Tom II – część 45

Post w dziale:

Gdy tylko sobie to uświadomiła, drzwi rozsunęły się. Vivienne wyszła zeń z podniesioną głową. Sara milczała – choć czuła, że zbiera jej się na płacz. Czuła się bezsilna. Kobieta przeszła koło niej spokojnie niemniej tak, jakby jej wcale nie zauważała. Jeffrey z Mathev stali wis a wis wejścia do pokoju Steven’a. kobieta właśnie mijała Mathev. Chłopak cofnął się niemal za lorda de Blackstone. Jeffrey wyczuł, iż ten boi się własnej matki. Lekko odstąpił od ściany, by dać mu możliwość poczucia bezpieczeństwa. Ta jednak była już przy nim. Przystanęła i otwartą dłonią uniosła jego podbródek. Mathev uniósł twarz ku górze. Mimo że widział przed sobą własną matkę, nie poznawał jej wcale. Była obca. Spojrzała nań prosto w jego oczy.

- Przystojny z ciebie młody człowiek chłopcze. Tak jak mój syn.

Lord Jeffrey de Blackstone chciał coś zrobić, wykonać jakiś ruch, gest – lecz nie mógł. Był jak sparaliżowany. Doskonale już wiedział, kto stoi przed nimi. Rosła w nim złość do samego siebie. jednak Mathev ani drgnął.

- Bądź spokojny chłopcze. Twemu ojcu nic nie jest, i niedługo będzie z wami. Prawda?

Było to pytanie, i chłopak sądził, iż skierowane było do niego. Jednak w momencie gdy wypowiadała to jedno słowo pytania „prawda”, jej twarz skierowana była ku Jeffrey’i. Uchwycił jej wzrok. Był zimny a zarazem niesamowicie przyjacielski. Nie chciał patrzeć jej w oczy, a jednak nie był w stanie odwrócić od niej własnego spojrzenia.

- To co ma się wypełnić, musi się wypełnić sir Jeffrey’u. Nie zapominaj o naszej umowie proszę, inaczej mój syn zostanie tu ze mną.

Jej spojrzenie było spokojne lecz wymowne. Dopiero gdy ruszyła do przodu mężczyzna mógł się ruszyć. Math był porażony tym co słyszał. Sara z Jeffrey’m już stali przy nim. Starali się go uspokoić za wszelką cenę. Nie chcieli by chłopak przez to przeżycie odwrócił się od własnej matki. Choć po jego minie było to bardzo prawdopodobne. Szybko ruszyli za Vivienne. Jeffrey spodziewał się dalszych niespodzianek, i powiedział o tym Sarze. Math nadal nic nie rozumiał, lecz szedł niemal noga w nogę z Jeffrey’m.

Mężczyzna bez przerwy rozglądał się za doktorem Davis’m. Wiedział, iż będzie on potrzeby. Czuł to. I się nie mylił. Gdy tylko zbliżali się do kawiarenki dla rodzin pacjentów, nagle kobieta się zatrzymała. Jeffrey przyśpieszył. Vivienne zachwiała się chcąc się odwrócić do idących z tyłu. Sara również ruszyła w jej kierunku. W ostatniej chwili Jeffrey uchwycił kobietę w pasie. Patrzyła nań całkowicie zdezorientowana. Zemdlała.

- Saro postaraj się załatwić trochę wody. My usiądziemy na moment tu w kawiarni.

- Może zawiadomię doktora Davis’a?

- Nie! Nie trzeba. To tylko zwykłe omdlenie.

Lord de Blackstone usadowił kobietę w wygodnym fotelu. Sara postarała się o szklaneczkę wody. Gdy powróciła – Vivienne już oprzytomniała. Podała matce szklaneczkę z wodą. Math wciąż stał nieopodal. Wciąż był pod wielkim wrażeniem tego, czego był świadkiem. Nie chciał się zbliżać do matki.

- Jak się czujesz? Już lepiej?

- Jestem tylko zmęczona. Co się stało? Czemu nie jesteśmy u ojca Saro?

- Właśnie stamtąd wracamy mamo. Tata nadal jest w śpiączce. Od poprzedniego czasu nic się nie zmieniło.

- To czemu jesteśmy tu w kawiarni. Zgłodnieliście czy co?

Oboje z Sarą spojrzeli wymownie na siebie. Lord de Blackstone właśnie w tym momencie nie chciał prowadzić rozmowy. Uznał, iż to nie jest na to ani miejsce ani czas.

- Posłuchaj Vive! Porozmawiajmy o tym w domu. Tu nic po nas. Przywieźliśmy Steven’i wszystko co jest mu potrzebne. Doktor David skazał okazał się dobrym specjalistą, i już dość dużo wiemy na temat stanu w jakim się znajduje.

- Mamo jedziemy do domu. Dasz radę wstać?

- No pewnie moja droga. Czemu nie mała bym dać rady.

Jednak jak tylko się ruszyła – zachwiała się. Sara z Jeffrey’m pomogli jej się prosto utrzymać. Sara odstawiła szklaneczkę wody na blacie przy barze, podziękowała uprzejmie ruszając w stronę drzwi. Już razem z matką i Jeffrey’m wyszli z kawiarenki.

- A gdzie jest Math? Przecież był z nami.

- Pewnie czeka na nas pryz wozie Saro. Nie ma co tu siedzieć.

- Pewnie masz rację.

Mimo, iż Sara przyznała Jeffrey’i rację – idąc korytarzem rozglądała się wokoło. Korytarz był pusty, i tylko dobiegały ją odgłosy z poszczególnych sal pacjentów. Na zewnątrz szpitala z górującą na jednej z frontowych ścian Wonder House Hospital, kierowali się na przyległy parking. Już z daleka widzieli stojącego przy samochodzie Mathev z David’m. Jeffrey domyślił się, że wszystko co się wydarzyło musiało odbić się na chłopcu. Po krótkiej chwili wszyscy zasiedli na miejscach w limuzynie, po czym samochód ruszył. Chwilę było cicho, i każdy wpatrzony był w zmieniający się widok za oknem.

- Powiecie mi wreszcie co się stało tam w szpitalu? Przecież widzę, że wszystkich was to męczy. Zresztą i mnie samą również.

- Mamo! Porozmawiamy o tym w domu. Dobrze?

- To jednak coś się wydarzyło. Zresztą widzę, jak Mathev siedzi niemal przylepiony do szyby. To najlepszy dowód.

- Porozmawiamy o tym w domu – proszę.

Sara traciła już cierpliwość. Nie chciała rozmawiać o tym w samochodzie, i to przy David’e. Dojeżdżali do domu, i tylko cudem Vivienne wytrzymała wciąż trwające przez całą dalszą drogę milczenie. Już na tarasie Mathev pobiegł do swojego pokoju, nic nie chcąc słyszeć. Wszyscy tylko usłyszeli trzaśnięcie drzwiami. Nie pozostało zatem nic innego, jak pozostawić go samego. Okrycia spoczęły w dłoniach służby, po czym cała grupa domowników weszła do salonu na parterze. Po drodze lord de Blackstone polecił przynieść wszystkim napoje. Obiad był dość blisko, i nie było sensu organizować czegoś do jedzenia.

W salonie Vivienne spokojnie usiadła na krześle przy małym stoliku. Sara czekała na reakcję Jeffrey’a. Już wcześniej dawał jej znaki, iż to on będzie rozmawiać z jej matką. Wykorzystała zatem moment w którym jej matka masowała sobie dłonie, i akurat w tym momencie nie patrzyła na nią. Spojrzała znacząco na Jeffrey’a który uśmiechnął się życzliwie.

- Nim porozmawiamy Vivienne, chciałbym wiedzieć, jak się czujesz?

- Jestem nieco zmęczona, ale nic poza tym.

- Z tego co już wywnioskowałem obserwując ciebie, jak i ciebie słuchając – wychodzi na to, iż nie pamiętasz co się wydarzyło w Wonder House Hospital.

- Niby co miałabym pamiętać? Byliśmy w szpitalu u Steven’a i tyle.

- Powiedz mi w jakim stanie jest Steven?

- Przecież wiesz.

- Ja jak i Sara wiemy Vivienne. Jednak chciałbym to usłyszeć od ciebie. To bardzo ważne.

Z początku kobieta nie chciała odpowiedzieć. Poczuła się jak przedszkolak na dywaniku u wychowawczyni. Coraz bardziej wewnątrz targały nią odczucia żalu, obawy, lęku. Nie czuła się bezpiecznie. Oboje z Sarą to rozumieli. Spokojnie czekali na jej odpowiedź. Wreszcie się odezwała, choć nadal niepewnie.

- To dziwne, ale nie pamiętam.

- A co pamiętasz z pobytu w szpitalu?

Ponownie się zastanowiła zagłębiając się we własnych myślach.

- W zasadzie pamiętam…jak wstałam rano. pamiętam kąpiel, lustro i siebie przed nim. I… Boże co się ze mną dzieje?

- Posłuchaj mnie Vivienne. Nie pamiętasz niczego, bo i nie możesz pamiętać niczego. Ponownie byłaś kimś innym. Domyślasz się kim?

- Nie mam pojęcia. Jednak mam nadzieję, że nie tą całą panną Radley.

- Nie Vivienne. Jeśli się nie mylę, to twoje zachowanie przypominało lady de Candberry.

- Co takiego? I co teraz?

- Zresztą nie jest ważne kim byłaś, ale co mówiłaś jako ta osoba.

- Tak?

- Saro! Ty również to słyszałaś prawda?

- Tak. Przede wszystkim nie wiemy mamo, co robiłaś w pokoju taty.

- A w ogóle byłam u niego?

- Tak, i muszę powiedzieć, iż dziwnie się zachowywałaś. Położyłaś mu dłoń na czole, i coś do niego mówiłaś. Niestety nie słyszałam tego.

- To dziwne. Nic z tego nie pamiętam.

- Dziwniejsze były twoje słowa po wyjściu z pokoju taty. Powiedziałaś z takim przekonaniem, iż on niedługo wyjdzie ze śpiączki.

- Nie długo? To znaczy kiedy?

- Jeffrey’i rzekłaś, iż on musi dotrzymać danej przez niego obietnicy. Myślę mamo, że to ona ma wiele wspólnego ze śpiączką taty.

- Ale co Steven ma wspólnego z tą kobietą? Nie rozumiem.

- Też tego nie rozumiem, lecz myślę, że odpowiedź mamy przed nosem – jedynie tego nie widzimy. Nie ma się teraz co tym zajmować mamo. Zaraz obiad, a my wszyscy tak, jak przyjechaliśmy ze szpitala, ta stoimy.

Lord de Blackstone stał przysłuchując się rozmowie Sary z matką. Jednak jego myśli krążyły wokół Mathev i Thomas’a. był całkowitym przeciwieństwem lenistwa i głupoty, ale mimo to bał się o Thomas’a. Zdawał sobie sprawę z tego, iż to młodość i ma ona prawo do błędów. No i rozumiał, że nie obędzie się tutaj bez jego ingerencji. Obawiał się również o Mathev. To czego był świadkiem, mogło wywrzeć na nim ogromne wrażenie – nie koniecznie korzystne. Wiedział, że w jakiś rozsądny sposób trzeba będzie wyjawić mu prawdę o tym co się dzieje. Zastanawiał się tylko nad tym, ile można mu powiedzieć. No i jaka będzie jego reakcja. Obiad był już przygotowany, o czym poinformował George.

Dostatecznie przyzwyczaił się, że posiłki od pewnego czasu nie jadano punktualnie. Kłóciło się to z jego perfekcją pracy, lecz rozumiał niełatwe położenie rodziny. Nie znał szczegółów zdarzeń, ale rozpoznawał dziwne zachowanie niektórych z państwa. Wszyscy zjawili się w jadalni. Dopiero pod koniec posiłku, Vivienne odzyskała równowagę. Sara nie odzywała się niemal wcale. Z niecierpliwością czekała na to, by porozmawiać z Jeffrey’m na temat braci. Nie wiedziała, iż ten już postanowił im pomóc. Mathev siedział wciąż milcząc. Miał burzę w głowie.

Coraz bardziej nie wiedział co się dzieje z jego rodziną. Czuł się coraz bardziej obco. Dochodziło do niego, iż jego problemy są niczym w stosunku co do tego, co przeżywa jego rodzina. Po zakończeniu obiadu Mathev chciał być sam, i ruszył w kierunku windy. Nie chciał przebywać z resztą rodziny. Jednak lord de Blackstone zatrzymał go lekkim uśmiechem, gdy ten tylko na niego spojrzał. Chciał odwzajemnić uśmiech, ale wyszło coś na kształt dziwnej miny.

- Chciałbym z tobą porozmawiać Mathev. Nie masz nic przeciwko temu?

- Nie ma o czym rozmawiać Jeff.

- Tak uważasz? Ja jednak myślę, że masz wiele pytań. I sądzę, że masz prawo oczekiwać na nie odpowiedzi.

- Skąd wiesz co ja chcę?

- Mam nadzieje, że mi powiesz. Pamiętaj, że nie jestem twoim wrogiem chłopcze. Jesteśmy rodziną – pamiętasz?

- O tak. Szczególnie po tym, jak się zachowuje moja mama. Nie wiem co o tym myśleć.

- Math! Daj sobie pomóc. Jeffrey usiłuje tobie wyjaśnić to co się tu dzieje – zresztą jak my wszyscy.

Sara starała się uspokoić brata. Jego spojrzenie zdradzało zdezorientowanie a nawet obawę. Sama nie umiała dostatecznie poradzić sobie z sytuacją, a co dopiero jej młodszy brat. Ten jednak nie odpowiedział, i wbiegł na schody.

- Mathev!

- Daj spokój Saro, ja sam z nim porozmawiam. Tu trzeba spokoju. Jemu nie potrzeba następnego wykładu.

- A co z Thomas’m Jeff? Obawiam się, że zrobi coś głupiego.

- Wiem Saro. Podjąłem już w tym kierunku odpowiednie kroki.

- Czyli co? O czym mówisz?

Vivienne żywo zainteresowała się tym co usłyszała. Coraz bardziej miała dość decydowania za nią. To ona była matką chłopców jak i Sary. To jej maż leży w szpitalu, nie wiedzieć czemu w stanie śpiączki. Dochodzi do wniosku, iż coraz bardziej jej życie zaczyna przypominać zwariowany kalejdoskop. Energicznie wstała wpatrując się w twarz lorda de Blackstone. nie przejawiała najmniejszego uśmiechu czy też rozbawienia.

- Chciałabym byś coś zrozumiał Jeffrey’u. Math, Thomas jak i Sara to moje dzieci. Moje i Steven’a. naturalnie jestem tobie wdzięczna za udzieloną nam pomoc. Bóg jedyny wie, czy dalibyśmy sobie radę z ciągłymi kłopotami. Jednak mimo to nadal jestem ich matką, i chciałabym byś miał to na uwadze. Nie możesz decydować sam o ich losie w taki sposób, jak to ty tylko widzisz. Mimo całej niesłuszności ich decyzji w ich młodym życiu – to jednak jest ich życie. Dopóki są niepełnoletni, to ja ze Steven’m będę decydowała o tym co dalej. Chciałabym byś miał to na uwadze i podejmując jakąkolwiek decyzję w ich sprawie, konsultował to ze mną.

Kobieta zakończyła swój wywód własnej racji, i nie miała nic więcej do powiedzenia. Sarze nie bardzo podobał się ton w jaki je wygłosiła, jednak ugryzła się w język. Wewnątrz siebie przyznawała matce rację. Mężczyzna tylko ze zdumienia uniósł lekko ku górze brwi. W rzeczywistości o to właśnie mu chodziło. Usilnie od pewnego czasu starał się wciągnąć Vivienne w działanie. Starał się ją pobudzić do życia w odpowiednim kierunku, i jak widać przynosiło to rezultaty. Naturalnie poczynił odpowiednie kroki w stosunku do jej synów, lecz najważniejsze pozostawił do jej decyzji. W żaden sposób nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za ich los, jednak starał się taktownie kontrolować własne bezpieczeństwo.

- Zatem co zamierzasz w tej dziedzinie uczynić Vivienne?

- Obecnie chcę porozmawiać z własnym synem. To co się dzieje jest nie do przyjęcia. Bóg mi świadkiem, iż albo zrobimy z tym porządek, albo wyniesiemy się stąd do własnego domu. I żadne duchy nie będą decydowały o naszym losie.

- Ok! masz rację. Czy chciałabyś sama z nim porozmawiać? Czy też oboje z Sarą mamy tobie w tym pomóc?

- Wybaczcie mi moi drodzy, ale sama tego tematu nie udźwignę. Wiele mnie kosztuje życie żywych ludzi, a co dopiero umarłych. Sama do końca nie wiem, co o tym myśleć.

- Nie ma sprawy mamo. Idziemy z tobą oboje.

- Dobra decyzja. Co ty na to Vive?

- Zgadzam się.

Cała trójka po schodach ruszyła do pokoju Mathev. Leżał na własnym łóżku z założonymi pod głową rękoma. Vivienne zapukała.

- Math! Mogę wejść?

- Mamo daj spokój!

- Math! Proszę cię.

- Zresztą jak chcesz.

Kobieta niepewnie nacisnęła klamkę. Drzwi lekko się uchyliły. Do pokoju weszła nieustannie rozważając, do czego rozmowę zacząć. Usiadła przy nim na jednym z foteli. Zaraz potem do pokoju weszli Sara z Jeffrey’m. Usiedli na posłaniu Thomas’a. Nie było to zbyt w porządku w stosunku do niego, ale nie było innego wyjścia.

- Wiem kochanie, że ostatnie dni nie były zbyt lekkie dla ciebie. Wiem co mogłeś sobie myśleć. Nie wiem, jak tobie to wyjaśnić, lecz postaram się tobie to wytłumaczyć, jak tylko najlepiej będę mogła. Synu, czy jesteś w stanie mnie wysłuchać?

- Chętnie posłucham o co tu chodzi.

- Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, iż poprosiłam twoją siostrę i Jeffrey’a o pomoc w tej sprawie. Sama nie wiem, czy potrafię to tobie wyjaśnić w dość zrozumiały sposób.

- Co wyjaśnić mamo? Na razie nie wiem o co chodzi. Wiem, że coś się dzieje i to jest pewne – wiele dziwnych zdarzeń. Tata dziwnie się zachowuje – ty dziwnie się zachowujesz. Ten cały dom jest dziwny. Thomas uciekł z tą idiotką. Czy nie sądzisz, że to za wiele?

- Tak sądzę Math. I dlatego tu jesteśmy.

- Dobrze mamo. Zatem słucham twoich wyjaśnień.

Vivienne spojrzała na siedzących obok Sarę i Jeffrey’a. Sama miała wiele pytań i poważnie liczyła na wsparcie Jeffrey’a, który przyjaźnie się do niej uśmiechał.

- To co teraz tobie przekażę Mathev, pewnie ciebie zszokuje. Nie bardzo wiem, jakie masz zapatrywania na tego typu sprawy, lecz…

- Zapatrywania na co?

Kobieta wewnętrznie aż się w sobie wiła jak węgorz. To co chciała mu powiedzieć, z trudem kiełkowało jej w głowie. Co dopiero to wypowiedzieć tak, by jej młody syn to zrozumiał. No i wypaliła jak z armaty.

- Duchy!

- Co?

- Duchy! To o tym chcę z tobą porozmawiać.

- Żartujesz! Powiedz że żartujesz mamo. Sara mama żartuje? Czemu nic nie mówisz?

- Posłuchaj. To czego ty byłeś świadkiem, to nie pierwszy przypadek w naszej rodzinie. Nie działo się to w naszym domu tam, gdzie mieszkaliśmy poprzednio, ale tu w tym domu. Cała sprawa zaczęła się właśnie tutaj Mathev. Tu chodzi o przeszłość związaną z Jeffrey’m. A ściślej z jedną z osób z przeszłości.

- Osoba z przeszłości? Nie rozumiem.

- Chodzi tu o jedną z członkiń rodu de Candberry. Ona nie żyje, ale z jakiegoś powodu daje znać o sobie.

- Jak to daje znać o sobie? Sama mówisz, że nie żyje.

Lord de Blackstone widział szamotanie się Vivienne w wytłumaczeniu chłopcu tego tematu.

- Mathev! Mama usiłuje tobie wytłumaczyć, że sprawy które nie zostały załatwione do końca w przeszłości – echem odzywają się dzisiaj. Chodzi o nieżyjącą już kobietę a ściślej lady Mary Steffany de Candberry – bo o niej tu mowa, właśnie się o to upomina. Stąd te dziwne zdarzenia. Wiemy już dzisiaj, iż sprawa ma ścisły związek z zaginionym synem lady de Candberry. Nie wiemy kto to jest, ani gdzie jest. Wiemy jedynie, że ja mam go odszukać. Z jakiegoś powodu ma to również ścisły związek z waszą rodziną chłopcze. A konkretnie z twoim ojcem.

- Masz na myśli jego śpiączkę?

- Tak, właśnie. To co wiedziałeś – to co się działo z twoją matką – to właśnie jeden z przykładów ingerencji lady de Candberry.

Chłopak nadal nie czuł się przekonany. Starał się spokojnie słuchać tych tłumaczeń, i coraz bardziej oddalał się od reszty rodziny. W brew oczekiwaniu wszystkich, on odbierał to jak jakieś zbiorowe szaleństwo.

- Chcecie mi wmówić, że… dziękuję mamo! A ja myślałem, że chcecie mi wytłumaczyć faktycznie to, co się dzieje w naszej rodzinie. Dlaczego ty się tak zachowujesz? Dlaczego tata choruje choć nie ma jasnych przyczyn jego choroby. A wy mi tu pociskacie jakieś pierdoły o duchach. To idiotyzm.

Podczas gdy Mathev rozmawiał z lordem de Blackstone – Vivienne stała przy oknie. Sara przysłuchując się rozmowie obu, ukradkiem spojrzała w jej stronę. Tak jakby tknięta jakimś impulsem, spojrzała dokładnie w momencie, gdy kobieta wykonała raptowny ruch całym ciałem. Jej plecy wyprężyły się a podbródek uniósł się dumnie ku górze. Od razu zwróciła na to uwagę. Chciał w jakiś sposób zareagować, lecz nie zdążyła. Vivienne odwróciła się dumnie w stronę obu rozmawiających.

- Mniemam, iż pozwolicie mi panowie zadać jedno niezwykle ważkie pytanie.

Jej postawa jak i jej dumnie uniesiona głowa nie dawały złudzeń. Lord Jeffrey de Blackstone obawiając się o chłopca, powstał chcąc stanąć przy nim. Jednak tylko stał w miejscu. nagle poczuł jakby blokadę, i nie mógł nic więcej zrobić. Sara siedziała w fotelu nie mogąc się poruszyć. Vivienne wykonała dwa kroki w kierunku chłopca.

- Widzę chłopcze, że nadal tkwisz w niewierze co do faktów, jakie tu usłyszałeś.

- Mamo! No co ty?

W chłopaku coraz bardziej rosło uczucie przerażenia. Sytuacja dziwnego zachowania się jego matki, ponownie się powtórzyła. Zerwał się na równe nogi, jednak i on nie mógł wykonać dalszych ruchów.

- Mathev nie masz się czego obawiać. W żadnym razie nie chcę twej krzywdy. Jednakże chciałabym byś wreszcie zrozumiał co tu się dzieje, i kim jesteście.

- Mamo!

- Nadal mnie nie słuchasz. Wiele się musisz jeszcze nauczyć chłopcze. Nadal nic nie rozumiesz prawda? Twoja rodzina chłopcze nie przypadkowo się tu znalazła. Od długiego czasu przyglądam się temu, co dzieje się w tym domu. Lord Jeffrey de Blackstone jest mądrym człowiekiem, i wielce doświadczonym. Dziesiątki razy udowodnił swoją prawość, i to między innymi z jego powodu odwiedzam ten dom. Musisz pojąć, iż nie chcę nikogo skrzywdzić i nikt tego nie zrobi. A wręcz w pewnym sensie jesteście pod ochroną.

- Czy nam coś grozi?

- Posłuchaj chłopcze. Wiele zacnych rodów jakie znam, zmarniały – by nie rzec upadły tylko z jednego powodu. Mianowicie braku otwartości, braku częstych szczerych rozmów. W życiu lorda de Blackstone właśnie tak się stało, i staram się to zmienić. On o tym nie wie, ale jest mi bardzo bliskim sercu człowiekiem. Z jakiego powodu – to jest obecnie nie ważne. Zapamiętaj Mathev! Orędownikami zagubionej prawdy są twoja siostra Sara, jak i lord Jeffrey de Blackstone. Oni mają wszystko co potrzebne jest do odkrycia prawdy. To tylko wtedy będę mogła odpocząć – odetchnąć odchodząc w wieczność.

- Czy to prawda, iż to przez panią tata jest w śpiączce?

Kobieta skierowała się w stronę okna. Jej ruchy były bardzo starannie przemyślane, i bardzo dystyngowane. Gdy podchodziła do okna zdradzała obecność długiego trenu. Brakowało już tylko dwu kroków do okna, gdy się zatrzymała. Odwróciła się właśnie wtedy, gdy padło to ostatnie pytanie. Mathev niemal je wydusił z siebie niczym pocisk.

- Twój ojciec chłopcze kończy właśnie własną podróż. To kolejny etap jaki musi przejść przed poznaniem prawdy.

- Jakiej prawdy?

- O sobie Math. On musi pojąć, że czeka na niego coś o czym nie ma pojęcia – a istnieje obok niego. A co do twego pytania. Tak i nie. Tak dlatego, iż to moja ochrona by mógł nabrać siły, by się wzmocnił. Nie – gdyż twój ojciec ma słabe serce. Sam doprowadził je do takiego stanu. Jedno wynika z drugiego. Jednak nie martw się. Za niemal godzinę odezwie się jeden z tych dziwacznych wynalazków, jakie przy sobie macie. I wtedy ojciec wróci do was. Wróci do siebie. Przekaż mu wtedy, iż on musi powrócić na swoje miejsce. Zjednoczenia musi się stać zadość. Inaczej nie zaznam spokoju.

I w chwili gdy kobieta odwróciła się do okna, zobaczył niczym łunę światła. Stojąca przy oknie postać kobiety stawała się mglista, po czym zobaczył właściwą postać. Piękną dostojną kobietę w długiej kremowej sukni z trenem. Jej włosy wspaniale ułożone spływały po jej plecach. Odwróciła się doń nieznacznie, i uśmiechając się doń frywolnie zdmuchnęła całusa ze swej rozłożonej dłoni. W momencie gdy tylko zjednoczyła się ze światłem dziennym, Vivienne osunęła się na podłogę.

- Mamo!

Sara zerwała się z fotela a za nią Jeffrey. Oboje podnieśli kobietę z podłogi. Niemal w tym samym momencie odzyskała przytomność. Nic jej nie było. Jedynie lekko stłukła sobie łokieć. Lord de Blackstone uniósł Vivienne niczym dziecko i posadził na kanapie. Wpatrywała się w obojga, jakby chciała zapytać: - znowu? Co się dzieje?.

- Czemu tak się we mnie wpatrujecie?

- Jak się czujesz?

- Mówiąc szczerze sama nie wiem. A co…?

- Mamo…

- Tylko nie mów mi, że znowu byłam kim innym! Byłam? Kim?

- Lady de Candberry.

- Wiecie co? Ja chcę się stąd wyprowadzić. Mam dość. Dosyć! Słyszycie? Dosyć!

I zerwała się na równe nogi. Zachwiała się nieco, ale szybko to opanowała. Wykonała parę kroków po czym przystanęła na środku pokoju. coś ją zastanowiło. Wyraźnie było widać to na jej twarzy – całkowite zafrapowanie.

- Mamo co się dzieje?

- Co ona chciała Saro? Jeff?

Jeffrey stał z troską przyglądając się kobiecie. Wiedział, że to co się dzieje wykańcza ją całkowicie, ale nie miał na to wpływu. Robił co mógł by wywiązać się z obietnicy niedawno danej lady de Candberry – widać zbyt mało – skoro nadal się pojawia.

- Tak naprawdę wiele powiedziała. Z tego co się do tej pory dowiedzieliśmy, to znamy przyczynę stanu zdrowia taty. To jej dzieło.

- Jak to? Po co?

- Też tego nie rozumiem. Powiedziała jednak, iż Jeffrey jej coś obiecał i musi dotrzymać raz danej obietnicy.

- Tak wiem. Poszukiwanie jej zaginionego syna. Lecz jaki to ma związek ze Steven’m? To absurd.

Nagle całkowicie pobladła. Sara natychmiast wstała z fotela zaniepokojona jej wyrazem twarzy.

- Zaraz, zaraz. Czy tu nie było Mathev? Boże! On tu był – rozmawiałam z nim podczas gdy ona… gdzie on jest? Poszedł do siebie.

Kobieta nagle ruszyła do wyjścia gdy w hallu rozległ się sygnał telefonu. Już była na schodach, jednak zawróciła – chwytając słuchawkę w wielkim pośpiechu.

- Słucham!

- Czy to posiadłość Garden Hill?

- Tak, słucham!

- Z tej strony doktor Davis. Dzwonię by poinformować panią, iż pan Forest wybudził się ze śpiączki.

Lady Vivienne Forest niemal nie zemdlała z wrażenia. Stała trzymając nieruchomo słuchawkę niczym woskowa figura. Oboje Jeffrey z Sarą ruszyli w jej kierunku. Wiedzieli że ponownie przeżywa wstrząs.

- Kto dzwonił mamo? Co się stało?

- Tato się obudził.

- Jak to się obudził? O matko!

- Co znowu? Saro! Ja oszaleję.

- To właśnie powiedziała lady de Candberry do Mathev.

Kobieta już nie słuchała. Jak tylko usłyszała wspomnienie o lady de Candberry, tak odłożyła słuchawkę na miejsce.

- Gdzie jest Mathev?

- Jest pewnie u siebie.

- Idę! Muszę z nim porozmawiać. On mnie znienawidzi.

I zaraz ruszyła na schody. Już była w połowie drogi na piętro, gdy Sara z Jeffrey’m usłyszeli jej głośnie narzekanie.

- Mam dość tej kobiety! Żyje czy nie żyje – mam jej dość! Nie wytrzymam – jak mi Bóg miły.

Sara nigdy nie słyszała takich słów z ust matki. Na gołe oko widać było, iż jej matka jest coraz bardziej wykończona psychicznie. Vivienne zapukała do drzwi pokoju syna, opanowując jak tylko mogła własne emocje. Z pośpiechu jak i desperacji o wybudzeniu męża dostała istnej zadyszki. Usłyszała proszę i od razu nacisnęła klamkę. Chłopak spojrzał na matkę badawczym wzrokiem. Był jakiś inny. Od razu to zauważyła. Bała się, iż być może ta cała historia na nim się odbiła.

- Jak się czujesz?

- Mamo jest ok!

- Przyszłam cię prosić o wybaczenie. Chciałam cię przeprosić.

- Za co mamo?

- To wszystko jest i tak dla mnie bardzo trudne. Jednak to nie usprawiedliwia mnie, bym ukrywała to przed tobą.

- Ale mamo…

- Daj mi powiedzieć – proszę, bo czuję że muszę.

- No dobrze.

- Ta cała sytuacja z tymi dziwnymi zdarzeniami nie działa się od paru dni Mathev. Ta sytuacja trwa do samego początku naszego pobytu tu w tej posiadłości. I to również nie jest do końca prawdą. Jedno z tych zdarzeń nastąpiło już w tamtym domu. Widziała już wtedy tę dziwną damę Panią de Candberry.

- Nic nie mówiłaś.

- A kto by mi uwierzył Mathev. Nie chciałam narazić się na śmieszność. Sama nie wiedziałam do końca, czy nie zwariowałam. Ta manifestacja to jednej to drugiej kobiety trwa już od dłuższego czasu. Nie wiesz, jak mnie to wykańcza.

- Nie wiem co mam tobie powiedzieć mamo. Nie wiem, czy jest tu coś do powiedzenia. To jakieś idiotyzmy. Co ja powiem w szkole. To ostatni rok. Jak oni się dowiedzą co się tu wyprawia – mogę od razu zrezygnować.

- Po prostu nic nie mów. To jest nasza rodzinna sprawa. Nic co się tu dzieje, nie może wyjść poza tą posiadłość.

- A co z Thomas’m? Mam nadzieję, że o nim nie zapomniałaś.

- Nie. Jednak mówiąc szczerze nie mam pojęcia co z tym zrobić. Co prawda Jeffrey proponował mi pomoc, ale…

- Ale co?

- Zabroniłam mu cokolwiek robić w tej sprawie. To mój syn Mathev! Mam dosyć, by inni za mnie decydowali. Tyle że nie jestem przekonana, czy to była mądra decyzja. Ja zupełnie nie wiem co robić. I jeszcze ojciec.

- Co z nim? Jest w szpitalu. Chyba że czegoś nie wiem.

- O matko! Nawet nie powiedziałam tobie najważniejszego. Co ze mnie za matka!

- Mamo niepotrzebnie się katujesz. Nie zapominaj, że to co się tu dzieje tyczy się nas wszystkich – mam rację?

- Masz rację. Jednocześnie uważam, że nie powinieneś być na to narażony.

- Tak, ale pamiętaj, że nie jesteśmy już dziećmi mamo. Zatem co z ojcem?

- Obudził się. Ot i tyle.

- To chyba dobrze co? To znaczy, że niebawem będzie w domu. Ale widzę, że nadal coś ciebie gnębi. O co chodzi?

- Sara powiedziała mi, że podczas gdy zachowywałam się dziwnie – no wiesz… nawet nie wiem jak to nazwać.

- Chodzi o tą dziwną kobietę – tą de Candberry.

- No właśnie. Sara powiedziała, że ona to zapowiedziała. Zapowiedziała że śpiączka w jakiej znajdował się tata, to za jej sprawą. Powiedziała, że jego wizja musi się wypełnić, i on musi ją poznać. Tak kobieta rzekomo powiedziała, że za niespełna godzinę odezwie się u nas jeden z tych nowomodnych dźwięków. Dowiemy się wtedy, iż tata się wybudził. I tak się stało.

- Pamiętam! Tak mówiłaś – to znaczy – ta kobieta mówiła. Wychodzi na to, że dotrzymała słowa.

- No ale zdajesz sobie sprawę, że to nie załatwia niczego. Ważne jest aby teraz tata wyzdrowiał i wrócił do domu. To jest teraz najważniejsze.

- Ale co z Thomas’m? wiesz, ze on może mieć kłopoty.

- Wiem! Lecz jak na razie nie mam do tego głowy Mathev. Trzeba jechać do szpitala. Chyba że wolisz zostać w domu.

- A mogę? Nie chcę jak na razie tam wracać.

- Oczywiście! Mam nadzieję, że już będzie wszystko dobrze synu.

- No nie wiem. Jak zaraz nie dostanę coś do jedzenia, to nie będzie dobrze.

Przez chwilę był poważny, lecz zaraz roześmiał się pokazując rząd białych zębów. Vivienne również ulżyło. Dłonią przeczesała jego bujną czuprynę. Od razu się odsunął ze spojrzeniem mówiącym: - no co ty mamo? Oboje wstali i ruszyli do wyjścia. W jadalni stół został już nakryty do obiadu, i George z niecierpliwością oczekiwał dwojga z rodziny swego państwa. Przy szklanych drzwiach oranżerii stali Sara z Jeffrey’m. Stali oboje przytuleni do siebie, wpatrując się w gąszcz wspaniałych roślin. Na odgłos wchodzących odwrócili się w stronę wejścia do jadalni.

- Już chciałam po was ruszyć mamo. George od kwadransa chodzi jak struty. Mówił że jak dalej tak pójdzie, zrezygnuje ze stanowiska majordomusa.

- Bo i ma rację. Z tymi spóźnieniami również będziemy musieli coś zrobić.

Stwierdziła pani Forest. Tajemniczo się przy tym uśmiechała do stojącego przy jej boku syna. Była szczęśliwa, że udało jej się w odpowiedni sposób wytłumaczyć mu co się tu dzieje. Zresztą sama była zdziwiona z efektu tej rozmowy. W głębi siebie nie odczuwała pełnego zrozumienia tego, co się tu dzieje. Tak czy owak cała rodzina zasiadła do stołu. Majordomus wreszcie mógł polecić pokojowym podawanie już i tak odgrzewanego obiadu. Dumny był z tego, iż w ogóle udało mu się uchronić to co ugotowano przed zniszczeniem. Po obiedzie cała rodzina prócz Mathev ruszyła limuzyną do szpitala. David wiedział doskonale, jaki był ruch na tej trasie, zatem lord de Blackstone nawet nie próbował nim kierować.

Chyba że miał własne polecenia względem sprawunków w mieście. W szpitalu zjawili się dość szybko. Vivienne wraz z Sarą były tak przejęte, iż wydawało się, że wciąż jeszcze jadąc – chciały już wysiąść. David niespokojnie zerkał w lusterko widząc, wciąż rosnące poruszenia wewnątrz limuzyny. Zajechał na parking bardzo płynnie, i po chwili już parkował na tym samym stanowisku co zawsze. Lord de Blackstone nigdy nie wiedział, jak on to robi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz