w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Podała tylko dłoń. Zresztą sama nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować w takiej sytuacji. Nie lubiła tego, i nie musiała obracać się w takim towarzystwie. Lord de Candberry przez chwilę patrząc w oczy Mary, trzymał ją za rękę. Zastanawiała się przez chwilę, czy to wytrzyma. Bez przerwy czuła, jak twarz jej płonie z zakłopotania. Starszy pan co rusz podnosił to marszczył brwi. Jakby kontemplował to zjawisko, które miał przed sobą. Zauważył jednak zakłopotanie dziewczyny, i poklepując ją po dłoni powiedział.
- Jesteś dziecko bardzo wrażliwa.
- Czemu tak sądzisz sir?
- Widziałem ciebie w ogrodzie południowym. Stałaś tak zamyślona, patrząc na grobowiec mej żony.
Dziewczyna szybko przywołała w pamięci to, co w tym czasie się działo. Nie widziała jednak powodu, dla którego miałaby się tłumaczyć.
- Wydaje mi się, że warte jest podziwu to z jakim pietyzmem czcisz pamięć swej kochanej żony sir.
Stary człowiek znowu zmarszczył brwi. Nagle stał się nerwowy. Tak, jakby poruszała temat dla niego bardzo wrażliwy. Zauważyła to w mgnieniu oka, i szybko postarała się załagodzić ten fakt.
- Przepraszam jeśli powiedziałam coś, co by mogło cię zirytować sir, ale…
- Nic nie szkodzi moje dziecko. To tylko…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz