Tom II – część 40

Post w dziale:

Siły już nie te. Trzymając kapelusz w dłoniach, podszedł jeszcze raz do Mary. Czuła że chciał jej coś powiedzieć. Jednak on przez ułamek sekundy wpatrywał się jej w oczy, i nic nie rzekł.

- Dziękuję doktorze.

- Nie ma za co moje dziecko.

David odprowadził doktora, a Mary zamierzała wejść do pokoju lorda Arnolda. Jednak w połowie drogi się zatrzymała. Skierowała się do uchylonych drzwi Anthony’o – zapukała – cisza. Lekko nacisnęła klamkę i weszła do środka.

- Anthony!

Podeszła do mężczyzny, który stał przy oknie patrząc gdzieś w dal. Był wysokim mężczyzną, i bardzo barczystym. Czarne włosy zebrane w koński ogon, spadały na plecy. Odbijały się na kremowym tle fraka, w który był ubrany. Podeszła doń jeszcze bliżej, kładąc mu dłoń na ramieniu.

- Anthony! Możemy porozmawiać?

- Nie mam na to ochoty.

- Rozumiem, ale musimy porozmawiać – proszę.

- O czym!? Nie mam nic do powiedzenia.

- Chciałabym abyś zrozumiał – próbował zrozumieć, co się dzieje?

- Wiem co się dzieje. Matka zostawiła mnie i ojca bez żadnego wytłumaczenia. Teraz on zostawia mnie, i również bez słowa.

- To nie tak.

- Nie tak? A jak? Co tu można jeszcze powiedzieć? Komu powiedzieć? Co ty możesz wiedzieć o stracie czegokolwiek?

Odwrócił się od niej, zatapiając się ponownie w obrazie za oknem. Ona nie wiedziała, jak do niego dotrzeć. Odczuwała mimo wszystko rosnącą sympatię do tego człowieka – mimo wszystko. Prawda – wiele razy czuła do niego złość, irytację. Jednak teraz czuła co innego, czuła współczucie, zrozumienie. Chęć pomocy i coś, czego nie mogła zdefiniować. Nie raz próbowała dokonać coś w rodzaju analizy własnych odczuć względem niego. Lecz w jakiś dziwny sposób bała się odpowiedzi. Tu trzeba było coś zrobić. Sytuacja była dość niezręczna. Anthony był jedynym gospodarzem w domu. Ojciec leżący w swoim pokoju, który cierpi na dziwne stany zdrowia lub ducha.

No i oni. Goście w domu, którzy najlepiej powinni stąd zniknąć. Bezczynne stanie i narzekanie nic tu nie da, nic nie pomoże. Ponownie położyła mu dłoń na ramieniu. Blask dziennego światła padającego z okna, oświetlił część twarzy Anthony’o. Zobaczyła, że na jego twarzy zaznaczył się ślad łez. Ten widok dokumentnie ją rozbroił. Stała tak przez parę chwil w ciszy, trzymając dłoń na jego ramieniu. Powinna odejść. Wyjść i zabierając rodziców odjechać z tej posiadłości, ale nie mogła. Coś ją trzymało, nie tylko w tym domu. Coś pchało ją w stronę tego mężczyzny. Nagle poczuła na swej dłoni – dłoń Anthony’o. Uchwycił jej dłoń, i delikatnie przytrzymał.

- Ty nie wiesz, co to znaczy niepewność. Nie wiesz co znaczy przechadzać się po tym przepastnym domu. Co znaczy nie mieć z kim porozmawiać – i ta ciągła samotność.

- Rozumiem.

- Nic nie rozumiesz! Co możesz rozumieć! Masz rodziców. Masz dom, braci. Masz z kim rozmawiać. Ja mogę jedynie tylko zwiedzać, rozmawiając z obrazami. Wiesz co to zadawać pytania, i nie uzyskać odpowiedzi? Nawet ostatnio na nie, nie czekam. Bo i po co? Kto może mi odpowiedzieć?

- Masz ojca Anthony. Możesz z nim rozmawiać.

- O czym? Co jadł, co robił lub zamierza robić? Jak się czuje? Wiesz jak to jest żyć – właściwie czekając na moment, kiedy źle się poczuje i będę zmuszony działać? Te jego zaniki pamięci lub ekscentryczne zachowania – to męczy. Albo stany dziwnego zamyślenia, i ucieczki w nierzeczywistość.

Stał przy oknie, zastanawiając się co jeszcze powiedzieć, aby zachować resztki godności. Godności, którą się tak starał budować od wielu lat. Jego wizerunek w tej niepowtarzalnej chwili legł w gruzach. Stał i patrzył gdzieś w dal. Gdzieś w nieokreślonym kierunku. Choć oprócz zieleni łąk i drzew, nic nie było. Mary nie wiedziała jak ma postąpić, jak mu pomóc. Dłoń jej wciąż spoczywała w dłoni mężczyzny. Dotąd miała go za gbura i zarozumialca. Teraz jednakże zobaczyła bezbronnego człowieka. Człowieka mającego jakieś słabości. Dotarło do niej, że ma jednak gdzieś tam ludzkie serce.

- Rozumiem Anthony. Ja naprawdę rozumiem. Lecz zamykanie się w sobie nie załatwi sprawy. Trzeba z kimś rozmawiać.

- Nie mam nikogo takiego. Miałem Przyjaciela z którym mogłem prowadzić rozmowy na wiele tematów. Niestety teraz już nie zamienię z nim ani słowa.

- Czemu?

- Nie żyje.

- Przykro mi. Co się stało?

- Nie ważne.

- Znowu uciekasz – widzisz? Zamykasz się na każde bolesne pytanie.

- Może kiedyś tobie powiem, ale teraz…

Obrócił się w stronę okna. Czuła że prowadzi sam ze sobą walkę. Nic nie mówił, lecz ona wiedziała – wręcz czuła. Starała się nie naciskać. Starała się go w jakiś sposób uspokoić. Chciała już iść, wyjść i zostawić go samego.

- Zostań.

- Anthony. Rodzice są w bibliotece. Ja nie mogę być tu dłużej.

- Wiem. Chciałbym tobie powiedzieć, że bardzo sobie cenię to, że zechciałaś przyjechać.

- Obiecałam rodzicom, tak więc jestem.

- Lecz czy inaczej zgodziłabyś się na zaproszenie?

- Nie.

- Sama widzisz. Chciałem powiedzieć, iż jednakże doceniam to i dziękuję szczerze.

- Nie ma za co Anthony, chodźmy.

- Tak, tak. Masz rację. Idź. Ja za chwilkę przyjdę.

- Na pewno?

- Tak.

Mary wyszła z pokoju kierując się do biblioteki. Rodzice jednak nie nudzili się. David wraz z Janet starali się jak mogli zająć gości, czym się da. Mary wkroczyła do biblioteki starając się ukryć napięcie i wzruszenie jakie doznała podczas rozmowy z Anthony’m.

- Mary co tak długo? Co się dzieje? Czekamy i czekamy. A tu ani ciebie ani sir Anthony’o.

- Wszystko jest w porządku mamo.

- Co z sir Arnoldem? Jak się trzyma?

- Jest bardzo słaby. Doktor dał mu leki i teraz śpi. To starszy człowiek i bardzo zmęczony.

- A co z Anthony’m? czy i on zaniemógł?

W tym momencie w drzwiach pojawił się Anthony.

- A skąd takie wnioski sir Stefanie? Prawda że sytuacja tu w domu trochę nam się skomplikowała, lecz już jest wszystko pod kontrolą. Prawda panno Mary?

- Naturalnie Anthony.

- Niemniej jestem zmuszony prosić państwa o wybaczenie. Nie tak miała wyglądać gościna państwa w naszej posiadłości.

- Nie ma czego wybaczać. Masz pod upieką schorowanego ojca młody człowieku. Zrozumiałe więc, że czasami trzeba działać natychmiast.

- Dziękuję.

Lady Emma siedziała w fotelu nie mogąc się nadziwić, w jak dojrzały sposób Anthony stara się pełnić obowiązki . Wiedziała, że coś trzeba było uczynić aby się cokolwiek dowiedzieć.

- To bardzo zawiła sprawa. Myślę, że to nie temat na niedzielny wieczór.

- Masz rację młody człowieku…

Sara siedziała chwilę przy komputerze. Ta masa informacji w tym rękopisie niemal ją wyczerpały. Siedziała zastanawiając się, jak ustosunkować się do tego ogromu informacji, zdarzeń, faktów. Co do samej lady Mary Radley nie umiała nic konkretnego powiedzieć, wciąż ją coś zaskakiwało. Raz widział ją jako młodą dziewczynę rozpieszczaną – niemal chimeryczną. Raz, jako dziewczynę zagubioną w zasadach, konwenansach, zależnościach. A raz widziała ją, jako dziewczynę starającą się nie sprzeciwiać rodzicom. Nawet kosztem własnych uczuć, odczuć, samopoczucia, sumienia, czy jakkolwiek to nazwać. Lub raz jako dziewczynę zbuntowaną wciąż buntującą się przeciw wielu przestarzałym aspektom minionych lat – mijającego czasu.

No i ta rodzina de Candberry. To była istna zagadka. Sara czuła, ze to będzie rdzeniem całego zamieszania. Zresztą już co nie co wiedziała o tym, po zaistniałych zdarzeniach tu w posiadłości Garden Hill. I to wtedy obiecała sobie, ze musi się czegoś więcej dowiedzieć o tej rodzinie – ale to w swoim czasie. Jak zwykle ukończony rękopis powędrował do sejfu. Właśnie zakończyła – chyba – najbardziej męczącą pracę. Była iście zmęczona. Natychmiast na biurku zapanował porządek. Dokumenty zostały schowane, bruliony do zapisków skrzętnie poukładane. Lekko uchyliła okna, i chwilę przyglądała się płynącym po niebie siwym chmurom. Starała się głęboko oddychać tak, jakby od tego zależało całe jej istnienie.

W gabinecie Jeffrey’a, jakiś czas wcześniej zjawił się George. Był zakłopotany ale i zaniepokojony. Mężczyzna niepewnie wszedł do środka, jednak widać było, iż nie jest wcale pewien tego, jak ma postąpić. To nie była błaha sprawa. Z jednej strony musiał zdać relację swemu panu z tego, co zaszło przy garażu. Jednak z drugiej strony, chodziło o panicza Thomas’a. a przecież on sam jest tylko tu lokajem. Czy to wypada źle wysławiać się w sprawie panicza? To pytanie męczyło go bez przerwy. Lord de Blackstone właśnie siedział przy biurku, kreśląc jakieś zapisku w brulionie. Lekko unosił głowę w momencie, gdy lokaj właśnie przystanął na środku gabinetu. Dla niego to była chwila największego zwątpienia co do tego, co ma uczynić. Dla jego pana chwila wyczucia, iż wie, że ten tu jest.

- Tak George! Mniemam, iż masz mi coś ważnego do powiedzenia. Inaczej stał byś tu bez słowa. Co ty na to?

- Właśnie o to chodzi sir.

- Czyli?

- Nie wiem, jak to panu powiedzieć?

- Najlepiej od początku. Tak po prostu. Co się dzieje?

Lord de Blackstone uniósł głowę i uważnie spojrzał na lokaja. Od razu widział, że coś nie jest w porządku. Zapisał parę słów na bulionie kończąc podkreśleniem. Odłożył brulion wraz z jakimś dokumentem do teczki, mieszczącej sprawy do załatwienia. Odsunął lekko fotel od biurka i rozsiadł się wygodnie.

- Ok. słucham cię Georg!

- Przyszedłem sir zdać panu relację z tego co się działo przy garażu. Polecił mi pan bym wszystkiego dopilnował.

- Tak! Pamiętam. Zatem co się wydarzyło?

- Proszę mi wybaczyć sire. Nie chciałbym wyjść na aroganta – tu chodzi o panicza Thomas’a.

- Co z nim? Poczekaj, poczekaj. Po kolei. Jak dobrze pamiętam – a pamięć mnie nie myli – sprawa tyczyła się tej panny. Jak jej tam…

- Maggie sir.

- A tak. Maggie. Miała być odwieziona do miasteczka na przystanek. Czy to zostało wykonane?

- Tak sir. Akurat David powrócił z miasteczka, i akurat trafił na ten incydent.

- Incydent? Jaki incydent? Mów jaśniej George!

- Tak, jak pan polecił chciałem zarządzić by ta panna wsiadło do samochodu, i została odwieziona. Jednak panicz Thomas, nie chciał do tego dopuścić.

- Jak to nie chciał? Co zrobił?

- Pomijając fakt, iż ta niesforna panna podpuszczała panicza do tego.

- Do czego? Na miłość Boską! Georg!

- Panicz nie dał sobie wytłumaczyć, iż to było polecenie nie moje, a pana sir. Był bardzo arogancki, by nie powiedzieć…

Tu majordomus zatrzymał się nagle i odchrząknął. Dłonie zaplótł z tyłu chwilę stojąc w ciszy. Lord de Blackstone doskonale wiedział o co chodzi. Już był niegdyś świadkiem wybuchu nieokrzesania Thomas’a. Wstał, obszedł biurko i przysiadł na jego blacie od jego przedniej strony.

- No już dobrze. Wiem o czym mówisz. Uspokój się – proszę. czyli na czym stanęło?

- Nie wiem, jak by się to skończyło gdyby nie Ben – sir. Panicz Thomas chciał siłą dostać kluczyki do swojego samochodu. Ben właśnie kończył czyścić samochód panicza, gdy panicz Thomas zaczął krzyczeć.

- Mów dalej.

- Krzyczał, iż nie mam prawa mu rozkazywać. Krzyczał że Ben natychmiast ma oddać mu kluczyki, bo to jego samochód. Dopiero Ben się postawił – sir. Zamknął samochód i siłą odprowadził tę pannę do samochodu David’a. David od razu odwiózł tą pannę do miasteczka. Panicz Thomas chciał z nią jechać, ale Ben nie pozwolił. Panicz krzyczał, wyzywał na mnie na Bena.

- Przekazałeś paniczowi, iż poleciłem mu przyjść do mego gabinetu? Chciałem z nim porozmawiać.

- A jakże sir. Powiedziałem. Jak również to, iż pan – sir będzie bardzo niezadowolony z faktu, iż panicz lekceważy pana słowa.

- I co?

- W rezultacie panicz wykrzyczał, iż skoro nie pojechał z tą panną do miasta, to i nie pójdzie do gabinetu na rozmowę.

- Czy to wszystko George?

- Tak! Poza tym, że źle się z tym czuję – sir. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Pan mi wydał polecenie, a panicz się sprzeciwił. Jak nie z jednej to z drugiej strony się naraziłem.

- Ty chyba sobie żartujesz George! Jak możesz twierdzić, że w jakikolwiek sposób się naraziłeś?

Obaj byli całkowicie zaskoczeni obecnością lady Sary Forest. Stała w drzwiach i nie miała zbyt przyjaznej miny. Jej brwi były zaostrzone. Widać, że była poirytowana. Weszła do gabinetu.

- Posłuchaj mnie Georg! Nie będę tu się wypowiadała o moim bracie, gdyż to nie jest obecnie sednem sprawy. Niemniej nie możesz stawiać siebie w sytuacji, gdzie czujesz si® zagrożony. Jeśli otrzymałeś polecenie od swego pana, to je wykonujesz. Nie możesz z tego powodu być zagrożony. Czy to rozumiesz?

- Tak lady Saro. Ale…

- Nie ma żadnego ale… nie masz się czego obawiać ze strony panicza Thomas’a. Ja to już załatwię. A co do tej panny Maggie. I to jest moja decyzja w tej chwili, i chciałabym abyś się do tego zastosował.

- Tak.

- W tym domu, w tej posiadłości, ta panna nie ma racji bytu. Już nie raz pokazała swoim postępowaniem, iż nie szanuje niczego i nikogo. Zatem nie ma tu wstępu. Nie interesuje mnie, jak tego dokonasz. Tak ma być. Mam dość wybryków mego brata. Czy to wszystko, co masz do przekazania w tej sprawie?

- Tak lady Saro.

- I jeszcze jedno. Szczerze cię przepraszam za mego brata. Nie miał prawa tak ciebie potraktować. A teraz dziękuję tobie George! Zostaw nas samych – proszę.

- Tak lady Saro.

Mężczyzna skłonił się uprzejmie i wyszedł zamykając za sobą drzwi. lord Jeffrey de Blackstone oparty tyłem o blat biurka, nic się nie odezwał. Nie musiał. Widział, że Sara jest bardzo poruszona całą ta sytuacją. Nie miał na twarzy uśmiechu, lecz bardzo go rozbawiła jej postawa. Co prawda był zaskoczony jej obecnością podczas rozmowy z David’m, jednak nie żałował, iż tak się stało. Odwróciła się po chwili w stronę drzwi, a zaraz spojrzała na niego.

- Miałeś zamiar mi o tym powiedzieć?

- A czym?

- Jeff!

- Posłuchaj Saro. To jest sprawa, którą muszę sam załatwić.

- Nie rozumiem! Jaka sprawa? Jaką sprawę musisz sam załatwić? Chciałabym abyś mi to wyjaśnił.

On nadal tyłem opierał się o blat biurka. Uważnie jej się przyglądał rozważając, jaką podjąć decyzję. Czy nadal kierować sprawą po swojemu, czy też zapoznać ją z problemem. Starał się mieć minę poważną, lecz ślad uśmiechu pojawił się na jego twarzy.

- Chcesz wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi? Chcesz wiedzieć? – proszę bardzo! Jednak uprzedzam – to ci się nie spodoba. Jesteś gotowa – naprawdę?

- Jeffrey’u! czy zamierzasz się ze mną droczyć? Bawi cię to?

- Nie! Wierz mi, że zupełnie mnie to nie bawi. Wolałbym nie zajmować isę tą sprawą, lecz nie widzę innego wyjścia.

- Nadal nic nie rozumiem. Powiedz mi jaśniej, co się wydarzyło?

- Sprawa tyczy się twoich braci, jak i twoich rodziców.

- Czyli?

- Właśnie mówię. Chodzi o twoich rodziców, jak i o twoich braci. Mam z nimi poważny problem.

- Jeff!

- Ok. zatem posłuchaj. Odkąd twoi rodzice założyli firmę, wiele się zmieniło. Stali się biznesmenami.

- To wie, i co z tym?

- Problem w tym, iż – jak widzę – oni nie radzą sobie z tą zmianą.

- Jakieś kłopoty z ich firmą?

- Tu nie chodzi o kłopoty z firmą. Z nią jest – jak mniemam wszystko w porządku. Jednak zajęci biznesem, zupełnie zapomnieli o chłopcach.

- Acha… czyli co masz konkretnie na myśli?

- Mam na myśli ich dalszy rozwój. Mathev idzie dobrą drogą. Wybrał sobie dobry kierunek. Jednak nie ma okrzesania. Jego towarzystwo to - nawet nie wiem, jak ich określić. Natomiast Thomas, to inna sprawa. Jeśli nic się z tym nie zrobi, za moment będzie problem nie do pokonania.

- Zaczynam się zastanawiać Jeff, czy ty masz zamiar mi wreszcie wyjawić, co się dzieje? Czy też, chcesz mnie wykończyć.

- Problem polega na tym, iż twój brat nie może zrozumieć, że nie jest byle kim. Chodzi tu o jego upór względem młodej osoby imieniem Maggie.

- No wiem. Zdążyłam już ją poznać. Z tego co już wiem – to właśnie o nią dzisiaj poszło.

- Otóż to. Po tym co zaprezentowała w dniu grillowania oświadczyłem, iż nie życzę sobie tej osoby tu w tym domu. Jednak, jak się okazuje – dla Thomas’a nic to nie znaczyło. Ja rozumiem. To jego dziewczyna. On uważa, iż się kochają. Jednak – pomijając, iż jej postawa jest nie do przyjęcia – to i ona ma zły wpływ na niego samego. On zaczyna przejawiać agresję, arogancję. Nie mówiąc już o tym, że staje się po woli wulgarny. Z czego ona – jak się dzisiaj okazało – miała niemały ubaw.

- Chcesz powiedzieć, że on ja tu przywiózł?

- Właśnie o tym mówię. Przywiózł ją, ale nie od razu tu do domu. Jak mniemam – byli w parku – choć nie jestem tego pewien. Dopiero David poinformował mnie, że jest nieporozumienie przy garażu. Okazało się, iż twój brat ma zamiar odwieść tę pannę – i to do Londynu – tam gdzie ona mieszka. Nie mam pojęcia, po co on ją tu przywiózł. Jednak dam głowę, że to jej pomysł. Sprzeciwiłem się, i oświadczyłem, by David przypilnował tego, by została odwieziona do miasteczka na przystanek autobusowy.

- I jak rozumiem Thomas się sprzeciwił.

- To mało powiedziane. George otrzymał pomoc od Bena, który właśnie czyścił samochód Thomas’a. Thomas z tego co usłyszałem z relacji George’a, w sposób arogancki potraktował jego i Bena. Właśnie byłaś świadkiem relacji George’a z tego zajścia. Saro! Nie mogę nie zareagować.

- Czemu nie pozostawisz tej sprawy moim rodzicom? Nie sądzisz, ze to oni winni wpłynąć na niego?

- Pewnie masz rację, jednak z wielu powodów – mam poważne wątpliwości.

- Jakie?

- Oni nie mają czasu Saro. To wspaniali ludzie, i nie mam im nic do zarzucenia. Oboje stanęli na wysokości zadania – jeśli chodzi o firmę, interesy, biznes. Jednak zupełnie zapomnieli o synach. Ich rola w tej sprawie, to zjawienie się w domu, przywitanie się z synami, tobą, mną itd. Lecz nic poza tym. Już od dawna nie panują nad nimi.

- Może się mylisz? Może zbyt radykalnie do nich podchodzisz. To w końcu młodzi chłopcy. Sam wiesz, jakie są czasy. To już nie to co było.

- Mylisz się. Jeśliby to chodziło o kogoś innego – obcego, to pewnie przyznałbym tobie rację. Lecz to chodzi o Thomas’a. To syn Steven’a Forest’a. on ma takie samo nazwisko. Nie rozumiesz? On dziedziczy po ojcu tytuł, majątek. A to już nie to samo co wielu obcych.

- Jeff! Ja to rozumiem, ale…

- Dla mnie nie ma żadnego ale Saro. I to jest w tym najgorsze. Ja nie mogę sobie pozwolić na „ale”. Przykro mi Saro. Jeśli twoi rodzice nie podejdą do tego tematu w sposób poważny, i nie wpłyną na twoich braci – ja będę musiał zareagować. I jak mi Bóg miły – zareaguję! Czy jesteś tego świadoma?

Młoda kobieta stojąc na środku gabinetu nagle zamilkła. Zaczęła się poważnie zastanawiać nad tym, co usłyszała. Jednak najbardziej zaniepokoił ją ton Jeffrey’a. Doskonale rozumiała, ze on podchodzi do sprawy z wielką powagą. Obawiała się tego, co miał na myśli ją ostrzegając. Jednak rozległo się pukanie do drzwi w których stał lord de Brams.

- Wybaczcie proszę moje wtargnięcie. Widzę jednak, iż macie ważną rozmowę a ja przeszkadzam.

- Nie przeszkodziłeś Ash – wejdź proszę. oboje z Sarą właśnie zakończyliśmy rozmowę. Prawdę mówiąc, to ja ciebie musze przeprosić. Jesteś moim gościem, a pozostawiam ciebie samego w pokoju.

- Nic się nie stało. Sara miała coś do zrobienia ważnego, a ja postanowiłem trochę odpocząć. Jeffrey’u, to nie moja sprawa, lecz widzę, że macie jakiś problem. Czy coś się stało?

- Jak na razie jeszcze nie. Mamy problem z Thomas’m. jednak myślę, iż da się to w porę rozwiązać. Niebawem w domu będą jego rodzice, i – myślę – że dojdziemy do rozwiązania.

- Chodzi o ten problem przy garażu? Przepraszam, że o tym wspominam. Jednak byłem na przechadzce w parku, i jakoś tak przypadkowo byłem niemal świadkiem zajścia.

- No proszę. To i jeszcze to. Tym bardziej jestem zmuszony ciebie przeprosić. To nie powinno się wydarzyć.

- Ależ nic takiego się nie stało. Po prostu jest tak pięknie na dworze, a park jest tak uroczy. Jednak zachowanie tej panny w parku.

- Jak to? To ty widziałeś tę pannę w parku?

- No tak. Byli tam oboje z Thomas’m. jednak on nie umiał na nią wpłynąć. Już z daleka widziałem, że prosił ją o poszanowanie wszystkiego wokół.

- Jak to poszanowanie wszystkiego Ash?

- Przykro mi to mówić, ale ogrodnik nie będzie zadowolony. Krzewy ucierpiały, a najbardziej fontanna. Aż mnie korciło zwrócić jej uwagę, lecz ja jestem tu gościem Jeffrey’u. nie wypadało mi się wtrącać.

- Mówisz, iż Thomas zwracał jej uwagę?

- Tak. Słyszałem wyraźnie. Prosił ją o odpowiednie zachowanie. Ona jednak wykrzykiwała, że nie ma ochoty na nic zważać.

Sara podeszła do okna. Lord de Blackstone widział, ze jest bardzo poruszona tym, co usłyszała. Nie spodziewała się, że jej brat stał się nieodpowiedzialny. Miałą już dość. Obaj mężczyźni spojrzeli na stojącą do nich tyłem przy oknie Sarę. Obaj rozumieli, że jest jej przykro. Lord de Brams podszedł do niej bliżej.

- Saro, wybacz mi – proszę. Może nie powinienem tego mówić co widziałem w parku. Nie powinienem tam być, ale sam byłem poruszony tym, co się tam działo. Nie wiem skąd u tej panny tyle egoizmu, tyle nienawiści.

- To nie twoja wina Ashton’e. to wina moich rodziców. Oni zupełnie zapomnieli o rodzinie. Sama cieszyłam się, że tak dobrze im idzie w firmie, że dają sobie radę z rozrastającym się biznesem, ale teraz…

- Nie jest źle Saro.

Lord de Blackstone od razu przerwał jej wywód. Wiedział, że coraz bardziej Sara zaczyna siebie również obwiniać o tę sytuację.

- Słuchajcie moi drodzy. Może byśmy przeszli do oranżerii. Napijemy się gorącej czekolady. Co ty na to Saro?

- Dobry pomysł.

- Ashton’e?

- Ja jestem za.

I cała trójka ruszyła w kierunku windy. Przez moment Sara chciała skorzystać ze schodów, jednak w ostatniej chwili zrezygnowała. Na parterze na prośbę Sary, obaj mężczyźni sami skierowali się do oranżerii. Ona sama skręciła w korytarz kuchenny. Zamierzała wydać polecenia co do przygotowania lekkiego posiłku przed obiadem. Mathev był jeszcze poza domem. Gdy wracała z kuchni kierując się do jadalni, usłyszała dźwięk otwieranych drzwi w hallu. Zrobiła parę kroków w tył, i zobaczyła rodziców wchodzących do domu. Uśmiechnęła się i zaraz spoważniała. Vivienne podała lokajowi okrycie. Podeszła do córki w chwili, gdy Steven właśnie zdejmował własne okrycie. Chciała się przywitać z córką, lecz spostrzegła jej zawahanie.

- Saro, czy coś się stało?

- A czemu tak sądzisz?

- Spojrzałam na ciebie, i twoja mina wydała mi się dość dziwna.

- Nic takiego się nie dzieje mamo. A co wy dzisiaj tak wcześnie? Dopiero po dwunastej.

- Dzisiaj okazało się, że mamy luźniejszy dzień. uznaliśmy z ojcem, że nie będziemy niepotrzebnie marnotrawić czasu.

- No i słusznie. Zmęczeni?

- Nie, a czemu pytasz?

- W oranżerii jest Jeffrey z Ashton’m. poleciłam przygotować czekoladę do picia. Dołączycie do nas?

- Bardzo chętnie, tylko się trochę odświeżę. Chciałabym również się przebrać. Nie lubię chodzić po domu w kostiumie. Wiesz, jak to mnie ogranicza.

- No wiem, wiem. A ty tato.

- Ja nie mam nic przeciwko temu, choć bardziej bym się napił piwa niż gorącej czekolady.

- Ok. To ja idę wydać dodatkowe polecenia, w wy idźcie się przebrać, czy odświeżyć. Spotkamy się w oranżerii.

Rodzice ruszyli na schody, a Sara ponownie do kuchni. Po wydaniu uzupełniającego polecenia zjawiła się w oranżerii. Obaj panowie właśnie rozmawiali na temat dalszego pobytu lorda de Brams’a w posiadłości Jeffrey’a. Okazało się, iż lord Ashton de Brams musi skrócić pobyt w posiadłości. Otrzymał telefon od swojej żony Nancy, iż jeden z jego synów jest chory. Nancy prosi go o powrót do domu. Tak więc lord Ashton postanowił jechać do domu już dnia następnego. Lord de Blackstone nie był z tego powodu zadowolony. Sara przysiadła w fotelu przy nich, gdy usłyszała coś o skróceniu pobytu.

- Wybaczcie panowie, że trwało to dość długo. Musiałam wydać polecenia, a i wymieniłem parę słów z rodzicami.

- Już są w domu?

- Tak. Sama się zdziwiłam. Twierdzą jednak, iż nie mają dzisiaj wielu obowiązków w firmie, zatem postanowili jechać do domu.

- To miło. Pytałaś może, czy…

- Tak, naturalnie. Za moment będą tu z nami. Ale, ale. Czy coś słyszałam o skróconym pobycie. Co się dzieje?

- Właśnie mi Ashton oznajmił, że musi wracać. Jego syn jest poważnie chory.

- To fatalnie. Przecież jesteś tu niecały tydzień.

- Tak, wiem Saro. Lecz nie mam na to wpływu. Mimo to również żałuję. No ale to rodzina – rozumiecie. Myślę jednak, iż będzie jeszcze okazja się spotkać.

- Mam nadzieję Ashton’e, mam nadzieję. Inaczej bardzo by mnie to bolało.

- No dobrze już. Póki co, jeszcze nie wyjeżdżam. Przecież mamy cały dzień przed sobą. A tak zmieniając temat, co zamierzasz w sprawie Thomas’a – Jeffrey’u?

- Na pewno będę musiał porozmawiać o tym z jego rodzicami. Trzeba będzie coś zmienić w ich sposobie życia, bo tu leży początek problemu. Następną sprawą jest wyperswadowanie chłopakowi znajomości z tą dziwną panną.

Jak tylko lord Jeffrey wypowiedział te słowa, do oranżerii weszli Vivienne ze Steven’m. Przywitali się z rozmawiającymi. Steven myśląc, iż jego żona usiądzie w najbliższym fotelu stanął obok. jednak ona wykonała gest dłonią i sam usiadł. Vivienne jak zwykle podeszła do wielkich donic przy ścianach, jak i do podłużnych basenów z kwiatami. Sprawdziła wilgotność gleby. Lekko pokiwała głową – jakby coś kontemplowała. Po czym odwróciła się do siedzących nieopodal osób.

- Widzę, że te rośliby wymagają większej kontroli. One mają niemal sucho.

- Myślę, że da się to zmienić.

- Tak? Co masz na myśli?

Kobieta podeszła do fotela obok męża i z wolna usiadła. Skierowała te słowa do Jeffrey’a, przy czym uroczo się uśmiechnęła. Zupełnie wyluzowana czuła się jak królowa na swoim miejscu.

- Twoją większą kontrolę nad tymi istotami. Przecież one zależą od ciebie moja droga.

- Ach wiem ale tak mam mało czasu. Ostatnio tyle się dzieje.

- Właśnie tyle się dzieje Vivienne. Właśnie chciałby z wami porozmawiać na ten temat. I mówiąc szczerze, jeśli coś się nie zmieni w tej kwestii, będziemy mieli problem.

- Czyli coś się stało – wiedziałam. Już pytałam o to Sarę. Miała niewyraźną minę. O co chodzi Jeffrey’u?

Sara wygodnie rozsiadła się we własnym fotelu, tuż przy Jeffrey’u – między nim a lordem de Brams’m. wiedziała, że jest problem, i była gotowa w każdej chwili go poprzeć. Lord de Blackstone już miał zacząć, gdy do oranżerii weszły pokojówki wnosząc tace z napojami i gorącą czekoladą. Steven naturalnie otrzymał piwo o które wcześniej prosił. Pokojówki wyszły.

- Już jakiś czas minął odkąd ty Steven’e, jak i ty Vivienne zamieszkaliście tu w tej posiadłości. Dumny jestem z tego, że w tak składny sposób udało się wam stworzyć własną firmę. Chciałbym od was usłyszeć, na jakim poziomie ona obecnie działa. Jak oceniacie tę pracę?

Oboje spojrzeli na siebie z niemałym zdziwieniem. Nie spodziewali się, że padnie pytanie o ich pracę, gdy właśnie wrócili do domu. I to z tego powodu oboje bardzo uważnie spojrzeli na Jeffrey’a.

- A o co konkretnie pytasz? Na to pytanie które zadałeś nie ma prostej odpowiedzi.

- Wręcz przeciwnie. Na to pytanie jest prosta odpowiedź. Od dłuższego czasu was oboje obserwuje. Nie wtrącałem się w wasze sprawy biznesu gdyż uznałem, iż ten biznes to wasz biznes. Lecz chyba mam prawo zapytać – przepraszam was za takie sformułowanie – lecz w prostej linii chciałbym wiedzieć. Wasza firma – tak naprawdę jest składowa dwóch firm. Za jedną odpowiadasz ty Steven’e, a za drugą ty Vivienne. Zatem…

- Ok.

Steven Forest jako pierwszy postanowił zająć głoś w tej sprawie, choć wciąż dziwiło go zadane pytanie.

- Firma obecnie działa na pełnych obrotach. Co prawda wiele zmieniło się jeśli chodzi o kadrę ludzi. Mówiąc szczerze, trochę się zmieniło w ich szeregach. Lecz nie mogę narzekać. Dobór pracowników, jak i ich kompetencje robią wielkie wrażenie, i przynoszą efekty. Co do zawartych umów mamy dość duże zróżnicowanie. Jednak te, które są już zawarte, są w trakcie opracowania. Mamy parę dość ciężkich umów, które wymagają ogromnej uwagi, jak i wnikliwości. Jednak dzięki pracy działów Vivienne, mamy to ułatwione. Nie musimy zajmować się w finalizowaniu tych umów aspektami, które mogłyby spowalniać nasze działania.

- A co z finansami, i działem prawnym?

To pytanie padło ze strony Jeffrey’a w stronę Vivienne. Nieco się spięła, wyprostowała – lecz po chwili, widząc spokojną uśmiechniętą twarz lorda de Blackstone – wyluzowała się.

- Jeśli chodzi o budżet całościowy firmy to została ona już spłacona. Kredyty zaciągnięte na jej powstanie, są już zamknięte. Obecnie całe finansowanie zadań, pokrywane jest z subwencji własnych. Firma ma dość duży kapitał – by nie rzec pokaźny. Kwota finalna wciąż się zwielokrotnia, gdyż spływają transakcje z wielu już sfinalizowanych umów. Tak więc można rzec, iż firma kwitnie Jeff.

- Czyli spokojnie można wysnuć stwierdzenie, iż obecnie nie ma ryzyka – jeśli chodzi o nią?

- Nie. W żadnym wypadku. Profil firmy jest ujednolicony, i nie powtarzalny. Mimo istnienia wielu firm tego typu - nasza jest jedyną firmą charakteryzującą się w połączeniu nauki, profesjonalizmu, znajomości tematu – a później na finanse. Nasi klienci cenią sobie elastyczność, jaką wprowadziliśmy w kwestiach finansowych.

- Interesuje mnie zatem, dlaczego wciąż oboje tyle czasu spędzacie w firmie – miast zajmować się rodziną?

- Jak to? Nie rozumiem.

Kobieta była zaskoczona takim pytaniem. Steven siedział spokojnie w fotelu i sączył piwo. Wyglądało na to, iż po trosze rozumie intencje Jeffrey’a. Sam uważał, iż bytność ich w firmie, można by o wiele skrócić. Niemniej nic się nie odzywał, choć żona wzrokiem zadawała mu pytanie: dlaczego?

- Wybacz Vivienne. Widzę że jesteś zaskoczona moim pytaniem. Jednak mam poważne powody twierdzić, że odnosząc wiele sukcesów w sferze biznesu – oboje obniżyliście loty w sferze rodziny.

- Czyli coś się dzieje? Saro?

Kobieta zaczynała wyjawiać oznaki zaniepokojenia. Steven również wyprostował się, okazując teraz większe zainteresowanie.

- Pozwólcie że wyjaśnię. Wyjaśniałem to już Sarze i myślę, że rozumiejąc problem podziela moje zdanie. Powiem to również wam. Zwarzywszy na naszą rodzinę na pochodzenie, majątek, zabezpieczone finanse – nie mogę pozwolić na to, by jakikolwiek aspekt życia tej rodziny został pominięty i zaniedbany. Nie ma co ukrywać. Nie jesteśmy – jakby to rzec – zwykłymi ludźmi. W każdym z was pokładam wielkie nadzieje, jak i wielkie wymagania. Jednak nie po to by uprzykrzyć każdemu z was życie. Czynię to po to byście umieli w spokoju mądrze korzystać z tego co macie. Jednak moim zadaniem jest nie dopuścić, by zaistniała tu jakakolwiek strata. Mówiąc o zaniedbaniach w aspekcie rodziny sądzę, że zbyt mało poświęcacie czasu chłopcom. Weźmy ciebie Steven’e. Kiedy ostatni raz spędziłeś z chłopcami czas. Jazdę konną, ćwiczenia, spacery?

- No… mówiąc szczerze….

- No właśnie. A ty Vivienne. Czy orientujesz się co w szkole u Mathev? Thomas’a. Jak ich sprawy osobiste?

- Ależ oni są już prawie dorośli Jeff! To już nie są dzieci.

Kobieta oświadczyła to w tak pewny sposób, że Sara od razu spoważniała. Lord Jeffrey de Blackstone nie umiał już zabawniej miny. Spoglądał na nią bardzo skupionym wzrokiem. Vivienne uśmiechając się spojrzała na męża, po czym na Jeffrey’a.

- Zatem pozwól, że tobie wyjaśnię moja droga. Ani jeden ani drugi – tak naprawdę – nie są dorosłymi ludźmi. Bardziej grają ludzi dorosłych, niż nimi są w istocie. Mathev to dorastający młody człowiek. Uczy się w wyższej uczelni bankowości i biznesu. Poszerzył swój kierunek o handel nieruchomościami. Ale czy ty wiesz z jakim wynikiem? Jakie ma noty? Jak spędza czas po zajęciach? Otóż co do not i osiągnięć – jest uczniem celującym. Wiedzieliście o tym oboje? Z posiadanych przeze mnie informacji jest jedynym z bardziej cenionych absolwentów. Jednak jest jedno ale. Mathev jest zbyt szorstki. Wyjawia cechy egoisty – jest gruboskórny. Dyrektor uczelni przekazał mi jego charakterystykę psychologiczną. Dzieli się w niej własnymi wątpliwościami, iż mimo celujących ocen, może on być zdyskwalifikowany waśnie przez swoje cechy charakteru. Mogę przytoczyć jedynie niektóre z określeń z tego dokumentu. Oschły, szorstki z przejawami agresji i braku cierpliwości. Czy uważacie, iż to są cechy inteligentnej osoby?

Nikt przez dłuższą chwilę się nie odzywał. Cisza stała się dość krępująca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz