Tom II – część 43
Nikt nie chciał wypowiedzieć najmniejszego słowa. Cała grupa weszła do hallu w całkowitej ciszy. Dopiero gdy lord Ashton de Brams pojawił się na schodach, nastąpiło lekkie ożywienie. Jeffrey od razu doszedł do Przyjaciela.
- Ashton’e wybacz, że zostawiliśmy cię samego w domu. Sam widzisz jaka sytuacja.
- Nic się nie stało. Powiesz mi jaka jest sytuacja ze Steven’m?
- Reasumując ma poważne kłopoty z sercem. Lecz jak by było tego mało zapadł w śpiączkę.
- Co ty mówisz. Aż tak poważnie?
- Najważniejsze, że jest w szpitalu. Tam ma wszystko co potrzeba, lecz dajmy temu spokój. Co masz w planie? Do kolacji mamy trochę czasu, zatem może razem posiedzimy. Zaraz polecę coś do picia i jakiś deser.
- Nie Jeff, nie trzeba. Przez ten czas gdy byliście poza domem, miałem czas na spakowanie się.
- Jak to na spakowanie. Już wyjeżdżasz?
- Non przecież rozmawialiśmy o tym.
- No tak – zapomniałem Ash. Zatem David odwiezie cię na lotnisko.
- Nie trzeba Jeffrey’u. Już zamówiłem taksówkę. Nie chciałem robić dodatkowego kłopotu.
Panowie pożegnali się. Lord de Blackstone nie miał siły nalegać, by lord de Brams – jego jedyny Przyjaciel jeszcze pozostał. George natychmiast otworzył drzwi, jak tylko sygnał taksówki rozległ się przy wejściu głównym. Wyniesiono walizki lorda de Brams’a, i Jeffrey odprowadził gościa do taksówki.
- Ashton’e, przykro mi że tak to wypadło. Nie powinienem ciebie zostawiać w taki sposób.
- Nic się nie martw. Będziemy w kontakcie. Najważniejsze, że tu w miarę wszystko w porządku. Mam nadzieję, że Steven szybko się wybudzi. Daj mi znać, jak coś się wydarzy.
- Ok. trzymaj się ciepło. Zadzwoń proszę jak będziesz na miejscu. i ucałuj Nancy.
- Nie omieszkam. Dziękuję Jeff. Do zobaczenia zatem.
Samochód ruszył. Gdy lord de Blackstone wrócił do hallu, nikogo w nim nie było. Sara odprowadziła matkę do jej pokoju. ruszył na schody, i nagle miast wejść na własne piętro skręcił w korytarz na pierwszym piętrze. Usłyszał jakieś stuki w pokoju chłopców. Gdy wszedł, pokój był niemal wysprzątany. Mathev siedział w fotelu w milczeniu wpatrując się w ścianę. Sara jednak wróciła do swoich pokoi. Nie mogła znaleźć sobie miejsca, zatem popijając gorącą herbatę, wzięła się za następny z rękopisów. Chciała zdystansować się do wydarzeń tego dnia. Wyciągnęła z sejfu rękopis z numerem trzynastym. Chwilę postała przy sejfie trzymając go w dłoni.
Zastanawiała się, czy wziąć się za opracowywanie, czy też wrócić do reszty rodziny. Jednak czuła się ogromnie zmęczona tym całym zamieszaniem w domu. W końcu zasiadła w fotelu, włączyła komputer i rozłożyła rękopis. Chwilę się przyglądała pierwszym liniom pierwszej strony. Od razu rozpoznała dalszy ciąg zdarzeń, i tak z wolna przeniosła się w dzieje z przeszłości.
Przeszłość / rozdział 13.
Mary Radley coraz to bardziej była znudzona pobytem w Stanford. Naturalnie doszła do wniosku, iż posiadłość Roseland Hill była niezwykłą posiadłością. Ta nieszczęsna wizyta w tym domu nie wiele jej dała. Nostalgia tego miejsca coraz bardziej wychodziła jej bokiem. Tu się nic nie działo. Było mnóstwo pokoi, które w większości były puste. Meble pozasłaniane białymi płachtami stanowiły nieodzowny element wystroju wielu pomieszczeń. Stworzyło to atmosferę bardziej przygnębienia niż zachwytu. Nawet odczuwała podziw dla tego młodego de Candberry. Mimo że zamieszkiwał w tak wielkim domu tylko z ojcem i służbą, nie miał szans na jakiekolwiek rozrywki.
Coraz bardziej zaczęła wyrabiać sobie zdanie, iż takie odosobnione posiadłości muszą być niejako utrapieniem dla ich właścicieli. Pomyślała sobie, że być może w takich przypadkach jak ten, nawet wieści z za murów, z miasteczek, czy hrabstw – tu nie docierają. Chwilami widziała w tym i zabawną stronę. To niemal jak mieszkać na innej planecie. Mary Radley ponownie się myliła. Nie sądziła, iż to co się dowie za sprawą przypadku – naturalnie – porazi ją zupełnie. Okazało się, że i owszem – informacje dochodzą tu mimo tak sążnistych murów. A to za sprawą pracującej tu służby, która w jakiejś tam części zamieszkiwania poza posiadłością. Tak było i teraz.
Wiadomość o tragedii, jaka się wydarzyła – jak się później dowiedziała – wstrząsnęła całą okolicą. Dotarła i tutaj do hrabstwa w którym panna Radley przebywała wraz z rodzicami. Wszyscy byliśmy po śniadaniu, gdy w majątku Roseland Hill służba zaczęła szemrać. Mary Radley z początku sobie z tego nic nie robiła, choć słyszała urwane zdania o zbrodni, popełnionej niedaleko – parę mil stąd. Służący który podawał nam kawę, był tak roztrzęsiony, że ręce wyraźnie mu drżały.
- Davidzie, czy nie możesz uważać bardziej?
Młody pan domu zwrócił uwagę lokajowi, gdy ten już miał lać kawę miast do filiżanki - na obrus.
- Davidzie!
Tym razem lord de Candberry niemal wrzasnął. Głos jego odbił się od ścian salonu, aż Mary Radley oraz jej matka lady Emma Radley podskoczyły z zaskoczenia.
- Co się z tobą dzieje?
- Nic sir, nic. Po prostu straszne wieści kłują w serce jak igły.
Anthony bacznie przyjrzał się służącemu. Miał go już zbesztać, gdy pannę Radley to zaciekawiło. Zatem zapytała bezwiednie.
- Wieści? Dobry Boże! Jakie wieści potrafią wytrącić z równowagi tak mocarnego mężczyznę, jak ty David’e.
- Straszne wieści pani.
- Powiesz mi jakie?
Prawdę mówiąc Mary Radley dociekała z czystej próżności. Nie chciał słuchać złych informacji. Pijąc kawę wciąż zajęta byłą własnymi myślami. Nie przykładała specjalnej wagi do plotek. Cóż mogło być tak wstrząsającego w ustach służącego.
- Jeśli pan mój pozwoli to powiem.
Panna Radley była zdumiona takim stanowiskiem. Nie chciał osądzać nikogo, ani wyciągać pochopnych wniosków, lecz to zakrawało na bezwarunkową lojalność. Nie chciała dociekać skąd owa lojalność płynie. David wpatrywał się badawczo w swego pana lorda de Candberry, póki ten nie dał przychylnego znaku. Przez ten czas milczał jak niemy.
- Słuchamy więc David’e.
- Parę mil stąd w hrabstwie…
Zaczął szukać w pamięci nazwy hrabstwa. Nie wiedział, jak ono się nazywa.
- Tam gdzie piszą gazetę.
- Hebshire?
- Tak panie! Właśnie tam. Znaleziono zwłoki młodego mężczyzny – Hampton’a.
Lord de Candberry spojrzał i pokiwał twierdząco głową.
- Nie znam. Któż to taki?
- Mówią, że to dziennikarz sir z lokalnej gazety. Ludzie gadają, że został zamordowany!
Mary Radley właśnie piła kawę gdy te słowa do niej dotarły. Nie słyszała jednak nazwiska. Mimo że był to pierwszy przypadek morderstwa w tej okolicy.
- Skąd wiadomo, że został zamordowany David’e?
Od razu zapytał lord de Candberry z miną tak zadziwioną, jakby to było coś niezwykłego. W jego środowisku nie było do pomyślenia, że coś takiego mogłoby mieć miejsce. Panna Radley piła kawę i wędrowała myślami daleko stąd.
- Panie! Gadają że już raz był napadnięty we własnym domu. Jedynie służba przepłoszyła napastników, gdy dochodził do zdrowia. Wyszedł pierwszy raz na spacer team, gdzie płynie potok. To właśnie tam go napadli, skatowali go na śmierć.
- To straszne! Niebywałe!
Mary Radley spojrzała na matkę. Wciąż zamyślona uchwyciła jej wyraz twarzy. Matka była niezwykle poruszona. Z tego to powodu panna Radley zaczęła się bardziej interesować tym, o czym opowiada lokaj. Lady Emma Radley zasłuchana była w pytania lorda de Candberry, i nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Dla niej nie było do pomyślenia, że to wszystko działo się w jej hrabstwie.
- Złapano sprawców?
- Nie panie. Właśnie ich szukają. Lecz ludziska mówią, że nie ma żadnych śladów.
- Mówisz że jak się nazywał?
Wreszcie i lady Emma Radley zapytała kierowana nieodpartą ciekawością. Mary również zaczęło to coraz bardziej interesować. Dziwiła się jedynie, że jej matka pyta lokaja. To do niej nie podobne.
- Hampton. Stanley Hampton.
- Mary! Czy ten młody człowiek to nie ten, który dzwonił do ciebie?
Jak lady Emma Radley go spytała, tak od razu zbladła. Do niej pierwszej dotarło, że ten młody człowiek to nikt inny tylko mój kolega. W tym momencie trzymałam filiżankę, i dopijałam kawę. I gdy Mary Radley usłyszała odpowiedź lokaja – co do imienia i nazwiska – została wyrwana z zamyślenia. Jej matka i reszta towarzystwa z trwogą patrzyli, jak krew uderza do głowy dziewczyny. Ręce zaczęły jej drżeć tak mocno, że filiżanka wypadła jej z dłoni. Z trzaskiem roztrzaskała się na drewnianej mozaice podłogi. To były sekundy. Wyraz twarzy panny Radley zmieniał się błyskawicznie. Wpatrywała się w siedzących obok ludzi, którzy byli przerażeni – choć czymś innym niż ja sama.
- Boże! Co tobie jest Mary?
Lady Radley zaniepokojona, niemal krzyknęła. Widziała o co chodzi. Mimo to jakoś chciała wyprowadzić córkę z tego stanu. Mary doskonale rozpoznawała starania matki w tym względzie. No i dotarło do niej. Ręce jej opadły na kolana. Nie panując nad zdenerwowaniem, zerwała się na równe nogi, po czym osunęła się na siedzenie – zemdlała. Lord Anthony de Candberry zerwał się pierwszy, i pochwycił jej osuwające się ciało. Uniósł ją na rękach chcąc wynieść ją z pokoju. Lady Radley przekazała była niemal zaskoczona postawą pana domu. Był zdecydowany, pewny siebie, stanowczy.
- Davidzie drzwi!
Lokaj podbiegł żwawo do drzwi otwierając je szeroko. Lord de Candberry z panną Radley na rękach, pośpiesznie skierował się do apartamentu, który dla niej był przygotowany.
- Davidzie apteczka – szybko!
Po chwili już trzymał w dłoni sole trzeźwiące. Przysuwał je delikatnie do jej nosa. Do pokoju Mary Radley po chwili wpadli jej rodzice.
- Dziecko! Kochanie. Mój Boże! Dziecko.
Lady Emma Radley starała się stale być przy córce. Wciąż dopytywała się rozdygotanym głosem o stan samopoczucia córki. Dopiero pod wpływem soli trzeźwiących, odrzucając głowę w bok – Mary przychodziła do siebie.
- Stanley! Stanley! Chryste!
Mary Radley płacząc powtarzała – niemal jak mantrę – imię kolegi z redakcji. Nie mogła zrozumieć dlaczego tak spokojny człowiek, został tak okrutnie potraktowany. I w tej chwili przypomniała sobie jego słowa, gdy ją przestrzegał w czasie, gdy przekazywał jej zdobyczną paczkę. Tę, którą wszyscy tak nerwowo szukali.
- Teczka! To przez to…
I zaczęła szlochać bez opamiętania. Matka siedziała przy niej trzymając ją za rękę. Stale delikatnie poklepując córkę po dłoni. Panna Radley już wtedy wiedziała. doskonale wiedziała dlaczego tak się stało, dlaczego tak się na niego uwzięli. Chodziło im o teczkę. To ona była dla nich zagrożeniem, a przez jej kradzież – zagrożeniem stał się Stanley.
- Jaka teczka Mary? O co chodzi z tą teczkę?
Lord Stefan Radley – ojciec Mary, siedząc na brzegu posłania, dopytywał się wzrokiem – również poważnie zaniepokojony. Stan emocjonalny jego córki zmieniał się ze skrajności w skrajność. Sama doskonale o tym wiedziała. Myślała że zwariuje. Ze szlochu – w bezwiednie rzucane słowa sama do siebie – po samo zdziwienie. Usilnie próbowała sama się uspokoić za wszelką cenę. Być może właśnie to jej było w tym konkretnym czasie potrzebne. Czuła się, jak zdradzona idiotka – istniejąca nie w tym miejscu, nie w tym czasie. A by było ciekawiej – czuła, że to wszystko to z jej winy. Uświadomiła sobie nagle, iż gdyby z nim była, być może do tego by nie doszło. Być może nie ośmieliliby się cokolwiek robić.
- Teczka? Jaka teczka?
Doskonale wiedziała, że niepotrzebnie chlapnęła coś w temacie teczki. Zawsze była impulsywna, ale że do tego stopnia. Znowu zrobiła z siebie idiotkę. I w tym momencie ponownie zaczęła szlochać. Jej wzrok stał się zimny i pusty. Wpatrywała się we wszystkich tak, jakby byli przeźroczyści. Jakby przyglądała się czemuś za nimi. Nikt jej wtedy nie obchodził. Widziała jedynie Stanley’a, jego cierpienie, jego ból i oczy. Była tam. Wiedziała, jak wyglądał gdy go znalazła w deszczu i błocie. Co za barbarzyństwo. Miała w głowie istny huragan.
- Zostawmy ją niech wypocznie. Przyślę do niej pokojówkę. Obiad również powinna zjeść w swoim pokoju. teraz musi się przespać. Sen jest najlepszym lekarstwem w takich sytuacjach.
Mary czuła, jak osłabienie bierze ją w swoje objęcia. Zasypała w posłaniu suto zdobionej koronkami pościeli. Adamaszkowe hafty były, jak połyskujące wysepki na śnieżnej bieli delikatnej materii. Nawet nie spostrzegła, gdy odpłynęła w sen. Rodzice wraz z lordem Anthony’m de Candberry, wyszli cicho z pokoju. pozostawili zapalone kandelabry. Roztaczały one blask od wezgłowia łóżka. Okna były zasłonięte gdyż promienie słońca nieznośnie wdzierały się do wnętrza pokoju. ciepły blask z kominka, roztaczał nastrój spokoju. Płomienie dopełniały efektu przytulności i ciepła. Przez chwilę rozkoszowała się tym widokiem, jak również tym, że sobie poszli – wszyscy.
Usilnie uczepiła się myśli, iż wszyscy przeszli przez korytarz, i po schodach zeszli do salonu. Tam pewnie również rozpalono w kominku. Mary starała się rozbudować myśli w tym kierunku, ale nic to nie dało. Pogoda ulegała zmianie. Ściemniało się. Słońce skryło się za nadpływającymi chmurami. One skutecznie wyłapywały jego promienie. Poszarzało, i blask ognia brał górę nad światłem dziennym. Lady Radley później opowiedziała córce, jak to w trójkę zeszli na dół. Opisała jej, że sytuacja stała się nie do zniesienia. Lord Stefan Radley zasiadł w fotelu w całkowitym milczeniu. Lord de Candberry siedział zamyślony. Na domiar wszystkiego lady Emma Radley, zauważyła jego dziwne zachowanie.
Tak to określiła. Zdawał się uważnie wszystko wkoło obserwować. Mówiła córce, iż poczuła się dziwnie – jak złodziej w obcym domu. Narzekała, że miotała się po salonie, szeleszcząc swą suknią, co niezmiernie denerwowało ojca. Lecz nie mogła się uspokoić, a on tego nie rozumiał.
- Moja droga, usiądź wreszcie. Nie mogę ogarnąć własnym myśli!
- Co teraz będzie? To straszne! To straszne!
Lady Emma chodząc, to siadając na sofie w kółko powtarzała te same zwroty. Młody dziedzic przyglądał się im, i z wielkim opanowaniem wtrącił:
- Tak naprawdę to cóż się stało? Przecież Mary jest bezpieczna. Nie ma się czego denerwować. Proszę się uspokoić. Zaraz podadzą obiad.
- Wybaczcie państwo. Pewnie chcielibyście się odświeżyć. Apartament dla państwa jest do państwa dyspozycji, bardzo proszę. jeśli będą państwo czegoś potrzebowali, pokojówka wypełni każde polecenie!
- Oczywiście. Dziękujemy. Jednak jeśli pozwolisz sir, ja w pierwszej kolejności udam się do córki, a ty sir zechciej towarzyszyć memu mężowi.
- Naturalnie droga pani.
Lady Radley uznała, iż propozycja pana domu była dla niej zbawienna. Nie chciała być obserwowana, jak jakiś eksponat. Młody gospodarz skinął głową na znak zgody. Lady Emma Radley wyszła z pokoju szybko i zręcznie. Ponownie zostali sami i mogli spokojnie porozmawiać. Choć nie bardzo wiedzieli, kto ma tę rozmowę zacząć.
- Drogi panie. Mówisz, że zostaliście tu sami?
- Tak! Poza mną, ojcem i służbą nie ma tu żywej duszy.
- To wielki dom. Czy nie uważasz, że powinna w nim zawitać damska ręka? Wszak to by rozładowało cisze w tym wielkim majątku. nie sądzisz mój drogi?
- Cóż masz sir na myśli?
- No cóż. Kobieta potrafi wprowadzić zamieszanie wszędzie tam, gdzie tylko się znajdzie. A to przyjęcia, to bale, to zakupy. Jednak to właśnie kobieta wprowadza życie w domu.
- Tak, lecz czemu uważasz sir, że to stanowiłoby zamieszanie, bo czasami trudno znieść ich fanaberie.
Uśmiechając się lord Stefan Radley wstał, rozejrzał się po salonie. Wzrok jego przyciągnął portret lady Mary.
- Piękna kobieta. Wygląda na energiczną osobę.
- Tak w rzeczy samej sir.
- Aż dziw, że tak szybko opuściła twego ojca.
Lord Anthony de Candberry zmarszczył brwi badawczo i odrzekł.
- No cóż, tak było jej pisane.
- A czy chorowała? Przecież tak bez powodu się nie umiera. I to tak daleko od domu.
- Nie znam szczegółów. Z opowieści ojca wnioskuję, że miała jakieś dolegliwości. Tłumaczyła to chwilową niedyspozycją.
Syn lady Mary Steffany niechęcią prowadził ten temat.
W między czasie.
Lady Emma weszła do pokoju córki. Zastała ją siedzącą przy oknie. Podeszła do niej. Położyła dłoń na jej ramieniu. Mary nagle wzdrygnęła się. Jakiś dreszcz przeszył ją na wylot. Spojrzała na matkę. Emma poczuła dotkliwy chłód. Wzrok dziewczyny nie wyrażał nic, poza wielkim żalem i rozpaczą. Patrzyła na swoją matkę jakby jej w ogóle nie widząc. Matka chwilę postała nic nie mówiąc. Wyczuwała jak wielką rozpacz u córki, wywołała ta wielka tragedia. Uzmysłowiła sobie teraz, iż jej córkę, jak i tego młodego mężczyznę musiała łączyć wielka Przyjaźń.
- Tak mi przykro moje dziecko. Tak mi przykro.
- Wiem mamo, ale to takie niesprawiedliwe. To ja mam tę przesyłkę, on jej nie miał.
- Mówiłam tobie, że to przyniesie wiele nieszczęść. Pewnie i ona też przypłaciła za to życiem. Teraz twój Przyjaciel – sama widzisz. Kto teraz będzie następny moje dziecko – strach pomyśleć. Choć zejdziemy do salonu. Czujesz się już lepiej?
- Wybacz mi mamo. Zrobiło mi się trochę chłodno. Zdaje się że zostawiłam w bibliotece szal.
- Jak chcesz, sama po niego pójdę. Ty jesteś osłabiona.
- Nie, dziękuję. Nie ma takiej potrzeby. Za chwilę w salonie do was dołączę. Wiem gdzie jest biblioteka mamo. Ale dziękuję.
Dziewczyna zdawała się być jakaś nieobecna. Emma zauważyła to, i coraz bardziej była zaniepokojona. Jednak przystała na prośbę córki. Wyszła z pokoju, kierując się do salonu. Ona zaś wstała, i wolno ruszyła w przeciwną stronę do biblioteki. Weszła, zamykając drzwi. przystanęła na moment na środku pokoju. Zastanowiła się patrząc na zamknięte skrzydła, wspaniale zdobione płaskorzeźbą. Prawdę mówiąc nie wiedziała, dlaczego je zamknęła. Przecież tylko przyszła po szal. Ten leżał na fotelu w którym uprzednio siedziała. Miała go wziąć i wyjść. Jakaś siła kazała jej zamknąć drzwi. ruszyła w stronę fotela i wzięła szal, gdy w tej samej chwili wzrok padł na biurko. Leżał na nim pakiet dokumentów.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie karmazynowo złoty kolor na jednym z nich. Z wolna doń podeszła. Dłonie szybko pochwyciły dokument. Był na nim ten sam herb, i te same napisy, co na dokumentach, które ona posiadała. Nagle poczuła w pokoju delikatny powiew. Nikogo nie było. Okna były pozamykane. A jednak wyraźnie to czuła. Miast wyjść – czuła, że musi usiąść na krześle. Czuła się dziwnie spokojna, lecz odczuwała też niepokój. Walczyła z tym doznaniem, a jednak wciąż wpatrzona była w krzesło przy biurku. Chciała wyjść. Wiedziała o tym, a jednak usiadła na krześle.
Wzięła list i zaczęła czytać, zapominając o całym świecie. Jedna dłoń trzymała białą kartę zapisaną pięknym charakterem pisma. Podczas gdy druga spoczęła na blacie biurka. Był to list pisany ręką lady mary Steffany de Candberry – do lorda de Berg’a. Nie miała pojęcia kto to taki? Fakty w nim podane były szokujące. Czytała szybko łykając zdania, kładąc dłoń na pożółkłych dokumentach. Czytając poczuła dotyk dłoni na własnej. Tak jakby ktoś położył swoją dłoń na jej dłoni. Przerażona poczuła nagle dziwny spokój. Uniosła głowę znad stronicy listu, i ujrzała postać kobiety w wspaniałej lejącej się sukni. Na własnej dłoni widział jej dłoń, z pięknym pierścieniem. Jednak nie mogła się ruszyć. Zarazem wciąż była spokojna.
- Wiedziałam że przybędziesz moje dziecko.
- Wiedziałaś pani? Kim pani jest?
- Myślę że doskonale wiesz.
- Lady de Candberry? Pani…
- Nie żyję?
- Tak twierdzą wszyscy w tym domu. Ja jednak…
- Nie wierzysz?
- To wszystko jest takie zagmatwane. Ten dom, bractwo, Stanley, Anthony.
- Wiem, lecz to pozory. Musisz mi pomóc.
- Ja w czym? Co ja mogę zrobić?
- Już zrobiłaś. Jesteś tu. Masz przesyłkę którą ja poleciłam nadać.
- Ja, ależ…
- Masz ją moje dziecko. Wiesz już to co powinnaś wiedzieć.
Dziewczyna jednak zerwała się z krzesła. Ruszyła szybko w stronę drzwi. postać lady de Candberry stanęła między nią a drzwiami. Mary odskoczyła. Chcąc ją wyminąć łukiem potknęła się. Dłoń lady Mary de Candberry pochwyciła jej dłoń, i dziewczynie udało się uniknąć upadku.
- Czemu się bronisz?
- Proszę mnie zostawić w spokoju!
- Nie mogę. Ja nic nie wiem! Jestem obca! Tam czekają na mnie rodzice i…
- Anthony. Tak wiem, lecz ty nie jesteś…
- Mary!
W pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Panna Radley była zdezorientowana, przerażona a zarazem zszokowana.
- Weź ten dokument i schowaj go dokładnie. To dowód, że ja…
- Jaki dokument? Nie chcę!
Spojrzała jednak na dywan. U jej stup leżał rulon. Pochwyciła go i schowała pod szal.
- Mary! Co tam się dzieje u diabła? Czemu drzwi są zamknięte?
Nagle dziewczynie zrobiło się słabo. Osunęła się na dywan. Dłonie zacisnęły się na piersi, i świadomość gdzieś uniosła ją poza pokój – poza posiadłość w miejsca, których nie znała. Nie wiedziała gdzie jest. Był to jakiś port. Tak to wyglądało. Domy były obskurne i stare. Widać było, że tu była wielka nędza. Nagle poczuła swąd starych cygar. Widziała jakiegoś starego człowieka. Nosił gruby pas z ćwiekami do którego przytroczony był medalion. Widziała to wyraźnie. To był medalion na którym były insygnia. Starała się dostrzec co to takiego? Lecz znów była gdzie indziej. Była na ulicy bardzo starej, wąskiej, mokrej. Zewsząd czuć było odór brudu, wilgoci i smród ryb. Idąc tą ulicą, kątem oka widziała wiszący szyld. Był stary i odrapany. Wykonany był z drzewa i metalu. Było na nim coś w rodzaju ryby i kotwicy. Dokładnie to widziała. Nagle z otwartych drzwi wypadł jakiś pijany człowiek i chwycił ją za ramię. Szarpała się. Broniła się jak mogła. Ten nie puszczał. Czuła dziwny smród – ostry – nie do zniesienia. On coś do niej krzyczał.
- Dziewczyno! Mary!
- Zostaw mnie! Zostaw mnie w spokoju! Ja nie chcę!
- Mary! To ja Anthony. Co ci jest? Co się stało?
- Ja… ja nie chcę! Ja nie…
I ponownie zemdlała. Lord de Candberry uniósł ją na rękach. Zaniósł do jej pokoju, teraz już poważnie zaniepokojony. Matka jej podążyła za nimi, a stary lord Radley – ojciec Mary – starał się im dotrzymać kroku z tyłu. Położono ją na jej łóżku, i jak to było w zwyczaju podano jej sole trzeźwiące. Matka Mary – lady Emma Radley zawsze nosiła je na wypadek właśnie takich zdarzeń. Dziewczyna uniosła powieki, i odchyliła głowę od chustki.
- Już Tobie lepiej dziecko moje? Co się stało?
Ona zaś była oszołomiona. Nie umiała rzec nic konstruktywnego. Jakoś trudno jej było poskładać myśli i słowa. Nawet nie próbowała. Jej spojrzenie było tak chaotyczne.
- Co się stało? Czemu ja tu leżę mamo?
- Nie wiemy co się stało. Sir Anthony znalazł ciebie w bibliotece leżącą na podłodze. – nic nie pamiętasz? Udałaś się tam po szal bo było tobie zimno.
- Ja leżałam na podłodze? Dlaczego? Mamo!
- Nie wiem dziecko. Długo nie wracałaś. Sir Anthony postanowił sprawdzić co się stało. No i nas zaalarmował.
- Boże! Mamo!
Całkowicie roztrzęsiona Mary zaczęła płakać. Jej rodzice poruszeni byli do głębi. Żadne z nich nie spodziewało się, iż przyjdzie im w ten sposób przeżyć gościnę. Lady Emma Radley wciąż pozostawała z córką w jej pokoju. piętro niżej lordowie Anthony de Candberry i Stefan Radley wciąż prowadzili konwersację.
- Wydaje mi się drogi panie, że najlepiej będzie, jak pozostawimy lady Mary samą w pokoju. powinna odpocząć.
- Niewątpliwie masz rację młody człowieku, lecz czas nam już wracać do domu. I tak nadużyliśmy pańskiej gościny – nie wspominając o cierpliwości.
- Ależ nie ma o czym mówić. Dom jest wielki. Jest w nim wiele miejsca. Mam nadzieję, iż nie macie państwo jakichś pilnych spraw, pozostawionych w domu?
- Prawdę mówiąc…
- Czyli nie ma o czym mówić. Nalegam na korzystanie z mojej, jak i ojca mego gościny.
- Jesteś pewien młody człowieku, że to nie będzie z naszej strony objaw nietaktu, czy braku szacunku w stosunku do gospodarzy tego domu?
Lord Radley zawsze pełen gracji, starał się w sposób oficjalny załatwić każdą sprawę w odpowiedni sposób. Tak aby nie było żadnych niedomówień. Wszedł lokaj prosząc na obiad do salonu, gdzie jadano posiłki. Lord wstał i skierował się we wskazanym kierunku. W hallu spotkali schodzącą ze schodów lady Radley.
- Jak tam Mary - moja droga?
Spytał zatroskany ojciec. Cała ta historia z dziennikarzem, jak i reakcja córki bardzo przygnębiły Emmę. Mówiąc szczerze zdarzenia, jakie zaistniały, popsuły nastrój gościny.
- Czy już jej lepiej? Zejdzie na obiad?
- Nie! Właśnie pokojówka podała jej obiad do pokoju. ona sama przeprasza za zamieszanie z jej powodu i prosi o wybaczenie.
- Nic nie szkodzi. Najważniejsze aby poczuła się lepiej.
Odparł Anthony i zaprosił lady Radley wraz z jej mężem na wspólny posiłek. Później lokaj odprowadził gości do apartamentów. Do kolacji czas przeminął na wspólnych rozmowach. Kolację również goście zjedli w raz z lordem Anthony’m. Mary Radley nadal przebywała we własnym pokoju. nie wychodziła zeń już od końca dnia. W całym domu zapadła nocna cisza. Lady Radley przebrawszy się w nocną koszulę – kładąc się do łóżka, dziękowała Bogu za wieczór. Bijąc się z myślami, jak pomóc córce, oczekiwała na powrót męża. Lord Radley przebrał się, i w podobnej koszuli położył się obok żony. Mrok spowił pokój. Oboje niebawem pogrążyli się we śnie. W pokoju Mary światło było niewygaszone.
Świeczniki dalej migotały własnym światłem po obydwu stronach łóżka. Blask padał na wierzchołek głowy dziewczyny. Wyglądała, jak święta pośród pościelowych falbanek. Nie mogła w to uwierzyć, że jej najlepszy Przyjaciel – kolega, został w tak niecny sposób napadnięty i zabity. Przewalało się to w jej głowie tak szybko i tak boleśnie. Miała na uwadze nie tylko ten fakt, lecz również to co tak skrzętnie ukrywa. Teraz już była pewna. Podjęła się rozwikłać tę sprawę do końca za wszelką cenę. Postanowiła zemścić się na wszystkich, kto tylko okaże się winny śmierci jej Przyjaciela. Czuła, że czym bardziej bolała na stratą Stanley; a, tym bardziej była zagorzała w swoim postanowieniu.
Przeszłość – rękopis 14
Gościna trwała trzy dni. Dodatkowy czas sprzyjał ochłonięciu Mary po przeżytych zdarzeniach. Trzeciego dnia rano, państwo Radley bardzo wcześnie wstali. Lady Emma doprowadziła pościel do porządku. Jej mąż nie bardzo był zadowolony – nie rozumiejąc sensu postępowania żony. Przecież jest służba, co sobie pomyślą? Lecz nie chciał zaczynać z żoną dysputy wiedząc, iż nie warto wpływać na jej zdanie – zwłaszcza, gdy sobie coś postanowi. Zatem ubrany czekał na znak od żony. Ta kończąc swoją kontrolę apartamentu przystanęła przy mężu. Obejrzała stan jego garderoby. Wyszli z pokoju kierując się na schody. Ich córka właśnie na nie wchodziła, gdy oni byli już na dole. Chwilę poczekali w hallu, i już razem weszli do salonu jadalnego.
Wraz z lordem Anthony’m, jak i jego ojcem zjedli śniadania. Po czym pożegnawszy się z gospodarzami, wsiedli do powozu. Cała powrotna droga przebiegła w całkowitym milczeniu. Jakoś trudno było o czymkolwiek rozmawiać. Mary była milcząca. Wyraz jej twarzy nie zwiastował niczego dobrego. Lady Emma starała się zachować milczenia. W ten sposób usiłowała ukoić zszarpane nerwy córki. Ojciec zaś zrzucił zachowanie córki na karb Przyjaźni i tragicznej utraty Przyjaciela. Tym tłumaczył zachowanie córki, czy też brak jakiejkolwiek konwersacji. Po powrocie lady Radley od razu zajęła się kontrolowaniem dobytku – sprawdzaniem, jak też zachowywali się jej synowie. Ten młodszy był małym urwisem.
Pozostawał pod opieką niani. Potrzebował dyscypliny, ciągłej nauki ogłady i wychowania. Reszta ogarnąwszy się zajęta była swymi sprawami. Jej syna Thomas’a Radley’a nie było w domu. Nie chciał jechać z nimi do posiadłości Roseland Hill. Miał swoje plany, i w zasadzie nikt ich nie zmieniał. To był już dorastający, młody mężczyzna. Każde więc z członków rodziny zaszyło się w swoim pokoju. Lord Stefan Radley postanowił spędzić czas w bibliotece tam, gdzie niewątpliwie najbardziej czuł się w swoim żywiole. Panna Mary Radley zaś w pokoju na górze – przebrawszy się w dzienną suknię, chodziła po nim bez celu. W pewnym momencie doszła do wniosku, iż zacznie studiować te nieszczęsną przesyłkę.
Otworzyła teczkę, odłożyła list który tak ją w swoim czasie zajął, i zabrała się za resztę. Były tam jakieś bardzo dziwne rachunki. Coś po łacinie. Nie znała tego języka. Odłożyła więc je na później sądząc, iż nie jest to takie ważne. Poza rachunkami były fotografie dwóch małych niemowląt. Nie wiadomo było czy to dziewczynka, czy chłopiec i na odwrót. Mary wzięła te fotografie za jedną. Sądziła że to jedno i to samo dziecko. W liście lady Mary Steffany do lorda Arnolda de Candberry pisała o jednym dziecku. To pamiętała na pewno. Ozdoby były tak marne i biedne. Ozdobami jedynymi były gałązki zielone, jak brzezina – nic poza tym. Było również pismo stwierdzające, że ktoś o utajnionych insygniach miał bronić bezpieczeństwa lady Marii w ciężkich chwilach.
Mary zastanawiała się, jakie to ciężkie chwile musiały być – zaistnieć, że aż ktoś musiał jej bronić – i to tajnie. Dziewczyna układała sobie plan działania, kiedy głos matki dobiegł ze schodów.
- Mary, telefon! Zejdź szybko – to pilne!
Wołała lady Radley, zniecierpliwiona w oczekiwaniu.
- Idę mamo! Już idę. Kto dzwoni?
- Nie przedstawił się lecz to ktoś bardzo szorstki.
- Halo! Słucham!
- Mary Agata Radley?
- Tak!
- Pracuje pani w redakcji tutejszej gazety. Zgadza się?
- Owszem.
- Proszę przyjść do komisariatu! To pilne!
- Teraz?
- Jeśli pani chce – my możemy przyjechać po panią!
- Za pół godziny będę u was!
- Czekam!
Mary była zdziwiona tym nagłym pośpiechem, i to do komisariatu? Zastanawiała się w jakiej sprawie? Dziwne. Bała się. Jednak jak zwykle ciekawość była silniejsza. Tym razem czuła coś więcej. Czuła niepokój tak dziwny i tak dokuczliwy, że nie umiała sobie tego wytłumaczyć. Co mogło być powodem takiego nachalnego pośpiechu? Już wychodziła, gdy przyszło jej do głowy, aby ukryć teczkę z jej zawartością. Wsadziła to wszystko do brezentowej sakwy, i wyniosła na strych skrzętnie ukrywając. Wracając sprawdziła, czy nie jest brudna. W tej właśnie chwili, gdy znajdowała się na strychowych schodach, usłyszała zdziwiony głos swej matki – lady Emmy.
- Mary! Co robisz na miłość boską na strychu?
Pytała i tak już zniesmaczona pani Radley.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz