Tom II – część 44
Niczego nie mogła być pewna, jeśli chodziło o jej córkę.
- Nic mamo. Musiałam coś sprawdzić, a i wyniosłam stare rzeczy dla biednych.
- Trzeba było mi je dać. Przebrałabym i odesłała do zajazdu. Tam dzielą dla nich odzież.
- Zrobisz to kiedy indziej mamo, dobrze?
- Kto dzwonił? Powiesz mi?
- Komisarz z posterunku.
- Na miłość Boską do ciebie? Pójdę powiedzieć ojcu. On…
- Nic nie mów tacie mamo, będzie się tylko denerwował. Sama dowiem się o co chodzi ok?
- A jak tobie się coś stanie? Nie przeżyję tego, a i ojciec mi nie wybaczy!
- Nic się nie stanie, zapewniam cię mamo. Nic co by mogło cię zaniepokoić. To będzie nasza tajemnica – dobrze?
Matka wiedziała, że nie przegada swej córki. Przytaknęła jej – acz niechętnie, jednak bez przekonania.
- Dobrze moja droga. Niemniej obiecaj, że będziesz ostrożna!
- Obiecuję.
Obie zeszły na dół. Matka do kuchni, a Mary na umówione spotkanie. Narzuciła pelerynę na ramiona, zawiązując ją pod szyją. Aby było szybciej wskoczyła na swego konia czarnego, jak węgiel z białą kryzą na szyi i przednich pęcinach. Po drodze do miasta tuż za lasem, biegł jakiś człowiek. Odziany w stare ubranie, i płaszcz szary jak kurz. Biegł i coś krzyczał. Machał ręką do jadącej Mary. Zwolniła niepewnie – stanęła przy nim, i zeskoczyła z grzbietu konia.
- Panna Mary?
- Ktoś ty człowieku?
- Jestem koniuszym a raczej była u sir Stanley’a Hampton’a.
- Co się stało?
- Musze uważać. Czy lady Mary to ty Pani?
- Tak na miłość Boską! Mów! Bo śpieszę się do miasta. Mam tam spotkanie z komisarzem
- Mam tu list dla ciebie pani od mego pana. Jeszcze jak żył kazał mi go przekazać. Jakby się coś z nim miało stać.
- Rozumiem. Masz go tu przy sobie?
Człowiek wyjął szary rulon zaklejony lakiem. Rozglądał się przy tym jak opętany.
- Na miłość Boską człowieku! Ktoś jeszcze zobaczy!
- A gdzie masz się pani spotkać z komisarzem?
Mary tak naprawdę zapomniała się o to spytać. I nie wiedziała gdzie ma być to spotkanie. No i problem. Teraz będzie musiała go szukać.
- Nie wiem. Nie powiedział mi tego!
- To dziwne pani – prawda? Jak ja się umówiłem s Klifem – tym od kowala – to mu ja powiedziałem gdzie.
- Macie rację człowieku. Dziękuję za list. Musze już jechać. Do widzenia!
- Do widzenia! Proszę na siebie uważać.
- Będę.
Mary była już prawie w mieście, gdy przyszła jej chęć na przeczytanie listu. A że miała trochę czasu – zsiadła konia. Zaczęła nerwowo czytać uważając aby nikt nie widział tego faktu. Złamała lakową pieczęć, po czym rozwinęła rulon. Tam było napisane niewiele lecz było tak piorunujące. Zapomniawszy o całym świecie, czytała szybko nie zważając na to, że koń poszedł na obce pastwisko.
Droga Mary. Jeśli chodzi o naszą sprawę, musisz być bardzo ostrożna. Nic nie wiadomo, kto jest kim i komu służy. Ufaj tylko sobie – nikomu więcej. Pewnie już wiesz – byłem napadnięty we własnym domu. Jeśli dostaniesz ten list – po przeczytaniu natychmiast go zniszcz i przybądź do mnie. Ta informacja – jeśli ją czytasz – znaczy, iż zdołali mnie dopaść. Służba wie o wszystkim, i zaprowadzi Cię do altany w moim ogrodzie. Ona jest zamknięta. Tam jest wiele dokumentów, które tobie wiele wyjaśnią. W altanie pod drugą kamienną ławą jest ruchoma płyta w ścianie. Tam są dokumenty. Frank pomoże tobie je stamtąd wydostać. Ci ludzi chcieli to, co ja wiem, i co ty masz. A czego ja im nie dałem. Nic nie wiedzą. Nie martw się – nic im nie powiedziałem. Lecz czułem i tak, że cały czas byłem obserwowany. Nie wiem. Może się mylę, lecz na wszelki wypadek staraj się być czujna. Oni mają dziwne płaszcze. Czarne jak smoła z kapturami i mają dziwne znaki na płaszczach i purpurowe symbole. Jednak chciałbym abyś coś wiedziała. te dranie zdawali się być zwykłymi bandziorami. Mówili jeden do drugiego, że zniszczą jakieś bractwo. Nie wiem o co chodzi, lecz chciałem abyś to wiedziała. jeśli dojdziesz do wniosku, że nie dasz rady tego rozwiązać, i doprowadzić sprawy do końca, to zniszcz wszystko i zapomnij. Mniemam, że czytasz ten list, tak więc mnie już nie ma w śród żywych. Tylko wtedy Frank miał tobie go dostarczyć. Twój Przyjaciel Stanley Hampton. |
Czas teraźniejszy.
Lord Jeffrey de Blackstone stał w uchylonych drzwiach pokoju chłopców. Thomas’a nie było. Spodziewał się tego. Jednak obserwował przez chwilę jego brata Mathev. Kończył poprawiać łóżko, choć czynił to bez większego zainteresowania. Nie było już porozrzucanych rzeczy – nie było porozsuwanych szuflad. Mathev widział stojącego mężczyznę, lecz nie reagował. Zasiadł w fotelu zaraz po tym, jak posłał swoje i brata łóżko. Lord de Blackstone wszedł do środka, to w tedy zobaczył na jego twarzy łzy. wpatrywał się w dolny róg stojącego przy ścianie regału.
- Mogę usiąść na twoim łóżku?
Anthony jakąś dłuższą chwilę cierpliwie czekał na odpowiedź chłopaka. Dopiero po chwili usłyszał ciche słowo
- Proszę!
Jeffrey usiadł i milczał. Zastanawiał się nad tym, co w takim przypadku ma powiedzieć. Nie chciał ponownie prawić chłopakowi morałów. Tak naprawdę nie wiedział, po co tu przyszedł. Co chciał tym osiągnąć? Jakie miał zamierzenie? Jeszcze do momentu kiedy stał przy drzwiach wydawało mu się, że zna odpowiedź na to pytanie. Jednak już w chwili, gdy stał na środku pokoju widząc łzy na twarzy Mathev – nagle nie umiał znaleźć odpowiedzi. Być może nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że łzy w przypadku właśnie Mathev były czymś szczególnym. Czymś niebywałym. Być może dlatego on – stateczny dorosły mężczyzna stracił wątek.
- Porozmawiamy Math?
- A jest o czym?
- Myślę że tak. Musimy porozmawiać dopóki można jeszcze dojść do porozumienia. Dopóki jeszcze chcemy coś zmienić Math.
- Nie wiem Jeff. Nie wiem. To wszystko nie ma sensu. Tata jest w szpitalu w śpiączce. Thomas’a nie ma, i nie wiadomo co z nim. Ja też – jak widać – nie popisałem się. To wszystko to ściema Jeff.
- Co takiego?
- Co takiego? To lepsze życie. Zmiana domu, zmiana miejsca zamieszkania Jeff. Co z tego, ze dałeś nam dom, choć o takim nie jeden by marzył. Co z tego, że mamy szkoły, własne samochody. Rodzice mają własną firmę. Czy to coś znaczy Jeff?
Chłopak chwilę siedział w fotelu, a później wstał. Jeffrey nie chciał mu przeszkadzać. Chciał by wreszcie wyrzucił z siebie wszystko, co mu ciąży. Stąd milczał. Math podszedł do okna, do regału, znowu do okna. Wciąż obmiatał pokój niespokojnym spojrzeniem.
- Co masz na myśli?
- Nie ważne! Nie chcę o tym mówić!
- A jeśli cię o to poproszę?
- Chodzi mi o to, że to wszystko mnie przyparło do muru. Tam byłem normalnym człowiekiem. Maiłem normalny dom, szkołę, rodziców, siostrę. Wszystko było jasne, poukładane, przejrzyste.
- Tu tak nie jest?
- Wiesz jak tu się czuję? Jak mysz złapana w pułapkę. Nie obchodzi mnie to wszystko co jest wokół mnie, ale to, jak dzięki temu wszystko się zmieniło. Moi kumple na mnie inaczej patrzą. Dziewczyny – kiedyś normalnie ze mną gadały, a dzisiaj? To wygląda jakbym był jakimś archeologicznym odkryciem, okazją, eksperymentem Jeff. Nie osiągalny. Nie dla nich. To takie…
- Męczące? Wkurzające? Deprawujące?
- To mało powiedziane.
- Znam to uczucie Math doskonale. Póki jesteś dzieckiem – nie zauważasz tego? Jest to tobie nawet na rękę. Jesteś lubiany nad wyraz, nikt tobie nie powie złego słowa. Każdy patrzy na ciebie w szczególny sposób. Dzieci to lubią, lecz jak dorastasz zasłona spada – prawda? Już nie jest to takie wspaniałe. Zaczyna brakować tobie tego czegoś między kolegami, koleżankami. Nagle zauważasz tę sztuczność. Dziwne uniki słowne, ukryte gesty. Nagle przylepiane uśmiechy, jak tylko spojrzysz w danym kierunku.
- Skąd o tym wiesz Jeff?
- Bo dokładnie to samo przechodziłem. Również to przerabiałem Math. I wiem jak to boli. Tyle że ja nie miałem wyboru, a wiesz dlaczego.
- Dlaczego?
- Bo urodziłem się w arystokratycznej rodzinie. Przyszło mi żyć, i uznać tych pompatycznych konserwatywnych ludzi za moich rodziców. Też czułem się jak w pułapce. I wierz co ci powiem? Mimo to ja miałem lepiej z jednego względu. Ja się urodziłem w takiej rodzinie, i w takich czasach. Wolnych od wielu sztywnych ram społecznych – rodowych. Dlatego jest tobie teraz trudniej. Tolerancja w twoim pokoleniu - a w moim, to dwa odległe światy Math. Lecz są dwa wyjścia z tej matni, jaką wam zgotowałem.
- Co ty mówisz? Nic złego nie zrobiłeś. Ty szukałeś tylko krewnych.
- Tak, lecz nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak to wpłynie na was – a powinienem. Co prawda wiedziałem o tym, jednak dla mnie ważniejsze było odszukanie krewnych. I to jest ironia losu Mathev. Logicznie myśląc dla mnie odnalezienie krewnych do wielkie szczęście – lecz dla was już nie koniecznie.
- To nie tak. Po prostu ja nie umiem się w tym wszystkim znaleźć. Cały czas żyję, jak w zawieszeniu. Z Thomas’m pewnie jest to samo.
- Posłuchaj Mathev. Doskonale wiem, jak to wygląda. Jednak sytuacja nie jest do nieopanowania. Tego że wasze życie zmieniło się diametralnie nie da się zaprzeczyć. To nie znaczy jednak, że musisz ty się zmienić. Uczysz się wspaniale, i z tego powodu jestem z ciebie dumny. Masz wielki talent, błyskawicznie przyswajasz wiele rzeczy o których ja nie mam pojęcia. To również jest fakt. To jak traktują ciebie inni, to jest problem nie twój tylko ich samych. Ty nie powinieneś mieć z tego powodu żadnych wyrzutów. Przynajmniej masz jasny obraz tego, kto jest twoim prawdziwym Przyjacielem – jeśli w ogóle. A dziewczęta. No cóż. Jak myślę, nie brakuje ich wszędzie. Jednak jeśli któraś z nich ceni sobie mądrość, to nigdy nie będzie odbierała ciebie sztucznie, jak eksponat. Jak raczyłeś to sam określić. Rozumiesz?
- Ale to nie łatwe Jeff.
- Wiem, i rozumiem. Sam to przechodziłem. Jednak z tym jest tak, że jeśli sam będziesz odbierał innych pozytywnie, inni tym ci się odpłacą. Mówię o tych myślących. A ci drudzy nie są warci twojej uwagi.
- Wiem że masz rację i wiem, że chcesz dobrze ale…
- Widzę, że myślisz o Thomas’e.
- Tak. Boję się, że narobi głupot. Ta cała Maggie tylko go wykorzystuje, a on tego nie widzi. Nie raz słyszałem, jak naśmiewała się z niego pod uczelnią. Że taki bogaty a nie ma pieniędzy, że ma samochód a musi pytać o zdanie.
- No i to jest właśnie przykład tej drugiej grupy tych niemyślących. Więc nie warto na nią zwracać uwagi.
- Ale musimy Jeff.
W drzwiach stała Sara. Obaj nie zauważyli, że stoi i słucha. Math natychmiast odwrócił twarz w stronę okna, i otarł dłonią łzy. Lord de Blackstone od razu wstał by ją przywitać.
- Długo tu stoisz?
- Wystarczająco długo by wiedzieć co się dzieje.
Podeszła do brata stojącego przy oknie. Wyraźnie wstydził się swojej słabości.
- Możesz się odwrócić i spojrzeć na mnie? Dziękuję. Cieszę się, że wyjaśniliście sobie wszystko z Jeffrey’m. co do tego, iż ssałam bezgłośnie w drzwiach – to przepraszam za to. Pewnie winnam się odezwać, lecz czy w tedy szczerze byś porozmawiał? – nie sądzę. Ale jedno jest pewne. Jesteśmy rodziną czy tam gdzie mieszkaliśmy – czy tu gdzie mieszkamy obecnie. Jakie to ma znaczenie? Pomyśl. Jesteśmy razem. Groźba biedy w domu została zażegnana. Teraz nasze życie to, to miejsce. I albo weźmiemy się w karby i zaczniemy razem siebie wspierać, albo to wszystko nie będzie miało sensu. Ja sama nie pociągnę tego, czy to tak trudno zrozumieć?
- Ja to rozumiem Sara, ale co z Thomas’m?
- A co ma być od dłuższego już czasu cała rodzina tłumaczyła mu kim jest ta dziewucha – i nic. Zatem obecnie trzeba będzie zastosować przymus. On jest bardzo młody Math, i nie może tak sobie uciekać z domu. Tym bardziej, że tata w szpitalu, a mama jest wykończona nerwowo. Jak coś się nie zmieni – ona się całkowicie załamie.
- A prawda Saro, co z Vivienne?
- A co ma być. Byłam z nią w jej sypialni. Żadne z was nie widziało jej w takim stanie. Sama jej takiej nie widziała. Ona jest na granicy wyczerpania nerwowego. Od przyjścia do własnej sypialni tylko płakała, wciąż jest pogrążona we własnych myślach, wciąż zasypuje mnie mnóstwem pytań. Musiałam dać jej środek na uspokojenie. Wręcz ledwo uprosiłam by się położyła. Trzy razy wstawała zrywając się nagle, jak w popłochu. Lecz gdy lekarstwo zaczęło działać, uspokoiła się i usnęła. Wyszłam z pokoju niemal na palcach, by jej nie obudzić. I broń Boże by ktoś ją teraz obudził. Chcę by spała jak najdłużej.
- Masz rację. Jesteśmy rodziną Sara.
- Cieszę się, że to rozumiesz. Teraz posłuchajcie. Zaraz będzie kolacja. Byłam w kuchni, i wydałam stosowne polecenia. Wszyscy zjemy w jadalni. Dla nas wszystkich ten dzień był ciężkim dniem, i należy nam się odpoczynek. Jutro trzeba będzie pojechać do taty Math. To jest teraz nasz cel.
- A co z Thomas’m? on nie może pozostać poza domem.
- Ta sprawa jest już załatwiona. Dzwoniłam na policję, i odpisałam im sytuację. Jeśli dobrze rozumuję Thomas będzie u tej pannicy. Dałam im na nią namiary, i mają tam sprawdzić. On jest młody i nie jest do końca za siebie odpowiedzialny. Dotąd patrzyłam na to wszystko co robił przez palce. Lecz dosyć tego. Czas najwyższy przypomnieć mu kim jest. I ja to zrobię. Jak mi Bóg miły.
Sarę ponosiły emocje, i Jeffrey stojąc obok niej dał jej znak dłonią. Chciałby, by się nie denerwowała bo to nie jest sposób na rozmowę.
- Mama nadzieję, że go przywiozą. Choćbym miała za to zapłacić. A teraz kochani czas na kolację. Jutro nowy dzień. No Mathev! Już dobrze? Mam nadzieję, że teraz będziemy drużyną – tak jak kiedyś.
I cała trójka ruszyła na dół do jadalni. Idąc korytarzem milczeli, by Vivienne mogła spać spokojnie. Zeszli na dół. George w hallu już pytał Sarę, co z kolacją dla lady Vivienne. Dopytywał się też, co z lordem Forest’m. Sara z wielkim opanowaniem uspakajała go, że wszystko jest pod kontrolą. W Garden Hill ranek zawitał ospale. Pogoda zmieniała się, i dni stawały się coraz krótsze. Choć słońce jeszcze operowało dość dobrze – odczuwało się już jesień. Chłodne powiewy stawały się silniejsze. Ogrodnicy uwijali się, by uporać się z pracą w ogrodzie, w parku i na pastwiskach. Sara obudziła się o stałej porze, lecz było jeszcze szaro. Spojrzała na zegar stojący na jej szafce nocnej. Była godzina piąta trzydzieści.
Postanowiła jeszcze trochę przeciągnąć tę wspaniałą chwilę w pościeli. Przymknęła lekko oczy starając się o niczym nie myśleć. Cisza jaka trwała w jej apartamencie na trzecim piętrze, była tak kojąca. Chciała tak trwać bez końca, lecz jak tylko otworzyła oczy na zegarze była szósta. Rozległa się melodia kurantu w zegarze na ścianie. Kochała tę melodię. Zawsze jak ją słyszała wprawiała ją w swoisty nastrój. Pozwoliła sobie jeszcze na dosłuchanie do końca kurantu, po czym odrzuciła pościel na bok. Jednym ruchem usiadła na brzegu łóżka w niemal tym samym momencie, gdy u drzwi rozległo się ciche pukanie.
- Wejdź proszę Juliett!
Drzwi delikatnie uchyliły się, i w nich ukazała się głowa pokojówki. Zaglądnęła niepewnie choć wciąż na jej twarzy widniał uroczy uśmiech. Juliett mimo wielu utrudnień życiowych, wciąż była uśmiechnięta. Tak jakby nigdy się nie denerwowała. Weszła przed drzwi starając się nie hałasować.
- Przepraszam lady Forest, że przeszkadzam. Chciałam tylko przekazać, że przygotowaliśmy dla pani męża ciasto. Wszyscy się martwią o zdrowie naszego pana.
- Dziękuję Juliett. Lecz nie wiem, czy to się obecnie przyda. Mój ojciec jest w śpiączce. Sama rozumiesz.
- Tak rozumiem, choć to straszne lady Forest. Pan jest takim dobrym człowiekiem. Nie zasłużył sobie na to.
- Pewnie masz rację.
- To ja nie będę przeszkadzać lady Forest, przyjdę posprzątać później.
- A co z garderobą – przygotować?
- Tak, proszę. mam dzisiaj wizytę w szpitalu u ojca. Zatem odpowiedni będzie siwy kostium. Dodatki sama dobiorę.
- Jak pani sobie życzy.
Pokojówka wzięła się za porządki, a Sara zniknęła w łazience. Kąpiel nie trwała długo. Kiedy już wyszła z łazienki – pokój świecił czystością. Pościel nienagannie posłana, kurze pościerane, ład na biurku. Kostium według życzenia wisiał na wieszaku. Sara postanowiła dopasować do kostiumu ożywiające dodatki. Stąd dopasowała do kostiumu jasno fioletową bluzkę z lekko błyszczącego jedwabiu. Takież same dodatki w postaci długiej apaszki. Włosy przykrywał toczek w kolorze kostiumu. Czarne pantofle dopełniały całości. Nie chciała ruszać zakończonego rękopisu, zatem pozostawiła białe karty tak, jak leżały.
Zamknęła jedynie gabinet na klucz. Na schodach spotkała George’a, który właśnie szedł uśmiechnięty w stronę schodów. Wychodził z pokojów swego pana, lorda de Blackstone. nie chciał dopytywać się, co jest powodem jego rozbawienia. Nie miała na to czasu ani chęci. Chciała już ruszyć na schody, gdy w korytarzu ukazał się Jeffrey w rozpiętej koszuli.
- Saro! Mogła byś na chwilę do mnie wstąpić? Nie mogę sobie dać rady z mankietami.
- Oczywiście.
Odpowiedziała odruchowo, choć nie bardzo miała nastrój do rozmowy. Na uwadze miała sprawę ojca, i to leżało jej na sercu. Jednak słowo się rzekło, i ruszyła do pokoju Jeffrey’a. Tam mężczyzna ubrany do połowy, walczył z krawatem. Zabawnie to wyglądało, gdyż niezapięte mankiety majtały z każdym ruchem dłoni. Jeffrey wyglądał jak dyrygent w upadłym kościele. Sara uśmiechnęła się na ten widok.
- Jak widzę, nadal nie nauczyłeś się szybkiego wiązania krawata.
- No nareszcie jest moje wybawienie. Już myślałem Saro, że najzwyczajniej zrezygnuje z niego. Od dawna kojarzy mi się z szubienicą.
- No wiesz! Cóż to za porównanie.
I wystarczyło parę ruchów, i krawat leżał jak ulał. Przyszedł czas na spinki.. jednak i z tym był problem. Chwycił płaską szkatułkę z paroma parami spinek, i uśmiechając się w szczególny sposób, czekał na jej decyzję. Wiedziała o co chodzi. Wystarczyło jedno spojrzenie, i już jej dłoń pochwyciła parę szafirowych spinek. Wspaniale odbijały się na tle popielatej koszuli. Sara lubiła tę koszulę. Była z jedwabiu – lekko połyskująca z matowym wzorem akantu na przedzie. Wybrał garnitur jasno stalowy. Nie chciał ubierać czarnego, by nie wzbudzać niedobrych skojarzeń. Do tego ubrał elegancji kapelusz marki panama z szerokim rondem.
- A tak a propos Jeff. Widzę, że i ty wcześnie wstałeś. Źle spałeś tej nocy czy co?
- Nic z tych rzeczy. Czuję się wspaniale. Mam nadzieję, że tak będę się czuł cały dzień. w wiesz, że Mathev również już nie śpi?
- Co ty powiesz. To coś nowego.
- Myślę Saro, że ta wczorajsza rozmowa, jak i stan zdrowia Steven’a podziałał na Mathev. wiedziałem że mogę mu zaufać.
- A ja myślałam, że byłeś na niego zły.
- To nie to Saro. Zły byłem na twoich rodziców. To oni zaniedbali uwagę nad swoimi synami. Ale nie dziwię się. Muszę coś zrobić, by uwolnić ich od ciągłego przesiadywania w firmie.
- To by było coś. Mama zupełnie zagubiła się w biznesie. A zapomniała zupełnie o roślinach, aranżacji ogrodu i parku. Przecież tak to kocha.
- No właśnie. Musimy jej o tym przypomnieć. Jednak nie wolno nam jednego uczynić. Nie wolno nam odstawić Vivienne od jej firmy całkowicie. To jedyny element który udowodnił jej samej, że jest potrzebna.
- Widzę, że coś chodzi tobie po głowie.
- Tak, lecz o tym pogadamy później. Byłaś u swojej mamy?
- Jeszcze nie. Właśnie miałam do niej wstąpić, gdy ty mnie poprosiłeś do siebie. Ty już jesteś gotowy?
- Już prawie. Sprawdź co z twoją mamą, a ja zajmę się chłopcami. Już właśnie wychodzę.
- Ok. zatem ja idę do mamy. Zobaczymy się w hallu. Acha, i weź może coś na siebie. nie jest zbyt ciepło Jeff.
- Tak sądzisz? Przecież będziemy w samochodzie.
- No tak, ale…, zresztą jak chcesz. Idę.
Naturalnie Jeffrey z nią się przekomarzał. Wiedział jak jest na dworze, bo już zdążył być na tarasie z rana. Chciał jedynie w jakiś sposób zagadnąć ją dłużej. Tak lubił jej głos. Ostatnio jakoś nie składało się na zaplanowanie wspólnej chwili dla nich samych. Sara cicho zapukała w drzwi pokoju matki. Nie wiedziała czego się spodziewać. Po jej wczorajszym wytrąceniu z równowagi nie liczyła na to, iż będzie ona chciała jechać razem z nimi do szpitala. Chciała zapukać ponownie, lecz nic nie słysząc po pierwszym razie nacisnęła na klamkę. Weszła. Łóżko było posłane, bielizna matki wisiała na stałym miejscu w szafie. Sara zrobiła krok dalej, i dopiero zobaczyła swoją matkę siedzącą przy toaletce.
Była ubrana w jesienny kostium o barwie ciemnej zieleni. Vivienne kochała ten kolor, i jego wszystkie odcienie. Zatem spódnica była długości za kolana z rozcięciem po obu stronach. Do tego żakiet w tym samym kolorze, ze stylizowanymi klapami. Wzorzysta apaszka w różnych odcieniach zieleni o wzorze akantu paproci zdobiła całość. W tym samym kolorze torebka, rękawiczki i kapelusz. To było dla Sary zaskoczeniem. Matka nigdy nie nosiła kapeluszy, a tu proszę. Jasno zielone pantofle. Włosy spięte fantazyjnie opływały wewnętrzny brzeg kapelusza. Wyglądała zjawiskowo.
- Myślisz że wyglądam porządnie?
- Dzień dobry mamo? Nawet nie wiem, jak określić to co widzę.
Sara stała przyglądając się kobiecie siedzącej przy toaletce, kończącej poprawki w ułożeniu kapelusza. Dopiero jak wstała z krzesła, i obróciła się do córki – ta oniemiała. Kobieta którą Sara znała tyle lat, jako swoją matkę całkowicie się zmieniła. Zmiana nie była zbyt widoczna, lecz było w tym coś, co nie dawało się skupić. Wygląd ogólny, makijaż, ułożenie włosów – to wszystko sprawiło, iż Vivienne bardziej można określić jako damę, niż kobietę sukcesu.
- Nie traćmy już czasu Saro. Tata jest tam sam jak palec. Nie możemy go tak zostawić samego.
- Ok.
Oboje wyszły z pokoju matki. Skierowały się w kierunku schodów, jednak Sara odwróciła się w kierunku pokojów braci. To było mgnienie sekundy, swoisty odruch. W tym samym momencie Vivienne delikatnie uchwyciła rękaw córki.
- Nie fatyguj się moja droga. Mathev już na dole. Przypilnowałam tego by się nie spóźnił.
Sara nie chciała nawet pytać o Thomas’a. Dostrzegła na twarzy matki swoistą zmianę. Jej mimika nie zdradzała najmniejszego wzruszenia. Wiedziała, iż matka bardzo przeżyła wydarzenia ostatnich dni, lecz nie mogła znaleźć tych uczuć na jej twarzy. Jej własna matka stała się dla niej zagadką. Obie zeszły w dół. Sara niemal natychmiast spostrzegła w jadalni Jeffrey’a. rozmawiał właśnie z jej bratem, i George’m. Ten jak tylko zobaczył nadchodzące panie, z miejsca wycofał się o krok do tyłu. Lord de Blackstone skierował spojrzenie w ich stronę. Jego wzrok spoczął na Vivienne. Uśmiechała się naturalnie – bez sztuczności, lecz to nie był już ten sam uśmiech. Mimo uśmiechu jej usta były niemal zaciśnięte.
Z odpowiednią uprzejmością przywitała się z Jeffrey’m. Sara dyskretnie na niego spojrzała, dając mu sugestywny znak, iż ona również to zauważa. Mathev zamilkł zaraz po tym, jak jego matka położyła mu dłoń na ramieniu. Nigdy tego nie robiła. To znaczy nie szczędziła im czułości jako matka, jednak tu było to jakby zimną cząstką tamtego zachowania. Chłopak był zdezorientowany. Vivienne minęła go po chwili, i skierowała się w stronę stołu. Reszta stojących bez słowa ruszyła za nią.
- No już myślałam, że się nie zdecydujecie. Mam nadzieje, że pamiętacie o wizycie w szpitalu.
- Pamiętamy mamo. Z tego powodu…
- No jedzmy już, jedzmy. George! Czy powiadomiłeś David’a o naszym wyjeździe?
- Tak lady Forest. Samochód już czeka przy głównym wyjściu od dziesięciu minut.
- Dziękuję George! Śpieszmy się moi drodzy. Steven pewnie się niecierpliwi.
Pochwyciła jedną z bułeczek, posmarowanych masłem. N talerzyku miała już konfitury. Przełamała bułkę na dwie połowy, i jedną z nich umoczyła w konfiturach – zrobiła kęs i popiła łykiem kakao. Nikt nie chciał zaczynać rozmowy. Sytuacja stawała się coraz bardziej sztywna. Śniadanie tak, jak błyskawicznie się zaczęło – tak i się skończyła.
- Saro! Weź coś na siebie – możesz zmarznąć. Nie sądzisz, że pogoda jest dzisiaj paskudna. Ja na wszelki wypadek wezmę pelerynę.
- Ale nie pada mamo. Po co tobie peleryna tym bardziej, że jedziemy limuzyną.
- Prawda. Masz rację. Zatem wezmę płaszcz. Boże. Znowu będę musiała wchodzić na piętro. George! Może przekaż Theresa’e, by przyniosła mi płaszcz – ten długi za kolana.
- Tak lady Forest.
- Albo nie. Może ten trzy ćwierci. Będzie bardziej praktyczny. Ten ze stojącym kołnierzem.
- Tak lady Forest.
Majordomus rzucił spojrzenie swemu panu. Również zauważył dziwne zachowanie pani Forest. Jednak starając się być taktownym szybko wyszedł. Lord de Blackstone również to zauważył, jednak nic nie mówił. Wołał dać wszystkim czas. Liczył na to, iż spotkanie ze Steven’m uspokoi Vivienne. Wychodząc z domu podeszła do samochodu. Spojrzała na David’a. Ten otworzył drzwi z lekkim uśmiechem, jednak ona mu nie odwzajemniła tym samym. Potem weszła Sara i za nimi dopiero Mathev. Lord de Blackstone usiadł z przodu koło kierowcy. Ruszyli. W szpitalu Vivienne szła pierwsza, i nie patrząc na resztę rodziny podeszła do lady recepcji.
- Dzień dobry! Chciałabym się widzieć się z mężem.
Recepcjonistka błyskawicznie spojrzeniem zmierzyła stojącą kobietę. Potem spojrzała na resztę.
- A kim pani jest?
- Jak ot kim jestem! Żoną! Cóż to za pytanie?
- Proszę się nie unosić proszę pani. Moim obowiązkiem jest…
- Czy doktor Davis jest na oddziale kardiologii?
- Tak, ale…
- Dziękuję.
- Proszę pani, ale tak nie można…
Jednak to było daremne. Vivienne już śpieszyła w stronę wind. Reszcie pozostało tylko pośpiesznie ruszyć za nią, co i tak nie było proste. Kobieta z każdą chwilą przyśpieszała. Również z windy wypadła jak tajfun. Jeffrey uchwycił Sarę za rękaw wskazując gestem na Vivienne.
- Musimy coś zrobić. Twoja matka nie panuje nad sobą. Zaczynam niepokoić się o nią Saro.
- Też to widzę. Jeff idziemy. Ona nas obserwuje.
Gdy tylko to powiedziała Vivienne była już przy nich. Wyglądała elegancko, szykownie – jednak ze smakiem. W żadnym razie nie widać było w jej postawie zgarbienia, a tylko wyprężone plecy tak, jakby pod żakietem miała gorset. Niemal Sara była tego pewna, jednak – znając swoją matkę – było to zupełnym absurdem.
- Posłuchaj młoda damo! Nie przybyliśmy tutaj dla żartów by stroić sobie igraszki.
- Ależ…
- Dość moja droga! Jestem twoją matką, i należy mi się szacunek. Od ciebie drogi panie również.
Coraz bardziej Sara była zaniepokojona dziwną zmianą jej matki. Coś jej się nie zgadzało w jej postawie. Szczególny ubiór, uczesanie, zachowanie. To wszystko sprawiało, że czuła się coraz bardziej niepewnie w jej towarzystwie. Nie chciała jednak czynić scen niepokoju, a tym bardziej w takim miejscu. Pozostało jej tylko odpowiedzieć skruszoną miną w pełnym milczeniu.
- Tak myślałam. Zatem dotrę do mego…, męża w spokoju.
- Vivienne ma rację Saro. Idziemy do Steven’a.
- I znowu nie słuchałeś mój drogi. Idziemy wpierw do jego doktora. Mam nadzieje, iż doktor Davis w pełni wyjaśni mi stan w jakim znajduje się Steven.
Teraz ze zmorzoną uwagą Sara wpatrywała się w matkę. Miała jakieś przeczucie, lecz nie umiała tego nazwać, sprecyzować. Vivienne jako pierwsza wkroczyła do gabinetu doktora Davis’a. Siedział za swoim biurkiem w ogóle nie spodziewając się wizyty. Widać było, że nad czymś pracował. Kobieta wkroczyła do gabinetu na nic nie bacząc. Nim on podniósł twarz z nad dokumentów, ta stanęła przed jego biurkiem. Położyła dłoń na brzegu blatu, i dopiero w tym momencie doktor uniósł ku niej twarz. Sara z Jeffrey’m nie zdążyli w porę zareagować, zatem pozostało im jedynie zatrzymać się przy drzwiach.
- Dzień dobry doktorze! Chciałabym z panem porozmawiać na temat mego…
Zawahała się nieco tak, jakby była przez chwile zdezorientowana.
- Dzień dobry pani. Kim pani jest?
- Doktorze Davis! W tym szpitalu jest mój…
- Tak?
- Mój mąż. Chodzi o lorda Steven’a Forest’a.
Mężczyzna uważniej przyjrzał się kobiecie dumnie stojącej przed nim w gabinecie. Po czym po chwili powstał z za biurka.
- Naturalnie szanowna pani. Jednak obecnie nie widzę ku temu możliwości. Czy mogłaby pani spocząć, chciałbym przekazać pani parę informacji.
- Jak to nie widzi pan możliwości doktorze. Mój mąż jest tu pacjentem.
- Proszę pani – proszę się uspokoić. Próbuje jedynie wytłumaczyć pani, iż obecnie nie może pani porozmawiać z panem Forest’m, gdyż nadal znajduje się w stanie śpiączki. To właśnie chciałem powiedzieć.
- Ale on nie może umrzeć, on jest moim…
Lord de Blackstone przysłuchiwał się każdemu słowu, które wypowiedziała Vivienne. Coraz bardziej o nią się obawiał. Sara nie czekając na jego reakcję, od razu stanęła przy matce.
- Mamo uspokój się proszę. doktor Davis to najlepszy kardiolog w okolicy. Nie chciał ciebie urazić.
- Młoda damo! Upominam ciebie, iż jeśli będę potrzebowała twojej rady to o nią poproszę. Natomiast ty zachowujesz się jak rozpuszczona dziewka.
Doktor John Davis był zupełnie zdezorientowany. Widział, że dzieje się coś dziwnego, a zarazem nie wiedział o co chodzi. Wiedział o nienormalności sytuacji po tym, jak zachowywała się reszta rodziny, względem zachowania stojącej przed nim kobiety. Ale o co chodziło – nie wiedział. Ku zadowoleniu Jeffrey’a, dał spokój w dociekaniu.
- Pan Forest jest już po wszystkich badaniach. Okazuje się, iż tak naprawdę nic już nie jest. Co prawda jego serce wymaga całkowitej zmiany trybu życia – to obecnie jego parametry są niezłe. Powodem jego zasłabnięcia – tak jak twierdziłem wcześniej, a potwierdziły to badania – było jego przemęczenie, stres, zbyt forsowny tryb życia. Obecnie mamy to już poza sobą.
- A co ze śpiączką doktorze?
Sara własnym pytaniem wyprzedziła matkę. Nie chciała doprowadzić do tyrady nie z tej ziemi.
- W tej mierze przeprowadziłem konsultację z kolegami z innych specjalizacji. Musze przyznać, iż nie doszliśmy do jasnego stanowiska.
- To znaczy, co już wiecie doktorze?
Lord Jeffrey de Blackstone zapytał stojąc z tyłu pań. Obok niego stał Mathev.
- Jeśli chodzi o obecny stan pacjenta – niestety muszę przyznać, że jesteśmy w impasie. Nie mamy innego wyjścia, i musimy czekać. Pacjent jest pod stałą kontrolą. Do końca tygodnia będzie tu na moim oddziale – później, jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie – przeniesiony będzie do skrzydła gdzie przybywają pacjenci w śpiączce.
- A co z zagrożeniem życia doktorze? Czy tu nie ma zagrożenia?
- Nie. Parametry są niemal w granicach normy – a jednak… Nie wiemy kiedy nastąpi wybudzenie, jeśli o to chodzi.
- Ale ja wiem!
Lady Vivienne Forest dumnie powstała z krzesła. Wolno podeszła do drzwi. zatrzymała się jednak, odwracając się do stojącego przy biurku doktora. Pożegnawszy się, wyszła z gabinetu. Bez namysłu skierowała się do pokoju Steven’a. Sara zamierzała wejść za nią wraz z Jeffrey’m. Kobieta jednak uniosła w górę dłoń – gestem, by pozostali na korytarzu.. Sama weszła, i zaraz szklana tafla drzwi cicho się zasunęła. Sara poważnie zaniepokojona spojrzała na Jeffrey’a.
- Co ty o tym sądzisz Jeff? Czy myślisz to samo co ja?
- Tak mi się wydaje. Jej określenia, brak wypowiedzenie słowa mąż, jak i ostentacyjne słowa do ciebie – to wszystko wskazuje na to, że to nie ona Saro.
- Czyli kto? Znowu Mary? Nie Saro. Pamiętasz jak zwróciła tobie uwagę, iż zniszczysz jej suknię?
- No tak. Też mnie to zdziwiło.
- To będziesz pamiętała kto wciąż ukazywał się w sukni Saro.
- Lady Mary Steffany de Candberry. To… o niej myślisz.
- Niemal jestem pewien.
- I co teraz? Popatrz co ona robi?
- Co takiego?
I podeszli bliżej do szyby oddzielającej ich od wnętrza pokoju. Vivienne stała przy łóżku Steven’a, i trzymała swą dłoń na jego czole. Słyszeli, że coś do niego mówi. Sara nie wytrzymała, i podeszła do drzwi bliżej chcąc wejść do pokoju. Drzwi już miały się otworzyć, gdy poczuła silny podmuch z wnętrza pokoju. zobaczyła skierowaną na nią twarz matki – i jej oczy. Były niezłomne, opanowane, obce. Dopiero wtedy zauważyła ciemne loki długich włosów wypływających spod kapelusza – spływających na jej ramię. Czemu nie zauważyła tego wcześniej?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz