Tom II – część 42

Post w dziale:

Zaczął poważnie się zastanawiać nad tym, czy uczynił słusznie pozwalając mieszkać tu całej rodzinie Forest’w. czy nie lepiej było jedynie poinformować o całej sprawie drogą prawną. Z bólem uzmysłowił sobie, że będzie musiał w jakiś sposób zabezpieczyć majątek przed rozpuszczeniem. Zimno mu się zrobiło na samą myśl, by w całości został zmarnowany. Podchodząc do drzwi – przystanął.

- Chciałbym abyś zrozumiał Math, iż nie jestem waszym wrogiem. Staram się usilnie byś rozumiał, że cała wasza rodzina jest w szczególnym położeniu. Jednakże, jeśli obaj nie zmienicie własnego postepowania, zmuszony będę przedsięwziąć odpowiednie kroki – by temu zaradzić.

- Nie! Ty chcesz z nas uczynić niewolników Jeff. Tam żyliśmy zgodnie i spokojnie. Tu tego nie ma. Chciałeś kupić nas za pieniądze – tyle to znaczy!

Chłopak dość głośno wypowiedział swoją kwestię. Nie zamierzał, lecz dość mocno był zdenerwowany zaistniałą sytuacją, którą zastał w swoim pokoju. Wściekły był na brata za to co zrobił. Wściekły był za ojca, którego zabrali do szpitala – po prostu był rozgoryczony.

- Co tu się dzieje? Czy może mi któryś wytłumaczyć, co się tu dzieje? Na Boga! Mathev! Słychać ciebie aż na trzecim piętrze.

- Jego się zapytaj!

- Ja pytam ciebie. O co chodzi?

- Chodzi o to, że on chce mnie pouczać. Chce wszystkich pouczać za to, że tu jesteśmy. Powiedziałem…

- Słyszałam co powiedziałeś. I myślę, że nie pomyślałeś w przód nim cokolwiek powiedziałeś. Nie chcę nawet brać pod uwagę tego co słyszałam – idąc tutaj Math!

- A cóż ja takiego powiedziałem, że mieliśmy swój dom, że żyliśmy spokojnie, że nikt nas nie pouczał? On rozstawia wszystkich po kątach, jak byśmy byli niewolnikami – jego niewolnikami.

Sara słuchała skwapliwie. Była zmęczona całym zamieszaniem, jaki powstał w tym pokoju. Starała się jednak być cierpliwa. Nie chciała przerywać bratu wywodu. Wiedziała, że jest zdenerwowany i stąd ten wybuch. Dopiero po chwili Mathev zamilkł. Usiadł na łóżku, i wpatrzył się w punkt w ścianie. Uważnie się mu przyglądała, po czym przy nim usiadła. W pokoju nie było nikogo. Lord Jeffrey de Blackstone poszedł do siebie.

- Czy możemy teraz porozmawiać?

- Nie ma o czym. Ty i tak będziesz go bronić. Chyba jesteś ślepa jeśli nie widzisz o co mu chodzi.

- A twoim zdaniem o co mu chodzi?

- Już powiedziałem. On chce mieć swoich służących. Ma pieniądze – i to nie małe. On chce mieć kogoś do pomocy. Mami nas pieniędzmi Saro. Jest już stary – nie widzisz tego?

- Dosyć Math! Bo powiesz o jedno słowo za dużo – a nie wierzę, że chcesz tego. Teraz czy pozwolisz bym ja mogła coś powiedzieć?

- Jeśli musisz.

- No raczej muszę. Z tego co usłyszałam od ciebie wynika, że problem jest grubo większy niż by się wydawało. Powiedziałeś coś, z czym się nie mogę zupełnie zgodzić.

- A co ja takiego powiedziałem? Wiedziałem, że zaraz będziesz go wybraniała. Przestałaś już widzieć naszą rodzinę. On znalazł się nie wiadomo skąd, i już jest kimś ważniejszym niż my.

- Skończyłeś? Dasz mi w końcu coś powiedzieć czy będziesz mnie zakrzykiwał, jak przed chwilą Jeffrey’a. powiedziałam, że jest problem – bo jest. Chodzi właśnie o was obydwu. Tak w ogóle to dziwię się, że ani mama ani tata tego nie zauważyli wcześniej. Powiedziałeś przed chwilą, że żyliśmy spokojnie w naszym starym domu. I masz rację, ale nie do końca. Wiesz dobrze, że tata stracił pracę w firmie. Jak również to, że pieniądze z jego pracy ledwo starczały na utrzymanie domu. Mama musiała kombinować by starczało dla każdego z nas. Ja nie pracowałam, ty i Thomas uczyliście się. Mama również nie miała pracy. Pracował jedynie ojciec. Dobrze wiesz, że sprawa z Jeffrey’m – uczciwie powiedziawszy – niemal spadła nam wszystkim jak z nieba. Co prawda wywołało to wielki wstrząs w naszej rodzinie, lecz wszystkim wyszło to na dobre. Tak myślałam do dzisiaj.

- A teraz już tak nie myślisz?

- Nie Math. Po tym co usłyszałam na temat twoich osiągnięć w szkole – jeśli chodzi o twoje zasługi poza notami za naukę – to nie wierzyłam – wierz mi, że nie wierzyłam, że to chodzi o Ciebie.

- To są jakieś bzdury Sara. Nie mam żadnych problemów na uczelni.

- To ty tak uważasz. Zapomniałeś jednak, że masz zwierzchników. Ty jesteś uczniem Math. Nie wiem czym się tak wsławiłeś, że o twojej opinii nie ma nawet co mówić. Jedno ci mogę powiedzieć. Nie sądziłam, że to właśnie ty tak mnie zawiedziesz. Byłam dumna z ciebie, a opinia w uczelni – to nie ty! To opinia jakiegoś bandziora. Czy będąc w tamtym domu miałeś taką opinię? Nie sądzę. Co do Jeffrey’a. Tyle mu zarzucasz lecz tylko pomyśl. To on sprawił, że dowiedzieliśmy się, iż jesteśmy jego krewnymi. To on mnóstwo czasu poświęcił by dojść do prawdy o pokrewieństwie. Chyba się z tym zgodzisz? Pomijając już to, że wcale nie musiał. On ma wszystko i stać go na wszystko – ale nie. Chciał być uczciwy wobec nas. Pomyśl tylko – jak tylko dowiedziono, iż jesteśmy jego krewnymi od razu zabezpieczył nas przed brakiem środków do życia. Od razu zaczął się nami interesować, jak nikt dotąd. Czy ktoś wcześniej martwił się o nas? Czy mamy dość pieniędzy do życia, na odzież? Nie! Tylko rodzice. On dał mi pracę, i jeszcze mi udziela pomocy w poszukiwaniu dobrej uczelni. To on sprawił, że żyjemy o niebo lepiej niż tam gdzie byliśmy niegdyś. Nie mówię, że tam żyło się źle. Jednak tam wszystko stanęło pod znakiem zapytania. A tu? Mamy wielki dom, każde z nas ma własne pokoje. Ty jak i Thomas – obydwaj macie do dyspozycji własne samochody. Miałeś to tam? Macie kieszonkowe o jakim tam moglibyście tylko marzyć. Zauważ, że to on wciąż dba o nas w praktyce, dowiaduje się o twoich postępach w nauce, o Thomas’a również. Nawet rodzice o tym zapomnieli.

- Bo mają pracę w firmie.

- Tak. A czy mogli pomarzyć o tym tam, gdzie poprzednio mieszkaliśmy? Nie! A tu proszę. Jeffrey dał im możliwości finansowe, prawne. To on dał tacie wszelkie kontakty, by mógł stworzyć własną firmę. Mało – to on doprowadził do tego, że mama zaczęła sprawdzać się w biznesie. To mało? Powiedz tak uczciwie Math, czy to mało? A co my daliśmy w zamian? Nic.

- Jak to nic!

- No nic. Co daliśmy? Tylko bierzemy i bierzemy. Czerpiemy wielkimi garściami z jego kieszeni – ot tyle dajemy. A w rzeczywistości wygląda to o wiele gorzej. Ty – choć wspaniale się uczysz – masz z przedmiotów oceny celujące, co czynisz z własnym życiem. Rano wychodzisz na uczelnię ale wracasz Bóg jedyny wie kiedy. I nikt nie wie, gdzie w tym czasie przebywasz, ani co wtedy robisz. Czy to w porządku Math? Thomas jeszcze gorzej. Czy ty nie widzisz, że on opuszcza dni nauki? Wagaruje najzwyczajniej. Odkąd poznał tą pannicę Maggie stał się nie do poznania. Jest drażliwy, wulgarny, agresywny. Nie wiadomo co z jego dalszą nauką. Jest zagrożony.

- Jak to? Aż tak źle?

- A tak – mało! Miał zakaz przyprowadzania tej pannicy tu do posiadłości po tym, jak zachowała się w trakcie grillowania. Pamiętasz?

- O tak. Pamiętam to. Myślałem, że mama dostanie zawału.

- No to sobie wyobraź, że mimo to przywiózł ją dzisiaj – po kryjomu. Co prawda nie przyprowadził jej do domu, lecz byli w naszym parku koło fontanny. Widziani byli przez lorda de Brams’a. Wiesz, że ona zdewastowała krzewy wkoło fontanny, jak i zdewastowała samą fontannę.

- Ktoś to widział?

- Czy ty mnie słuchasz? Właśnie powiedziałam, że widział to lord de Brams – nasz gość.

- Acha! I co dalej?

- Dalej jeszcze lepiej. Przy garażach natknęli się na Jeffrey’a.

- Oho! To musiało być nie ciekawie.

- I tu się zdziwisz. Ze strony Jeffrey’a nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Polecił odwieźć pannę do miasteczka na przystanek autobusowy.

- A co Thomas na to?

- A jak myślisz? Jeffrey polecił lokajowi kategorycznie to przypilnować. Ale Thomas nie ustępował. Wyzywał i obraził George’a. koniecznie chciał wziąć swój samochód i odwieźć ją do Londynu – tam gdzie mieszka.

- Zgłupiał do reszty.

- Delikatnie mówiąc. Dopiero z pomocą Bena, lokaj sobie poradził z jego upartością. Na to nadjechał David. Ben wsadził niemal siłą tę pannicę do samochodu i odwiózł ja na przystanek. Jeffrey chciał by Thomas przyszedł do jego gabinetu. Chciał z nim porozmawiać. Ale nie. Ten musiał postawić na swoim. Gdy wszyscy byliśmy w jadalni Thomas’a ani ciebie nie było.

- No tak. Myślałem że zdążę.

- Nie Math. Ty nie myślałeś że zdążysz. Już od dłuższego czasu przychodzisz do domu kiedy chcesz. On również robi co chce. Tata poszedł do waszego pokoju po was obydwu. I nie wiem co się tam stało – to jest najgorsze. Bo musiała się coś stać. Słyszeliśmy trzaśnięcie drzwiami w hallu, ale tata już na obiad nie wrócił. Myśleliśmy że zdenerwował się rozmową z Thomas’m, i jest w swoim pokoju. dopiero George przybiegł i zaalarmował nas, że tata leży w waszym pokoju na podłodze. Math. On był nieprzytomny. Gdy tam przybiegliśmy, to lord de Brams robił mu masarz serca. Potem przejął to Jeffrey. Resztę znasz. Pogotowie, szpital. Lecz Thomas’a nie ma. Mama ledwie usnęła na środkach uspakajających. Ja nie wiem co będzie. Jeffrey jest bardzo zły na Thomas’a. wiem, że bardzo obawia się o naszego ojca. Wiem również, że wiele nadziei pokładał w was obydwu. Wiem to, bo wiele razy przy mnie snuł własne plany co do was – co do waszej przyszłości. Cieszył się z tego, jednak teraz nie wiem co będzie. Czy teraz rozumiesz o co w tym wszystkim chodzi? On jako jedyny traktuje nas jak własną rodzinę. Ale my…, co można powiedzieć o nas? Aż wstyd bierze pomyśleć.

Mathev siedział nic się nie odzywając. Uświadomił sobie, że jednak siostra ma rację. On jak i jego brat zawalili sprawę na całej linii. Faktycznie ich życie stało się o wiele wygodniejsze. Obaj mają samochody, obaj mają dość pokaźne kieszonkowe. Jak i obaj mają wiele luzu. No i dom. Ale dotąd jakoś o tym nie myślał w ten sposób. Dopiero teraz przypomniał sobie, jak wiele czasu przesiedział z Jeffrey’m. Jak on dopytywał się o jego zainteresowania, plany, marzenia. Teraz dopiero zaczął to rozumieć. Ponownie nastała cisza. Sara była tak zmęczona tą całą sytuacją, że sama nie wierzyła, iż to się dzieje. Jej ojciec ponownie w szpitalu. Matka w pokoju śpi na środkach uspakajających.

Obaj bracia wymagają mocnego wstrząsu, by się obudzić. Odczuwała coś jeszcze. Nagle poczuła brak argumentacji, co do pobytu całej rodziny w posiadłości Jeffrey’a. Zupełnie nie wiedziała teraz, co on zamierza. Czuła, że musi coś zrobić i zebrać całą rodzinę do kupy. Jednak nie mogła zrezygnować z Jeffrey’a. co będzie, jak cała rodzina będzie musiała wynieść się z posiadłości. Co będzie, jak w takiej sytuacji – zapewne – będzie musiała opowiedzieć się za jedną bądź za drugą stroną. Coraz bardziej ta myśl ją przerażała. Wstała z kanapy brata, i bezwiednie podeszła do okna. Nie miała najmniejszego powodu doń podchodzić, lecz odczuwała zdezorientowanie. Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Jeffrey wraz z Vivienne.

Sara była ogromnie zaskoczona. Nie spodziewała się tutaj ich oboje. Matka była spokojniejsza, a Jeffrey wciąż poważny. Sara już wzrokiem pytała co się dzieje. Z twarzy mężczyzny nic nie można było wyczytać.

- Co się dzieje mamo? Jeff?

- Zaraz się dowiesz Saro. Właśnie rozmawiałam z Jeffrey’m na temat zaistniałej sytuacji. Bóg jedyny wie, jak podle się czuję z powodu twoich braci.

- Mamo!

- Tak Mathev. Z tobą i twoim bratem. I nawet nie odzywaj się do mnie, jak nie skończyłam. Winnam być wdzięczna Jeffrey’i za to, że odtworzył mi oczy. I wiesz co? Uświadomiłam sobie, że jestem winna tej sytuacji. Wiem, że firma wypełniła mi całkowicie czas, i moją uwagę w temacie rodziny. Lecz chcę powiedzieć, że mam tego dość.

Sara podeszła do matki. Wiedziała, że matka ma rację. Sama tak uważała. Jednak wiedziała również, że Mathev zrozumiał to, co źle zrobił. Nie chciała by matka marnowała czas na ponowne tłumaczenie mu tego, co ona już wykonała. Jednak Vivienne uniosła tylko dłoń na znak, by Sara się nie odzywała.

- Chciałam z wami porozmawiać na temat tego, jaką podjęłam decyzję.

- Ależ mamo. Już rozmawiałam z Mathev, i w pełni się ze mną zgadza. Wie, że źle się stało.

Sara od razu próbowała usprawiedliwić brata. Nie chciała już przechodzić tego samego po raz kolejny. Znała matkę i wiedziała, że jak ta wpadnie w swój ciąg wywodów, skończy się nadmiernym lamentowaniem. Jednak Vivienne była poważna – Jeffrey milczał.

- W tym tygodniu będę miała mnóstwo spraw w firmie. muszę wprowadzić w niej pewne zmiany. Zresztą w domu również. Z waszego powodu zmuszona jestem przenieść biuro tu do posiadłości. Jeffrey jest na tyle wyrozumiały, że zaoferował mi pomoc.

- To chyba dobrze mamo.

Chłopak od razu zaintonował matce. Czuł że taka decyzja pociągnie za sobą większą kontrolę nad nim i nad Thomas’m. W duchu jednak cieszył się, że jego matka już nie lamentowała. Nie przypuszczała jednak, że to co usłyszy tak nim wstrząśnie.

- Zmiany również dosięgną ciebie i Thomas’a. co do niego – okaże się, co dalej. Jednak co do ciebie Mathev – posłuchaj mnie uważnie, i weź sobie to porządnie do głowy. Od jutrzejszego dnia przeorganizujesz swój harmonogram dnia. Twój wóz zostaje zamknięty w garażu. Do uczelni będziesz dojeżdżał limuzyną z David’m. samochód twój jak i Thomas’a, zostają zamknięte do odwołania. David będzie ciebie odwoził i przywoził z uczelni do domu. Twoim zadaniem będzie poprawa własnej opinii w uczelni.

- Jak to przywoził i odwoził? Co to ja dziecko jestem? Mamo! Co ty mówisz?

- Tak! Wygląda na to, że jesteś dzieckiem. Tak samo, jak twój brat Thomas. Obaj zachowujecie się, jak rozpuszczone dzieci.

- To ja ci powiem mamo, że nie jestem dzieckiem. Mam prawo do własnego życia po zajęciach.

- Tak! To prawda. Masz prawo. Jednak fakty, jakie przedstawia twoja uczelnia jasno wskazują, że nie jesteś dorosłym człowiekiem. Jesteś często wulgarny, agresywny, pyskaty. Nie szanujesz profesorów.

- Skąd ty możesz o tym wiedzieć mamo!

- A wyobraź sobie że wiem.

I w tym momencie Vivienne trzasnęła o biurko Mathev teczką trzymaną w dłoni. Była wściekła. Nie wiedział jeszcze swojej matki w takim stanie. Od razu – patrząc synowi w oczy, wskazywała dłonią na teczkę.

- Twierdzisz że jesteś dorosły? Twierdzisz że nie jesteś dzieckiem – to proszę bardzo. Zapoznaj się z opinią z uczelni.

Chłopak stał przy oknie wciąż wpatrzony w matkę. Czuł jak rośnie w nim irytacja, ale zdawał sobie sprawę, że to nie wszystko. Czuł, że matka nie mówi mu wszystkiego. Stał dalej przy oknie.

- No dalej synu! Boisz się wziąć własną opinię do ręki? Zapoznaj się z tym co o tobie mówią w uczelni. I to nie koledzy – bo to najmniej ważne, lecz profesorowie – dyrektor. No dalej!

- Po co mam czytać?

- Po co masz czytać? A po to byś zrozumiał, że daleko tobie do dorosłości. Myślałeś sobie, że jak masz swoje lata, to już możesz wszystko? Myślałeś, że jak masz bogatego krewnego – jak wy młodzi zwykliście mawiać - „wypasiony dom”, to jesteś taki ważny. Że jak podjedziesz samochodem to już jest ok? otóż mylisz się. Nie trzeba być bogatym człowiekiem, by być mądrym i inteligentnym. Ale mądrość nie wywodzi się z arogancji i bezczelności Math. Kto tobie dał takie prawo co? Zatem ostrzegam ciebie. Jeśli przez ten miesiąc nie spowodujesz, iż ta sytuacja zmieni się na lepsze – stracisz własne kieszonkowe. To będzie następną konsekwencją twojego zachowania. Czy to zrozumiałeś?

- Mamo, dałabyś spokój.

- Tu nie o spokój chodzi synu. Tu chodzi o ciebie i twego brata. Albo będziesz porządnym człowiekiem, albo staniesz się nic nie znaczącym bandziorem. Jeśli odpowiada tobie rola bandziora – to następną konsekwencją będzie wyprowadzka Math. Twoja wyprowadzka.

- Mamo! To chyba za wiele powiedziane.

- Nie o to chodzi, że jest to za wiele powiedziane – lecz za późno powiedziane. Jestem Jeffrey’i ogromnie wdzięczna za daną mi zwłokę. Mnie osobiście jest ogromnie wstyd za was obydwu. Widzę, że moim błędem była ofiarowana wam zbytnia wolność. Nie zasługujecie na to.

Sara podeszła do matki starając się być spokojna, choć dobrze wiedziała, że matka nie żartuje. Pierwszy raz widziała ją tak rzeczową i tak opanowaną. Jednak chciała wpłynąć na to, by jej decyzje nie zaszły zbyt daleko.

- Mamo, a co z Thomas’m? przypominam tobie, że go nie ma. Nie wiemy co się wydarzyło tu w pokoju.

- Nie ważne Saro. Nie teraz. Obecnie mamy inny problem. Tata – pamiętasz? Nie daruję sobie, jak coś się mu stanie.

- Posłuchajcie. Nie ma co tracić czasu. Jedziemy do szpitala. Trzeba zająć się Steven’m. To teraz najważniejsze. David zawiezie nas swoim wozem.

- Dziękuję tobie Jeffrey’u.

Wszyscy skierowali się do wyjścia z pokoju. Jeffrey od razu wezwał do siebie George’a. Gdy tylko wszyscy zeszli na dół, majordomus już czekał na nich przy wyjściu z domu.

- Samochód gotowy sir. David już czeka przed wyjściem.

Wszyscy wyszli na schody. Gdy Jeffrey jako ostatni wsiadał do limuzyny, George wybiegł z hallu na schody z wielkim bukietem kwiatów.

- Proszę mi wybaczyć sir. Pozwolę sobie przekazać ten bukiet kwiatów do całej służby dla sir Forest’a.

- To miłe George! Dziękuję.

- Ja wezmę te kwiaty.

Lady Vivienne Forest wychyliła się z samochodu, wyciągając dłonie. Nawet nie sądziła, że służba tak szybko pomyślała o kwiatach dla jej męża. Niemal się rozpłakała. Lokaj podał kwiaty lady Forest. Drzwi się zamknęły, i samochód ruszył. Jednak po chwili, gdy George zamierzał się odwrócić i wejść na schody – samochód przystanął.

- George! Pozwól na chwilę.

- Tak jest sir.

Mężczyzna otworzył drzwi limuzyny, gdy lokaj podszedł do samochodu.

- Tak sir?

- Mam do ciebie prośbę. Poleć zamknąć bramę wyjazdową do posiadłości. Poleć służbie zwrócić uwagę, czy panicz Thomas wrócił do domu. Jeśli zjawi się sam, nakaż mu czekać na nas w jego pokoju. jeśli wróci z tą pannicą – jego wpuść, ją odeślij od razu. Tak czy owak ta panna nie ma tu wstępu. Czy zrozumiałeś?

- Tak sir.

- Pamiętaj. Wszystkie bramy wjazdowe do posiadłości zamknięte. Odpowiadasz za to osobiście George.

- Rozumiem sir. Stanie się jak sobie tego życzysz.

Limuzyna lorda de Blackstone dojechała do szpitala Wonder House Hospital niemal po dwudziestu minutach. W recepcji wskazano im oddział gdzie znajdował się Steven Forest. Tak, jak obawiała się Vivienne Forest – jej mąż znalazł się na oddziale kardiologii. Od razu po usłyszeniu nazwy oddziału, poczuła bolesne ukłucie. Ogromnie się bała o Steven’a. już miał poważne problemy z sercem. Tylko jak winda stanęła na wybranym piętrze, wszyscy wyszli rozglądając się dokoła. Najwidoczniej szpital był po generalnym remoncie, bo Vivienne nie poznawała wnętrz. Ten fakt wprawił ją w zakłopotanie. Do całej grupy podeszła kobieta w błękitnym fartuchu. Kobieta w wieku gdzieś około czterdziestki. Widząc zakłopotanie Vivienne lekko się uśmiechnęła.

- Dzień dobry! Widzę, że państwo kogoś szukają. Czy w czymś mogę pomóc?

- Dzień dobry! Dzisiaj przywieziony był tu mój mąż. Powiedziano nam w recepcji, że umieszczono go tu w ty oddziale.

- Jak nazwisko pacjenta?

- Forest! Steven Forest. Czy moglibyśmy się z nim widzieć?

Kobieta uśmiechała się lecz już nie tak okazale. Widać było na jej twarzy rosnące zakłopotanie. Jakby mimowolnie obmiotła wszystkich wzrokiem. Sara stojąca obok matki od razu wychwyciła ten rodzaj spojrzenia.

- Czy coś nie tak? Czy coś się stało?

- Proszę państwa. Nie jestem upoważniona do udzielania informacji na temat pacjentów. Proponuję by porozmawiali państwo z lekarzem. On wszystko państwu wyjaśni.

Lord Jeffrey de Blackstone zmarszczył brwi. Od razu wyczuł, że nie dzieje się dobrze. Coś musi być nie tak, skoro pielęgniarka nagle staje się tak tajemnicza.

- Kto jest lekarzem prowadzącym sir Forest’a?

- Dr. John Davis sir.

- Gdzie możemy porozmawiać z doktorem David’m?

- Oczywiście. Zaprowadzę państwa – proszę za mną.

Oddział kardiologii okazała się przemyślnie podzielony na sektory. Okazuje się, iż nikt z zewnątrz nie może dostać się do sekcji, gdzie znajdują się pokoje pacjentów. To była jedna z podstawowych zasad tego oddziału. Ordynator prowadzący wprowadził tę zasadę w życie już dość temu. Kobieta w błękitnym kitlu zapukała do drzwi, opatrzonymi srebrną płytką z napisem Dr. John Davis. Rozległ się męski głos, i kobieta nacisnęła klamkę.

- Przepraszam doktorze, że przeszkadzam.

- Nie szkodzi – słucham.

- Państwo przybyli do pacjenta Steven’a Forest’a.

Mężczyzna natychmiast wstał z fotela z za biurka, i ruszył w kierunku stojącej przy drzwiach kobiety.

- Naturalnie! Proszę poprosić państwa do mnie.

- Tak doktorze.

Kobieta cofnęła się krok za drzwi, i odwróciła się do stojącej na korytarzu grupy. Uprzejmie się do nich uśmiechnęła.

- Bardzo proszę! Doktor Davis oczekuje państwa.

Otworzyła szerzej drzwi i stanęła z boku. Wszyscy weszli do środka. Doktor wskazał miejsca siedzące Vivienne i Sarze. Natomiast lord de Blackstone wraz z Mathev usiedli w fotelach po drugiej stronie gabinetu. Było to pomieszczenie bardzo przestronne. Wielkie panoramiczne okna opatrzone były w pionowe rolety. Całe pomieszczenie utrzymane było w barwach bieli, szarości i metalicznego srebra. Wyposażenie gabinetu zaprojektowane było w nowoczesnej linii. Doktor Davis był dojrzałym mężczyzną. Mimo że jego bujna czupryna górowała nad czołem, to boki miał już niemal białe.

- Państwo – jak mniemam – jesteście rodziną pana Stevena Forest’a.

- Tak doktorze. To jest mój mąż. Ja nazywam się Vivienne Forest, a to moja córka Sara, to mój syn Mathev, oraz nasz krewny lord Jeffrey de Blackstone.

Mężczyzna słysząc tytuł „lord” – wyprężył się, niemniej po chwili przyjaźnie się uśmiechnął. Jeffrey zauważył jego – bardziej – przylepiony uśmiech. Lekarz usiłował być uprzejmy, lecz widać było, że szacuje słowa.

- Niestety nie mam dla państwa dobrych wieści.

Mężczyzna skierował się do swojego fotela za biurkiem. Jednak po drodze wyciągnął błękitną teczkę pacjenta. Opatrzona była w duży napis „ Steven Forest”. Usiadł spokojnie za biurkiem i otworzył teczkę. Parę sekund trwało nim przejrzał zawarte w niej dokumenty.

- Pana Forest’a przywieziono tu do szpitala w stanie braku przytomności. Z dokumentacji, jaką mam tu przed sobą – czyli obecnie wykonane badania, jak i te przekazane mi z archiwum – wynika, iż pani mąż nie choruje od dzisiaj. Z zawartych informacji wnioskuję, iż zaistniał już incydent zasłabnięcia pani męża, a przyczyną był stan serca – prawda?

- Tak doktorze. Jakiś czas temu. Staraliśmy się by zmienił dotychczasowy styl życia. W tamtym czasie wciąż był narażony na stres i ciągłe napięcie.

- A czy obecnie coś się wydarzyło, co mogło pani męża mocno poruszyć, zdenerwować, zestresować?

Kobieta chciała coś powiedzieć, lecz od razu zalała się rumieńcem. Spuściła tylko spojrzenie na własne zaciśnięte dłonie. Sara natychmiast położyła jej własną dłoń na jej dłoniach.

- Tak doktorze. Ojciec miał niemiłą rozmowę z synem.

- Co prawda nie wiemy co tam zaszło, ale…

Proszę nam wprost powiedzieć w jakim stanie jest teraz Steven? Lord de Blackstone niecierpliwił się całym tym wypytywaniem. Twarz miał skupioną na doktorze Davis’e. ten wiedział o tym, gdyż co i rusz rzucał spojrzenie na lorda de Blackstone. on jeden był rosłym, bardzo dobrze zbudowanym mężczyzną. Jako jedyny górował wzrostem i budowa nad całą grupą. Nawet Mathev mu nie dorównywał.

- Naturalnie. Jak powiedziałem, pacjent trafił do nas w stanie braku przytomności. Obecnie jesteśmy już po pierwszej serii badań. Wyniki jakie mam tu przed sobą, są o wiele gorsze od tych wykonanych uprzednim razem.

- Czyli? Co to znaczy doktorze?

- Znaczy to, iż stan zdrowotny serca pana Forest’a jest bardzo daleki od normy. Innymi słowy serce jest bardzo słabe.

- Czy coś mu grozi?

- Proszę mi wybaczyć, ale musze pani powiedzieć prawdę. W tej chwili mąż pani znajduje się w śpiączce. Niestety nie udało nam się przywrócić pacjentowi przytomności.

- Śpiączka? Na miłość Boską! Jak to śpiączka?

- Proszę posłuchać. Serce w przypadku pana Forest’a jest bardzo słabe. Parametry z aparatury wskazują, iż są poważne kłopoty z wydolnością. Dotąd nie udało nam się odnaleźć dostatecznego powodu jego stanu.

- A tak prościej doktorze…

Jeffrey coraz bardziej tracił cierpliwość, ale i coraz bardziej zaczynał się niepokoić o krewniaka.

- Innymi słowy znaczy to, iż biorąc pod uwagę stan zdrowotny pana Forest’a, nie odpowiada on temu, iż jest obecnie w śpiączce. Uważam, że nie powinien być w śpiączce – i tak naprawdę nie wiemy dlaczego w niej się znajduje.

- A co wiadomo na teraz?

- U pacjenta stwierdzono poważne zmiany miażdżycowe oraz nadciśnienie. Serce z trudem może przystosować się do zbyt małej ilości krwi, która i tak ledwie dopływa do komór. Jednak to nie jest dzisiaj problemem. Można temu zaradzić. Jednak problemem jest śpiączka. Póki nie dowiemy się co ją wywołuje, nie możemy podejmować żadnej decyzji.

- Ale coś robicie? Nie może tak leżeć i leżeć.

- Naturalnie. Badania trwają. Wciąż jest monitorowany przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ma podawana leki by poprawić jego krążenie krwi, jak i uregulować ciśnienie. Tak więc pod tym względem jest pod kontrolą.

Vivienne Forest płakała coraz bardziej. Nie mogła sobie darować, że siedziała w jadalni gdy on tam w pokoju zasłabł. Sara wstała z miejsca i wzięła matkę pod rękę. Vivienne wstała zapłakana. Wzrokiem szukała pocieszenia w każdym z przebywających w gabinecie doktora.

- Doktorze. Czy jest tu gdzieś jakieś miejsce, by mama mogła chwilę odpocząć. Myślę, że w obecnej chwili – będąc w takim stanie, nie ma co niepokoić ojca.

- Oczywiście. Tuż obok jest kawiarenka dla rodzin przebywających tu pacjentów. Tam można wypić kawę czy herbatę.

- Świetnie. Jeffrey’u. Zatem my z mama i Mathev idziemy do tej kawiarenki, a ty porozmawiaj z doktorem.

- Chciałbym by Mathev został ze mną tutaj Saro. Obie poczekajcie – proszę – na nas w kawiarence. My porozmawiamy z doktorem – dobrze?

- Oczywiście.

Vivienne nie chciała z początku iść do wskazanej przez doktora kawiarenki, lecz pod namową córki wolno wyszła z gabinetu. Lord de Blackstone celowo pozostawił chłopaka ze sobą. Chciał by informacje o stanie zdrowia jego ojca, wywarły na nim dostatecznie silne wrażenie.

- Chciałbym z panem doktorze porozmawiać, ale tak po męsku. Kobiet nie ma, zatem porozmawiajmy wprost.

- Rozumiem.

- Zatem… Steven Forest jest w śpiączce. Co dalej?

- Tak jak powiedziałem wcześniej, jesteśmy w trakcie badań. Szukamy bezpośredniej przyczyny stanu śpiączki pacjenta.

- Jak długo to potrwa?

- Trudno powiedzieć. Wyniki badań są tak przeciwstawne, iż niczego nie można być pewnym. Niemniej stan śpiączki nie jest zagrożeniem sir Blackstone. Zagrożeniem dla pacjenta jest jego słabe serce. Mamy to pod kontrolą, ale…

- Tak?

- Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ale w tym szpitalu nie ma warunków do długotrwałego opiekowania się pacjentami w śpiączce.

- Chce pan powiedzieć doktorze, że mój krewniak nie może tu za długo leżeć? To chce pan powiedzieć!

- Proszę się nie irytować sir Blackstone. ale to nie jest mój wymysł sir. Naturalnie pacjent będzie przebywał tu czas określony regulaminem szpitala. Jeśli jego stan zmieni się – czyli uda nam się go wybudzić – naturalnie pozostanie w szpitalu. Pacjent wymaga dalszego leczenia – to nie ulega wątpliwości. Jednak musimy również założyć tę gorszą sytuację. Wtedy będziemy mogli tylko poświęcić mu określony czas.

- Czyli w razie czego ile może tu pozostać?

- Na tym oddziale będziemy go monitorowali do miesiąca czasu. Miejmy nadzieję, że do tej pory wyjdzie z tego stanu.

- Mówi pan doktorze o tym oddziale. To znaczy…?

- To znaczy, iż jeszcze parę lat temu zmuszeni bylibyśmy pacjenta wydać rodzinie – mimo jego stanu. Jednak nasz szpital – jak pan się może orientuje – znacznie się rozbudował. Stal się jeszcze bardziej nowoczesny. Ściągnęliśmy tu znakomitych specjalistów różnych dziedzin.

- No dobrze, dobrze. Proszę do rzeczy.

- Chciałem powiedzieć, że obecnie nie istnieje taka możliwość, jak wydawanie rodzinom pacjentów w takim stanie, jak śpiączka. Obecnie się tego nie stosuje. W naszym szpitalu powstało specjalne skrzydło, całkowicie skoordynowane z całością szpitala. I właśnie tam umieszczamy takie przypadki, jak pan Forest. Zatem proszę się nie martwić. Całość jest bardzo nowoczesna, aparatura medyczna w całym obiekcie szpitala – na najwyższym poziomie.

- No to mnie pan uspokoił doktorze. Już myślałem…

- Wiem co pan pomyślał sir. I w pełni pana rozumiem. Tak reagują niemal wszystkie rodziny naszych pacjentów w tym stanie. Wynika to w prostej linii z braku wiedzy. Owe skrzydło o którym mówię, to nowość – bardzo nie dawno oddana do użytku. Tak więc mało kto się orientuje, iż istnieje.

- Proszę mi powiedzieć, a co z jego sercem? Czy z tej strony jest jakieś zagrożenie?

- Powiem tak. Gdyby pacjent był w pełni świadomości – gdyby przebywał w domu a nie tu – biorąc jego obecny stan serca, byłoby to dla niego zagrożeniem. Jednak jest tutaj, i nie ma możliwości zaskoczenia. Aparatura kontroluje niemal wszystkie jego parametry. Ironia polega na tym, iż z jednej strony śpiączka jest niepożądanym stanem, jednak z uwagi na jego stan serca – niejako go chroni. Jednak ta ochrona nie może trwać zbyt długo, i to jest problem. Ale nie martwmy się na zapas sir Blackstone. Jak na razie pacjent jest bezpieczny.

- To bardzo dobra wiadomość. Zatem mam prośbę. Proszę mnie osobiście informować o przebiegu leczenia. Proszę – to moja wizytówka. Jakby tylko coś się zmieniło, proszę dać znać. Może potrzebne są jakieś specjalne leki – nie wiem – proszę mówić. Postaram się je załatwić.

- Oczywiście. Jednak na czas obecny nie ma takiej potrzeby. Wszystko co pacjent potrzebuje, już ma. Lecz naturalnie, będę z panem w kontakcie – jak pan sobie tego życzy.

- Panie doktorze, a czy tata nie potrzebuje czegoś osobistego poza tym co już ma?

- Naturalnie. Jest ważne dla pacjenta, by miał własne rzeczy osobiste. To zmniejsza jego stres. Proszę tę sprawę uzgodnić między sobą, i w razie potrzeby skonsultować z pielęgniarką oddziałową.

- A któż to jest?

- To siostra Amelia…, o proszę.

I w tej chwili drzwi się otworzyły. Do gabinetu weszła ta sama kobieta w błękitnym kitlu, którą spotkali na początku. Jak zwykle uśmiechnięta – niezwykle spokojna i wyrozumiała.

- Siostro Amelio, proszę omówić z państwem sprawę odzieży nocnej, osobistej, jeśli chodzi o pana Forest’a. Ja niestety ruszam do swoich obowiązków. Zatem będę zmuszony panów pożegnać.

- Miło mi było pana poznać doktorze.

- I wzajemnie. W razie wątpliwości proszę dzwonić. To z kolei moja wizytówka.

Doktor podał wizytówkę mężczyźnie, i ponownie uścisnęli sobie dłonie. Obaj wyszli z gabinetu z siostrą Amelią. Nie trwała minuta i cała trójka zjawiła się w szpitalnej kawiarence. Vivienne z Sarą siedziały przy stoliku w jednym z kątów kawiarenki. Dopijały kawę gdy Sara spostrzegła Jeffrey’a. Za nią Vivienne odwróciła głowę w stronę wejścia - ożywiła się. Już nie była tak poruszona sytuację. Bardziej spokojniejsza i opanowana dopiła kawę. Chciała już coś powiedzieć, ale zaraz w wejściu ukazała się pielęgniarka.

- Posłuchajcie. To jest siostra Amelia. Jest siostrą oddziałową tu na oddziale kardiologii. Z panią trzeba uzgodnić, co potrzeba Steven’i. Vivienne, jak byś była uprzejma…

- Tak, tak. Mamy tu w torbie bieliznę dla męża, piżamy na zmianę, ręczniki, chusteczki. Wzięłyśmy coś do picia, ale w tej sytuacji…

Vivienne o wiele bardziej ożywiona już nie płakała jak uprzednio. Była spokojna. Siostra Amelia ujęła ją swoim uśmiechem.

- Proszę posłuchać. Jak na razie to co państwo przygotowali jest całkowicie wystarczalne. Bielizna, jaki piżamy przydadzą się. Pacjent jest w śpiączce lecz, jak najbardziej będzie potrzebował czystej bielizny – resztę proszę zabrać. Na tym etapie chusteczki czy też napoje są zbędne. Jeśli sytuacja zmieni się na lepsze, od razu państwa zawiadomimy i wtedy będzie można pomyśleć o innych rzeczach.

- Kiedy będziemy mogli przyjechać do męża?

- Każdego dnia proszę pani, lecz nie wiem, czy jest to konieczne. W jego obecnym stanie, i tak nie ma z nim kontaktu.

- Będziemy zatem już wracać do domu Vivienne. Steven ma na dojście miesiąc, licząc od dzisiejszego dnia. Podziękujemy teraz pani Amelio.

Kobieta przyjaźnie uścisnęła dłoń Vivienne, Sary, jak i lorda de Blackstone. na koniec – uśmiechając się uścisnęła dłoń Mathev.

- Wszystko będzie dobrze. Proszę się nie zamartwiać. Jak by co – damy znać. A teraz ruszam do obowiązków. Miło mi było państwa poznać do zobaczenia.

- Do widzenia pani.

Cała rodzina ruszyła do wyjścia. Na parkingu David już oczekiwał pilnując samochodu. Po chwili wszyscy już wyjeżdżali na szosę wylotową z miasta. Sara wciąż wpatrywała się w matkę. Bała się o nią. Widać było, że stara się ona usilnie ukryć własne uczucia. Jednak widać było na jej twarzy rosnącą rozpacz. Vivienne wpatrywała się w okno limuzyny tylko w tedy gdy czuła, że łzy ją zdemaskują. Co i rusz kierowała spojrzenia w podłogę samochodu. Sara nic się nie odzywała, choć z wysiłkiem panowała nad własną ciekawością. Samochód dojeżdżał do posiadłości. David dał znać do domu, by ktoś otworzył bramę. I gdy tylko samochód wtoczył się na drogę w kierunku bramy – ta była już otwarta. Ogrodnik machał do jadących trzymanym w dłoni kapeluszem. Limuzyna przejechała. Kierowca zajechał na dziedziniec, i wszyscy wysiedli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz